zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku sobota, 18 stycznia 2020

recenzja: Tiamat "The Scarred People"

18.11.2012  autor: Megakruk
okładka płyty
Nazwa zespołu: Tiamat
Tytuł płyty: "The Scarred People"
Utwory: The Scarred People; Winter Dawn; 384 - Kteis; Radiant Star; The Sun Also Rises; Before Another Wilbury Dies; Love Terrorists; Messinian Letter; Thunder & Lightning; Tiznit; The Red Of The Morning Sun
Wykonawcy: Johan Edlund - wokal, gitara, instrumenty klawiszowe; Anders Iwers - gitara basowa; Roger Ojersson - gitara; Lars Skold - instrumenty perkusyjne
Wydawcy: Napalm Records
Rok wydania: 2012
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 9

Nic tak nie determinuje mnie jak doniesienia o kiepskości czegoś. Zauważyłem, że ostatnio bardziej interesuje mnie sprawdzanie rzeczy okrzykniętych gównami niż zapowiadanych jako diamenty. Może po prostu wolę się mile rozczarować niż karmić płonnymi nadziejami. Tak więc w myśl takiej koncepcji postępowania, gdy tylko usłyszałem, że nowy Tiamat jest: supernudny, superchujowy i w ogóle kał im w oczy, w dwie minuty stawiłem się w sklepie płytowym z jęzorem przylepionym do szyby wystawowej. Szukam... jest. Mruga do mnie słoneczkiem i masońską ornamentyką, znaną z mokrego snu wszystkich fanów "Wildhoney", i woła: nie jestem kupą, weź mnie! Uwierzyłem, biorę i co? Żyję, a nawet więcej, o wiele więcej, w końcu naprawdę oddycham!

Choć w środku "Wildhoney" na pierwszy rzut radarem brak, to jednak słucham, słucham i co ciekawe, z każdym kolejnym razem zaczynam mieć to w dupie. Tam w dupie, głęboko dalej, z dwa kilometry za dupą nawet. Dlaczego? Bo Tiamat nagrał właśnie najlepszą płytę od czasów "A Deeper Kind Of Slumber". Wiem, że dla wielu to żaden odnośnik, bo na moich oczach zaciekli diehards w czasie premiery "Drzemki" zrobili siku na słynny szyld, ale nie ja, więc spieranie się w tym temacie uważam ze bezprzedmiotowe.

"The Scarred People" określiłbym wielkim zebraniem w jednym miejscu najlepszych pomysłów Johana z okresu bardziej wyluzowanego, rockowego Tiamatu - czyli "A Deeper" (z naciskiem na "Cold Seed"), "Skeleton Skeletron", "Judas Christ" czy w mniejszym stopniu "Prey" i promili "Wildhoney". Tak więc może i gotyk, ale przede wszystkim rock 'n' roll!

Tak właśnie, mimo iż na płycie nie brakuje charakterystycznego dla Edlunda klimatu, to jednak zadziwia ona gitarowym wymiataniem. Nie chodzi o to, że ktoś tutaj bawi się w Gamma Ray czy ostatni Kreator z drugiej strony. No. 1, czyli "Przerażonych Ludzi", otwiera klasyczne dla łysego jak kolano Szweda katedralne intro, wprowadzające zaraz do hitowego rockowania w najlepszym stylu "Zimnego Nasienia" ("A Deeper Kind Of Slumber") lub "Anielskich Hologramów" i "I Am In Love With Myself" ("Judas Christ"). Skoczna atmosfera, potężne brzmienie i rewelacyjne chóry w tle sekundę stawiają kręgosłup do pionu. Świetna rzecz na koncertowe spędy. Dalej mozolnie niczym grudniowe słońce na scenę, za pomocą dekadenckiego riffu, wtacza się "Winter Dawn". Mruczenie Edlunda i minimalistyczne zagrywki torują drogę znakomitemu refrenowi, mnie osobiście przypominającemu "Cain" z niedocenianej "Prey", by ostatecznie płynnie wejść w plumkania i sitarowe smaczki tak dobrze znane z kontrowersyjnej następczyni "Wildhoney". "384 Kteis" z kolei kąsa kłami wręcz moonspellowego wampiryzmu. Monumentalne gitarowe tupnięcia kopytem Johan przeplata pojedynczymi, złowrogimi uderzeniami w klawisz i przetworzonymi sykami wokalnymi, rzeźbiąc niczym kamieniarz kolejne demoniczne nagrobki swej opowieści.

