zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku piątek, 27 listopada 2020

relacja: "Brutal Assault 2012", Jaromer 9-11.08.2012

15.08.2012  autor: Grzegorz "Chain" Pindor
wystąpili: Root; Alcest; Anaal Nathrakh; Engel; Forgotten Silence; Ingrowing; Avenger
miejsce, data: Jaromer, Twierdza Josefov, 8.08.2012
wystąpili: Arcturus; Nile; Samael; Sick Of It All; Dimmu Borgir; Ministry; Krisiun; Heaven Shall Burn; Swallow the Sun; Lock Up; Corrosion Of Conformity; The Black Dahlia Murder; Crowbar; General Surgery; Arkona; Toxic Holocaust; Totem; Brutally Deceased; Trollech
miejsce, data: Jaromer, Twierdza Josefov, 9.08.2012
wystąpili: Mindwork; Keep On Rotting; Pigsty; Inquisition; Truth and Its Burden; The Truth Is Out There; Dievision
miejsce, data: Jaromer, Twierdza Josefov, 9.08.2012
wystąpili: Pig Destroyer; Gorguts; Paradise Lost; Converge; Machine Head; Amon Amarth; Napalm Death; Municipal Waste; Hatebreed; Suicidal Angels; Morgoth; Vallenfyre; Darkest Hour; Kampfar; Insomnium; Incantation; Norther; Warbringer; Vildhjarta; Bleed from Within; Cattle Decapitation
miejsce, data: Jaromer, Twierdza Josefov, 10.08.2012
wystąpili: But; Et Moriemur; Unearth; Dodheimsgard; Rise And Fall; Sebkha-Chott; Obscure Sphinx
miejsce, data: Jaromer, Twierdza Josefov, 10.08.2012
wystąpili: Virus; Godflesh; Moonspell; Immortal; At The Gates; Agnostic Front; Six Feet Under; Immolation; Finntroll; Sodom; Kylesa; Norma Jean; Textures; The Safety Fire; Aborted; Sólstafir; Skarhead; Be'lakor; Gods Tower; Ahumado Granujo
miejsce, data: Jaromer, Twierdza Josefov, 11.08.2012
wystąpili: Lahar; Tortharry; Shape of Despair; The Mongoloids; Cult of Fire; Watch My Dying; Colp
miejsce, data: Jaromer, Twierdza Josefov, 11.08.2012

Przyznam się, że powoli męczą mnie te wszystkie wakacyjne wyjazdy. O ile jeszcze w pełni jaram się imprezami z elektroniką czy alternatywą, tak stricte metalowy event, jak choćby "Brutal Assault", staje się raczej delikatnie odgrzewanym kotletem. To z racji na to (czemu sam sobie jestem winien), że praktycznie wszystko już widziałem, a gdy rzeczywiście na czymś mi zależy (praktycznie cały core i prog metal na tym evencie), to akustycy potrafią spierdolić nawet najbardziej wyczekiwany koncert.

"Brutal Assault 2012", Jaromer 9.08.2012, fot. Verghityax
"Brutal Assault 2012", Jaromer 9.08.2012, fot. Verghityax

Zacznijmy jednak od tego, dlaczego najprawdopodobniej tegoroczna edycja "Brutal Assault" była moją ostatnią. Primo: burdel związany z organizacją - a raczej jej brakiem - press roomu i rzeczy związanych z działalnością mediów na evencie. Niezrozumiałe przyznawanie akredytacji ludziom, którzy na scenę wchodzą z aparatem cyfrowym (lumixem choćby lub smartfonem), kiedy profesjonaliście muszą stać gdzieś w oddali albo w ogóle nie mieli możliwości wykonania zadowalających zdjęć. Secundo - w tym roku prawdopodobnie pobito rekord frekwencji i coś mi się wydaje, że w niedalekiej przyszłości (za rok) limit zostanie osiągnięty, a co się wtedy stanie, strach pomyśleć. Nie wiem, co będzie z toi toiami, jak wyjdzie obsługa stoisk z kuponami, no i przede wszystkim, jak w tym całym marasie odnajdą się sami fani, bo nie ma co ukrywać, mimo iż metalheads radzą sobie dobrze w ekstremalnych warunkach, to w prime time nie było możliwości, aby przejść z jednego końca areału scen do wyjść. Po prostu się nie dało. Co więcej, choć to nie do końca jest winą organizatora, trochę ograniczono pole namiotowe, a VIP camp, który nie cieszył się zainteresowaniem rok temu, został w ostatniej chwili powiększony dla ludzi, którzy już miesiące temu wykupili miejscówki. Dobrze, że ostatni fragment płatnego pola w ogóle powstał, bo ilość namiotów na metr kwadratowy na darmowych była równie niewyobrażalna, co ilość kompletnie zawalonych fekaliami toi toi.

"Brutal Assault 2012", Jaromer 9.08.2012, fot. Verghityax
"Brutal Assault 2012", Jaromer 9.08.2012, fot. Verghityax

Ale! Mimo wszystko "Brutal Assault" to wciąż jeden z nielicznych festiwali, który skupia tak liczne rzesze fanów oddanych muzyce i idei tej imprezy. Jedyny festiwal w tej części kontynentu, który - choć oblegany przez Polaków - wcale polski nie jest, bo w tym roku do inwazji na twierdzę Josefov przystąpili ludzie z Dubaju, Meksyku, Peru, Angoli, Wysp Brytyjskich oraz Rosji. Obcokrajowcy chwalą sobie klimat imprezy, kulturę słuchania i wręcz wielbienia metalu oraz stosunkowo tanie koszta pobytu. Czyli że jest dobrze? Niby tak, ale do poprawy jest cała masa elementów, które za rok mogą okazać się barierą nie do przeskoczenia. Zresztą sami pracownicy przyznają, że mają bałagan, a ochroniarze nawet nie kryją się z brakiem znajomości języka angielskiego - co też wpływa na obsługę eventu. Ale dość o tym, wróćmy do tego, co dobre. Tutaj warto zaznaczyć, że zaproszenie Budweisera było genialnym posunięciem, podobnie jak Monstera rok temu (dlaczego z tego zrezygnowano?), przez co picie "piwa" stało się smaczniejsze, a co słabsze łebki szybciej popadały w festiwalowy "amok". Niżej podpisany tylko raz zaliczył taką wpadkę, ale mosh na koncercie Napalm Death szybko przywrócił mnie do solidnego pionu. Anyway, zacznijmy od początku.

Dzień pierwszy - czwartek, 9.08

Całe szczęście nikt z naszej paczki nie był zmuszony czekać w ogromnych kolejkach do wymianu biletu na opaskę, więc już o równej 12:30 udaliśmy się na koncert olkuskiego Totem. Swoją drogą, zespół Tomy z Frontside to jedna z dwóch ekip, które w tym roku reprezentowały nasz kraj, no i przyznam się, że - tak jak rok temu Frontside (co za zbieg okoliczności!) - Totem zaprezentował się co najmniej dobrze. Dość powiedzieć, że już samo brzmienie (brawo Poli!) po prostu dało radę, a prezencja sceniczna tego zespołu zasługuje na oklaski. Wera dobrze poradziła sobie też ze śpiewanymi partiami, ale prawdę mówiąc, wolę jak drze ryja. I w tej opinii nie jestem odosobniony. Tak czy owak, Czesi choć jeszcze niemrawi, a może bardziej dosadnie: na kacu po balandze z dnia poprzedniego, zachowywali się statycznie, ale nie kryli zainteresowania muzyką (bo przecież nie samą Werą). Dobry koncert na rozpoczęcie dnia.

Grający kilka godzin później Crowbar zaliczył potężne spóźnienie i z tego powodu, skrócił set o jakieś 5 utworów. Zastanawiam się, czy nie zrobili tego specjalnie, bo klubowy koncert w Warszawie ponoć nieźle ich wymęczył. W sumie nieistotne. Grunt, że ta horda starzyków robi więcej dobrego hałasu niż niejeden "brutalny" zespół, a długie brody, sprane koszulki Motorhead i gorzała na scenie tylko potwierdzają wciąż rock'n'rollowe attitude. Jak dla mnie gig Crowbar w połączeniu z dobrze zlepionym wąsem w pysku był kwintesencją tego, co tygryski lubią najbardziej. Fani twierdzili, że słabo. Może i słabo, ale który zespół ma taki tłusty sound, jak oni i który w tym wieku wali tak mocno w pysk? Który, ja się pytam?