Prawdziwa bajka zaczyna się gdzieś od poziomu "Radiant Star", mającego w sobie coś z rozmarzenia i patosu "Gaia". Z niepozornego, akustycznego motywu rozwija się cudowny kwiat, okraszony niekończącym się floydowskim wręcz popisem gitarowym. Tylko trzy minuty z kawałkiem trwania, ale za to czystej muzycznej magii i fantazji. W podobnej, rozbudowanej estetyce onirycznego rocka porusza się "The Sun Also Rises", skrzący fantazyjnymi wymianami gitarowymi, które fanom prog rocka nie pozostaną zapewne obojętne. Nie pamiętam kiedy ostatnio miałem do czynienia z tak elektryzującymi instrumentalami, jak te w minutowym wyjściu z rzeczonej kompozycji ("Before Another Wilbury Dies"). Brawo Panowie. A przed nami wciąż jeszcze takie "szlagiery", jak totalnie zamerykanizowana, wręcz klasycznie popowa ballada "Messinian Letter" (coś w stylu "Too Far Gone" czy "Haven Of High" z "Judasza Chrystusa"), zorientowane na "Brigter Than The Sun" lub "Vote For Love" - "Thunder And Lightning", w warstwie aranżu solówki czyniące swoją drogą spustoszenie niczym grom z jasnego nieba.

Już na tym poziomie jestem kupiony, ale nie, Edlundowi jeszcze jakby mało, bo na zakończenie pozostawia już zupełne urwanie głowy, a raczej serca. Niezależnie od obiegowej opinii i bezpodstawnego krytykanctwa, zawsze szanowałem faceta za to, jak za pomocą minimalnego wkładu środków potrafi roztaczać dookoła swojej muzyki prawdziwą atmosferę. Fakt, czasami nie do końca mu to wychodziło, ale w wielkim zwieńczeniu "The Scarred People", czyli "The Red Of The Morning Sun", znów mu się to udaje. Nawet nie chodzi mi tutaj o pierwszą część tego kawałka, gdzie dominują gitarowe plumkania i natchnione, poduszkowe wokalizy, ale te elementy, jakie wprowadza zaskakująco rwany, twardy riff i sekcja dęta. Potęga atmosfery!

I tak całkiem niespodziewanie Tiamat wrócił po 4 latach z najlepszą płytą od 1997 roku. W dodatku, by to zrobić, nie musiał nagrywać kolejnej "Wildhoney", udowadniając, że to dobra kompozycja przede wszystkim się liczy, a takich na "The Scarred People" zdecydowanie nie brakuje. Dodajmy do tego rewelacyjne brzmienie i mamy komplet. Paradoksalnie, jako stary fan Edlunda, cieszę się, że nie obrał ponownie prostej niczym droga do zatracenia konwencji powrotu do najstarszych dokonań (w pewnym sensie "Amanethes"), bo jak tutaj widać i słychać, wciąż ma o wiele więcej do zaproponowania. Do rewelacyjnych lub bardzo dobrych płyt klimatycznych tego roku (Paradise Lost, My Dying Bride, Anathema, Moonspell) bez dwóch zdań dołącza Tiamat! Fajnie się czuję, bo wielki renesans słynnych kapel (ongiś) z Peaceville i Century Media, tak swego czasu rozpropagowanych u nas przez śp. Tomasza Dziubińskiego, stał się faktem. Nie chodzi mi bynajmniej o to, że nagrali to i owo, wracając tam czy siam. Po prostu starzy wyjadacze przypomnieli sobie, jak robić rewelacyjne kawałki i równe dobre płyty. Ot co.