Krótko po nich na scenie "Rockmetalshop" pojawili się moi ulubieńcy i jedna z nielicznych ekstremalnych kapel nowego pokolenia, której należy słychać, czyli The Black Dahlia Murder. Protoplaści melodyjnego death metalu wymieszanego z (rzekomo) deathcorem to prawdziwi entuzjaści wszystkiego, co w metalu najlepsze, włącznie z kompletnie nawalonymi ludźmi. Trevor i spółka (już z nowym basista, byłym członkiem Despised Icon) przywalili kosmicznie dobrym setem i szybko wylądowali w panteonie najlepszych na tym festiwalu. Tak zadowolonych z gry muzyków jeszcze na "Brutal Assault" nie widziałem, no, może prócz Despised Icon, gdy grali ostatni show w Europie. Anyway, fani mieli okazję usłyszeć takie hity, jak "Miasma", "I Will Return" (świetny circle pit na sam koniec show) czy "Everything Went Black". Generalnie jeśli w Twoim mieście gra The Black Dahlia Murder - musisz tam być.

Ponowna wizyta na "Jagermeister stage" i niespodzianka. Nigdy nie byłem fanem Corrosion of Conformity, a przy okazji, nie jestem zwolennikiem stonera, ale gdy CoC przypominało "Brutal Assault" jak się gra thrash (w dodatku w trójkę), gęba wykrzywiała mi się w charakterystyczny, szeroki, bananowy uśmiech. CoC to również jedyny band tego dnia, który zagrał luźny set bez żadnych komplikacji na scenie. O dziwo akustyk (czyżby własny?) stanął na wysokości zadania i nagłośnił wszystko niemal idealnie. Co więcej, bez triggerów na garach, tak więc kolejny plus.

Heaven Shall Burn, Jaromer 9.08.2012, fot. Verghityax
Heaven Shall Burn, Jaromer 9.08.2012, fot. Verghityax

Kolejna przerwa i melduję się na gigu Heaven Shall Burn. Formacja ta wielokrotnie miała pojawić się w Polsce, ale od 99 roku zdarzyło się to raptem 2 razy. Zarówno w Poznaniu ,jak i na "Woodstocku" zmietli wszystkich z powierzchni (ziemi oraz klubu), więc na "Brutal Assault" nie mogło być inaczej. A jednak, ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu i przy znajomości całej dyskografii, poszczególne utwory zlewały się w jedno, a wokal Marcusa Bischoffa, jednego z najlepszych krzykaczy w metalcore'owo - deathcore'owym światku, był najzwyczajniej w świecie za ustawiony cicho. Szkoda, wielka szkoda, bo ciosy takie, jak "Combat" czy "Counterweight" z pewnością przekonałyby metalheads do nieco innej muzyki.

Ministry, Jaromer 9.08.2012, fot. Verghityax
Ministry, Jaromer 9.08.2012, fot. Verghityax

Reaktywowane Ministry podobno było jedną z największych atrakcji festiwalu. Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek miał parcie na ten band, a ostatni festiwalowy występ przed rozpadem w 2008 roku wspominam raczej mgliście, żeby nie powiedzieć, że w ogóle nie zrobili na mnie wrażenia. Tym razem, kiedy już chciałem pojąć pewien fenomen tego zespołu, a i przy okazji dostać cios w ryj, skuliłem się w pozycji obronnej, lamentując do nieba, co też wyprawia akustyk. Jeśli Swans na "Off Festivalu" było "tym głośnym czymś", to Ministry świadomie przekroczyło kolejną barierę. Dlatego też, mimo wielkich chęci, szybko opuściłem teren koncertu, by odpocząć i przygotować się na kolejne ciosy. A w zasadzie na jeden.

Dimmu Borgir, Jaromer 9.08.2012, fot. Verghityax
Dimmu Borgir, Jaromer 9.08.2012, fot. Verghityax

Nim jednak to nastąpiło, na scenie zamontowali się panowie z Dimmu Borgir. Co jak co, ale kiedy byłem znacznie młodszy, ten band w pewnym sensie mi imponował. Sam już nie wiem czym dokładnie, ale chyba faktem, że robiąc tak patetyczną muzykę, która (do pewnego momentu) rzekomo ma coś wspólnego z black metalem, byli w stanie zaskarbić sobie zaufanie i aprobatę tak licznej rzeszy ludzi. Niestety, srodze się rozczarowałem, bo ani gra naszego rodaka Daray'a, ani tym bardziej wszystkie epickie wstawki nie były w stanie zmusić mnie do uznania tego koncertu za udany. Niewyobrażalna ilość ludzi dostała spazmów radości przy "Mourning Palace", nie mówiąc już o "Progenies Of The Great Apocalypse" lub niezwykle motorycznej "Puritania", ale głos Shagratha i chujowe brzmienie mogły co najwyżej doprowadzić do niestrawności, a nie być podjarą numerem jeden w katalogu Nuclear Blast.

Rok w rok metalowcy narzekają na ilość hc albo metalcore'a na "Brutal Assault". Co jak co, ale czas sobie uświadomić, że większość tej "pedalskiej muzy" to bardzo dobre granie, dalece wykraczające poza to, czego większość zebranych w Jaromer słucha na co dzień. Sick of It All nie należy do grona zespołów próbujących wymyślić koło na nowo, ale - tak jak Agnostic Front dzień później - z dumą dzierży przepis na to, jak grać intensywne i pozytywnie męczące koncerty bez ani chwili znudzenia (mimo dość monotonnego materiału). Czwartek na "Brutalu" należał właśnie do nich i żałuję, że nie byłem na ich show Krakowie. Mam nadzieję, że wkrótce będzie ku temu okazja, bo - mimo iż taki hc sprawdza się na wielkich scenach jak mało co - dopiero w klubie dzieje się prawdziwy armagedon. No, porównywalny do ściany śmierci, która jak na razie przerosła moje oczekiwania co do wielkości w trakcie jakiegokolwiek z koncertów na tym festiwalu. To, co było dwa lata temu na Converge i Despised Icon, było wielkie, ale tym razem z radością wymalowaną na twarzach kilkaset osób wbiegło na siebie. Sztos.

Dzień drugi - piątek, 10.08

Najbardziej intensywny dzień z racji na coraz liczniejsze grono znajomych oraz potężną ilość koncertów, które chciałem zobaczyć. Od samego rana było czego słuchać, a to zasługa m.in. Bleed From Within, Szkotów, którzy na BA pojawili się po raz drugi, by tym razem, choć z rana, zagrać dla niemal kompletu publiczności, zyskując przy tym całe zastępy nowych fanów. Progres, jakiego dokonał ten zespół, jest godny podziwu, a nowy, dopiero co rejestrowany album dla Century Media dowiedzie, że w UK cały czas gra się dobrą muzykę. Niekoniecznie deathcore.

Szwedzka Vidlharta, złożona z dwóch wokalistów, dwójki gitarzystów, basisty i perkusisty to swoisty fenomen na scenie djent - progresywnego metalu. Grupa, która choć wpisuje się w ogólny trend i na pozór niczym nie wyróżnia, trafia do serc nie tylko fanów Periphery czy Tesseract, ale również tych, którzy cenią sobie... death metal. Dodam jeszcze, tak od siebie, że Vildhjarta to chyba jeden z pięciu, może sześciu zespołów w tym gatunku, który w ogóle ma rację bytu i jakąkolwiek przyszłość przed sobą. Wreszcie pojawili się muzycy, którzy przejęli pałeczkę po Fellsilent. Trzydzieści minut z tym zespołem obfitowało w jeden circle pit, małą ścianę śmierci i... niezrozumienie ze strony tradycyjnych metalheads. Trudno, nie wszyscy są gotowi na 7-strunowe gitary i polirytmię.

Thrashmetalowcy z Warbringer okazali się być znacznie bardziej przystępnym daniem niż Szwedzi, ale coś w ich występie nie grało. Z początku brzmienie, potem jakby publika opadła z sił, no i koniec końców set jednej z nadziei nowej fali retro thrashu okazał się być zwykłym zapychaczem. Oby za rok Jaromer odwiedzili panowie z Bonded By Blood lub Evile. Oby!

Kolejna przerwa, dłuższa niż się spodziewałem i na terenie festiwalu melduję się w chwili, w której Darkest Hour było w trakcie intro. Po genialnym i mocno wymęczonym przeze mnie "The Human Romance" spodziewałem się wyłącznie najlepszego i tak też było. Muzycy, którzy o dziwo uważani są za jednych z twórców metalcore'a, odcinają się od tego nurtu jak tylko mogą. Zresztą wystarczy posłuchać dwóch ostatnich albumów, by mieć doskonały dowód na to, że Darkest Hour to melodyjny death metal o thrashmetalowych zapędach. Na żywo panowie wypadają wprost znakomicie, a materiał z "The Human Romance" (dlaczego nie było "Purgatory"?) morduje.