Komentarze
Dodaj komentarz »
re: co fakt to prawda
universal_soul (gość, IP: 213.205.225.*), 2012-11-26 11:12:47 | odpowiedz | zgłoś
O kurwa - napietnowani:) pokryci bliznami, oszramieni
re: co fakt to prawda
joseph (wyślij pw), 2012-11-26 13:23:57 | odpowiedz | zgłoś
lub po prostu "bliznowaci" ;p
Wulgaryzmy
GreGreG (gość, IP: 83.143.136.*), 2012-11-23 19:50:44 | odpowiedz | zgłoś
Miałem zamiar przeczytać tą recenzję ale już na samym początku stwierdziłem że nie będę marnował czasu na wypociny kogoś kto nie umie napisać paru zdań bez sypania wulgaryzmami itp. Jak można traktować poważnie zdanie człowieka który nie jest na tyle dojrzały żeby się powściągnąć.
re: Wulgaryzmy
Megakruk
Megakruk (wyślij pw), 2012-11-24 11:39:45 | odpowiedz | zgłoś
no tak, odwieczny temat, przepraszam, no i nie słuchaj tej płyty, także dlatego, że Johan się też się nie powstrzymał:
"Radiant Star"
"Throw your diamonds down the drain
You packed the cracked porcelain
Chain, unchain, the dirt is your domain
Don't fuck with my brain
Throw your demons down the well
Where once the brightest angel fell
Make your wishes, put your spells
But don't fuck with my hell"

Jeżeli on i 99 % rockmetalowej braci jest niedojrzały, to ja też nie chcę być. To moi bracia w muzyce!
re: Wulgaryzmy
GreGreG (gość, IP: 83.143.136.*), 2012-11-24 19:11:55 | odpowiedz | zgłoś
Może dlatego że Johan jest artystą a jego teksty należy odbierać w kategoriach literackich a ty autorze jesteś zwykłym recenzentem. Jest coś takiego kultura słowa. Z drugiej strony jeśli chce się publikować coś wartościowego wypadałoby się zastanowić dwa razy a nie pisać wszystkiego co ślina na język przyniesie. Mnie wulgaryzmy nie gorszą tylko ich bezzasadne stosowanie.
re: Wulgaryzmy
vonsmroden
vonsmroden (wyślij pw), 2012-11-25 19:28:52 | odpowiedz | zgłoś
Why so serious?
re: Wulgaryzmy
universal_soul (gość, IP: 92.16.189.*), 2012-11-25 20:53:51 | odpowiedz | zgłoś
proponuję powołanie ciała odpowiedzialnego za określanie tego kto jest artystą i może kląc, a kto nie jest i nie może.
mija
Megakruk
Megakruk (wyślij pw), 2012-11-23 19:09:36 | odpowiedz | zgłoś
kolejny tydzień...wciąż słucham, awans na płytę samochodową, coś w tym musi być. Podtrzymuję ocenę.
Astralny
lah (gość, IP: 150.254.203.*), 2012-11-23 08:36:00 | odpowiedz | zgłoś
Jakoś nikt nie wspomina o "Astral sleep". A dla mnie ta płyta jest równie genialna jak "Clouds". Prymitywne, thrashowe wstawki, nieco naiwnych, ale urzekających melodii. Właściwie utwór "On golden wings" to był główny powód, dla którego zainteresowałem się tym zespołem. Powszechna jest opinia że "Gothic" Paradise Lost zapoczątkował epokę tzw death-doom metalu (czyli growl plus melodie po prostu), a dla mnie to była właśnie ta płyta.
Hmmm..
smutas (gość, IP: 78.30.66.*), 2012-11-21 19:20:12 | odpowiedz | zgłoś
Po recenzji poznaje że ktoś lubi rockowe wcielenie Tiamatu. W mojej prywatnej klasyfikacji jest Clouds/Amenthes - A Deeper - Wildhoney i reszta. I tej reszcie przybył nowy przedstawiciel. Tak jak na Amanthes przeżyłem pozytywny szok to teraz wręcz przeciwnie, najgorsza monotonność Judas i Skeleton wróciła. Zrobił się z tego taki Blackfield bez fajnych melodii. Czyli prawie pop...Kasy zabrakło?

Oceń płytę:

Aktualna ocena (217 głosów):

 
 
65%
+ -
Jak oceniasz płytę?

Materiały dotyczące zespołu

- Tiamat

Lubisz tę plytę? Zobacz recenzje

Black Sabbath "13"
- autor: Dominik Zawadzki

My Dying Bride "A Map Of All Our Failures"
- autor: Megakruk

Napisz recenzję

Piszesz ciekawe recenzje płyt? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Czy widziałaś(eś) "Kult. Film"?