Występujący już pod wieczór Hatebreed zgromadził zaskakująco liczną publiczność, a biorąc pod uwagę fakt, jak bardzo na "Brutalu" nie lubią metalcore'a, to co działo się pod sceną, jak i na niej (Jasta nie mógł się nacieszyć tym, co widzi), ten gig, nawet gdyby był nagłośniony krzesłem, musiał zapaść ludziom w pamięć. Panowie rzadko kiedy wracają się do czasów swojego debiutu i początków tego, co dziś jest na pograniczy metalu z hc, ale nieśmiertelne "Last Breath" okazało się być highlightem całego show. Gdzie tam "Defeatist", "I Will Be Heard" czy "To The Threshold". Stary jak świat numer był zapalnikiem do bomby, która wybuchła już przed 19. A przed nami przecież jeszcze koncerty Napalm Death, Municipal Waste czy Converge.

Napalm Death, Jaromer 10.08.2012, fot. K. Zatycki
Napalm Death, Jaromer 10.08.2012, fot. K. Zatycki

Z wszystkich, które miały miejsce później, tylko Municipal Waste, choć ekipa to zacna i nader żywiołowa, kompletnie zamulili. Thrash - crossover w ich wykonaniu to przepotężną młócka, ale nic nie poradzę, że dźwiękowiec albo był pijany, albo na szybko brał lekcje kręcenia gałkami na Soundcrafcie, żeby... zrobić totalną żyletę na Napalm Death. Tutaj przyznam się, że części koncertu w ogóle nie pamiętam, ale liczy się to, że wyszedłem z młyna cały. Na co dzień nie słucham Brytyjczyków, ale kiedy tylko jest okazja, w ciemno jadę na ich koncert . Utwory z wydanej w tym roku "Utilitarian" to momentami aż zbyt mocny strzał między oczy, ale o to właśnie chodzi. By z wiekiem dokładać do pieca coraz bardziej.

Amon Amarth, Jaromer 10.08.2012, fot. K. Zatycki
Amon Amarth, Jaromer 10.08.2012, fot. K. Zatycki

Wikingów z Amon Amarth oglądałem z tarasu widokowego i przyznam, że ten koncert zrobił na mnie piorunujące wrażenie z racji na ilość ludzi, która zgromadziła się przed scenami, oraz z powodu idealnego wręcz dźwięku. W pewnym momencie swojego życia ten band mi umknął (a dokładniej po "With Oden On Our Side"), więc nie wiedziałem czego się spodziewać. Jednakowoż już po (jeśli się nie mylę) otwierającym gig "Death In Fire" wszystko stało się jasne i Amon Amarth z miejsca dołączyli do mojego personalnego zestawu topowych kapel na tym festiwalu. Co ciekawe, zawsze wydawało mi się, że Amoni to tacy dość zamknięci w sobie ludzie, raczej z rezerwą podchodzący do tego, co robią na scenie (a dzieje się wiele, zwłaszcza gdy wszyscy synchronicznie machają głowami). Tej nocy Hegg i towarzyszący mu muzycy tryskali energią i radością, której brakło wielu innym zespołom.

Machine Head, Jaromer 10.08.2012, fot. K. Zatycki
Machine Head, Jaromer 10.08.2012, fot. K. Zatycki

Jeden z największych zespołów nowego millenium, czyli Machine Head, ma zdecydowanego pecha do akustyków. Pamiętam gdy w Chorzowie cały ich koncert został położony przez tragiczny wręcz sound i obawiałem się, że tym razem będzie podobnie. Nie wiem, jak to możliwe, aby kapela, która może nagrać w Pradze klip przypominający film ("The Darknes Within"), nie była w stanie jeździć w trasy z profesjonalnym akustykiem. Może to wina sprzętu? Nie wiem, ale usłyszeć dobrze brzmiący koncert Machine Head to podobno rarytas, z którym obcują widzowie wyłącznie na największych imprezach. Trudno. Tak czy owak pod względem doboru utworów oraz samego kontaktu z publicznością dali radę, a Flynn - chcąc podtrzymać kontakt - pozwolił sobie na kilka monologów, m.in. o klipie, jego znaczeniu, o tym jak pierdolą MTV czy klasycznie o Dimebagu. Część zebranych narzekała na zbyt dużą ilość przerw na gadki i na puszczanie przerywników (jeden moment przed "Davidian" praktycznie oznaczał koniec koncertu), ale to w końcu Machine Head - mogą robić co chcą. Setlista: "I Am Hell (Sonata In C#)", "Old", "Imperium", "Locust", "Aesthetics Of Hate", "Darkness Within", "Block", "Halo", "Davidian".

Zmęczony po Maszynie udałem się na Converge. Tutaj niespodzianka, bo w stosunku do tego, co zaprezentowali na "Off Festivalu", grupa z Salem nieco mnie zawiodła. Dziesięciominutowy wjazd z powolnym, ciężkim walcem i raczej mała jak na nich ilość "napierdolu" trochę mnie rozczarowały. No, może prócz gościnnego udziału Lindberga z At The Gates, który wskoczył na wokal w hicie Entombed - "Wolverine Blues". Mimo iż Converge darzę nieprzeciętną sympatią, ich show opuściłem, aby zregenerować się przed Unearth...

A jak się okazało, ci melodyjni metalowcy, wciąż uznawani z metalcore'owców, rozpoczęli swój koncert godzinę wcześniej. I to w dodatku w hangarze, w którym mieli okazję gościć nasi krajanie z Obscure Sphinx. Nie wiem, czy była to kara, a może imitacja koncertu klubowego, ale powinni zagrać na dużej scenie. Sami muzycy wielokrotnie przyznawali, że nie spodziewali się zarówno takiego odbioru ich muzyki, jak i miejsca, w którym przyjdzie im zagrać. Tutaj przyznam się, że mimo iż miałem obawy co do miejsca występu Unearth, "imitacja" klubowego koncertu okazała się być jednym z najlepszych moich przeżyć. Ciągły mosh, circle pit, na "Giles" udało mi się nawet skoczyć ze sceny - więc, co tu więcej pisać, jestem jak najbardziej zadowolony. Brzmieniowo wypadli znacznie lepiej niż kapele na dużej scenie i każdy riff czy beat miażdżył małżowiny uszne. Zagrali: "The Great Dividers", "Watch It Burn", "Eyes Of Black", "This Lying World", "Arise The War Cry", "Bloodlust Of The Human Condition", "This Glorious Nightmare", "Giles", "Black Hearts Now Reign", "Endless". Do spania.

Dzień trzeci - ostatni, sobota, 11.08

Długi dzień, w dodatku dość zimny, bo w nocy "trochę" padało i wszędzie, gdzie tylko było to możliwe, zrobiło się błoto. Gumowe płyty pod scenami stały się śliskie i metalheads starali się bawić bezpieczniej, no, przynajmniej w trakcie koncertów Gods Tower (co oni tam robili?!) czy Textures, Safety Fire. Grindcore'owcy z Ingrowing czy Ahumado Granujo jak na tak biedną muzykę cieszyli się zaskakująco dużą publicznością, czego akurat ja osobiście nie rozumiem. Muza biedna, brzmienie tragiczne... Nie ma co się dalej nad tym rozwodzić.

Agnostic Front, Jaromer 11.08.2012, fot. K. Zatycki
Agnostic Front, Jaromer 11.08.2012, fot. K. Zatycki

W programie festiwalu pojawiło się kilka zmian. Core'owcy ze Skarhead nie zagrali w ogóle, większość godzin występów zespołów została pozmieniania, przykładowo legenda niemieckiego thrash metalu - Sodom, pojawiła się na scenie o 2:30 w nocy. Po Moonspell, po Virusie, po Godflesh. Szaleństwo i debilizm porównywalny do przesunięcia rok temu koncertu Dagoby na 3 w nocy. W sobotę dla mnie liczyły się tylko dwie grupy - Agnostic Front oraz At The Gates. Ta pierwsza już kolejny raz dała jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy koncert na tym festiwalu (tak, jak zawsze robi to Madball, tak jak dwa dni wcześniej Sick Of It All), udowadniając przy tym, że okres punkowy w historii tej kapeli jest równie ważny, co nowe oblicze. Szkoda jedynie, że ilekroć widzę AF na żywo, są to występy na festiwalach. W naszym kraju goszczą regularnie, ale jak do tej pory jeszcze nie miałem okazji pojawić się w łódzkiej "Dekompresji" lub w którymś z krakowskich klubów. Oby ten stan rzeczy się zmienił, bo po "My Life, My Way" (ostatni album zespołu, miksowany przez Erica Rutana) smaki na klubowy armagedon są ogromne.

At The Gates, Jaromer 11.08.2012, fot. K. Zatycki
At The Gates, Jaromer 11.08.2012, fot. K. Zatycki

Po Agnostic Front "Jagermeister stage" opanowali przywróceni do życia bogowie melodyjnego death metalu z At The Gates. Gdyby nie "Slaughter Of The Soul" prawdopodobnie w XXI wieku nie miałbym czego słuchać lub też dalej byłbym thrash - deathmetalowym kucem i miał klapki na oczach. Całe szczęście tak nie jest i dzięki ostatniej pozycji w dyskografii grupy na światło dzienne wyszły potem takie kapele, jak nasz rodzimy Sunrise, The Black Dahlia Murder czy zarówno Darkest Hour, jak i Unearth. Nie umiem słowami opisać przeżycia, jakim było zobaczenie tego zespołu, a jedyne, co pamiętam, to to, że zdarłem gardło aż do krwi, a na "Blinded By Fear" wywaliłem jakiemuś lamusowi w fullcapie dwa zęby. Trudno. Podobno akustycy po raz kolejny "odwalili kawał dobrej roboty", ale będąc na przemian w pierwszym i drugim rzędzie przed sceną nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Gdybym wciąż miał długie włosy, to prawdopodobnie od machania banią przy "The Swarm" lub "Nausea" zostałbym łysy. Nawet gdybym chciał, to nie odnotowałem żadnych wpadek, może prócz zmęczonego głosu Lindberga i jednego delikatnie krzywego przejścia na garach w "Under A Serpent Sun", ale jak mniemam był to rezultat podniecenia, jakie towarzyszy zarówno muzykom, którzy widzą tak rozentuzjazmowany tłum, jak i świadomości tego, że dla wielu z nich (w tym dla niżej podpisanego) ich koncert jest czymś na kształt metalowego katharsis. Setlista: "Slaughter Of The Soul", "Cold", "Terminal Spirit Disease", "Raped By The Light Of Christ", "Under A Serpent Sun", "Windows", "World Of Lies", "The Swarm", "Suicide Nation", "Nausea", "All Life Ends", "Need", "Blinded By Fear", "Kingdom Gone".

Oby było mi (i Wam) dane przeżyć to jeszcze raz.

Zobacz zdjęcia: Dimmu Borgir, Ministry, Heaven Shall Burn, Moonspell, Immortal, At The Gates, Agnostic Front, Six Feet Under, Immolation, Paradise Lost, Machine Head, Amon Amarth, Napalm Death, Arcturus, Nile, Samael, Dimmu Borgir, Ministry, Arkona, Alcest, Root.

Komentarze
Dodaj komentarz »
zazdroszczę tym co byli, było co smatriet
Marcin Kutera (wyślij pw), 2012-09-01 20:41:10 | odpowiedz | zgłoś
ja nistety nie byłem, ale zazdroszczę tym co byli i oglądali takie smaczki jak: Immolation, At He Gates, Amon Amarth, Napalm Death, Godflesh, Sick of It All, Crowbar, Agnostic Front, Ministry, no może jeszcze Dimmmu Borgir i Machine Head
NH
HastyNero (gość, IP: 178.43.124.*), 2012-08-22 13:21:14 | odpowiedz | zgłoś
"Protoplaści melodyjnego death metalu" i w tym momencie przestaję czytać.
Albo nie wiesz co znaczy słowo 'protoplasta' (czym ukazujesz totalną ignorancję) albo... ukazujesz totalną ignorancję w kwestii muzycznej.

Hint: protoplaści melodeathu to był jeden z zespołów, które grały ostatniego dnia.
Ano tak, wtedy grało ponad 20 zespołów... na szczęście ty opisałeś aż dwa (no dobra, cztery) - to jeden z nich.

Aż się dziwię, że nie opisałeś Warbringera jako protoplastów thrashu :]
A Sodom - cóż, stali w korkach ponoć, wina organizatora? Co mieli zrobić, wszystkie zespoły opóźnić bo jeden zespół kiepsko rozplanował sobie podróż? Wtedy to byłby debilizm.
re: NH
HastyNero (gość, IP: 178.43.124.*), 2012-08-23 02:16:53 | odpowiedz | zgłoś
...przestałem czytać zbyt wcześnie, potem zobaczyłem 'wymieszanego z deathcorem'. Mój fail.

Btw, pewien mędrzec powiedział "Metal is like apples - everyone hates the cores.".
gdzie BA 2013?
kunegunda (gość, IP: 31.61.231.*), 2012-08-18 00:03:58 | odpowiedz | zgłoś
W tym roku był komplet - wszystkie 15 tys biletów zostało wyprzedanego, dlatego za rok BA może odbyć się w innym miejscu...
BA 2012
aggg (wyślij pw), 2012-08-17 00:25:10 | odpowiedz | zgłoś
Wszystkie bandy, dla których przyjechałam nie zawiodły: Gorguts genialny - idealne nagłośnienie i techniczna doskonałość (pozytywne było straszliwie rozsyłanie buziaków przez voc :). Immo trzymali formę, Morgoth rozjechał wszystkich oldschoolowym walcem a MH może trochę przesadzał z ilością przerw i pogadanek, ale zacnie również. Niesamowity klimat stworzył Alcest (genialny, chyba właśnie zyskali nową fankę), Solstafir i nasz Obscure Sphinx. Dużo zacnego grania deathowego, a hc niech sobie będzie - przynajmniej jest czas na chiński makaron :D
hc na Brutalu
jl6
jl6 (wyślij pw), 2012-08-16 21:57:03 | odpowiedz | zgłoś
"Rok w rok metalowcy narzekają na ilość hc albo metalcore'a na "Brutal Assault". Co jak co, ale czas sobie uświadomić, że większość tej "pedalskiej muzy" to bardzo dobre granie, dalece wykraczające poza to, czego większość zebranych w Jaromer słucha na co dzień."
Skoro BA to metalowy festiwal, uważam że słuszne są te narzekania nawet jeżeli zapraszane zespoły core'owe grają naprawdę dobrze, po prostu to niewłaściwy festiwal i ludzie przyjeżdzający na niego oczekują czegoś innego.
re: hc na Brutalu
michał (gość, IP: 77.223.225.*), 2012-08-18 17:29:07 | odpowiedz | zgłoś
A gdzie jest napisane że BA to metalowy festiwal? Szukam i znaleźć nie mogę :) Tam od lat jest przekrój ciężkiej muzy z różnych gatunków i to fajne jest.
re: hc na Brutalu
Ico (gość, IP: 46.170.26.*), 2012-08-21 09:49:56 | odpowiedz | zgłoś
Rozumiem, że grindcore w takim razie też odpada (bo np. ktoś z Neuropathii kiedyś powiedział, że bał się przyjęcia na jednym z kocertów, bo tu same metalowe, a gdzie oni ze swoim grind'n'roll - a przyjęcie mieli doskonałe)? Jesteś taki sam, jak ci, co piszą, że to "pedalska muza" albo te kmioty, co na na jednym z festiwali w w 25 rocznicę powstania wygwizdywali Sick Of It All i krzyczeli do nich "wyp...", a potem płakali ochroniarzowi, że ktoś pogroził im palcem i powiedział, co o nich myśli. Nie pisz, że to zupełnie inna muza, bo jej korzenie i bieżące sprawy są z metalem mocno związane. Ale tru nigdy tego nie zrozumie. No ale to kwestia wychowania i szacunku. Mam wrażenie, że tego ostatniego słowa oblepieni naszywkami jak choinka panowie tru nie znają.
re: hc na Brutalu
Janusz Tytan (gość, IP: 178.43.124.*), 2012-08-22 13:55:12 | odpowiedz | zgłoś
Ta, a sam pisał o Gods Tower "co oni tam robią?!". Ich miejsce było tam bardziej zasłużone niż tych wszystkich hejtbridów, misiu.
A zagrali też nieźle.
re: hc na Brutalu
lco (gość, IP: 46.170.26.*), 2012-08-23 09:10:24 | odpowiedz | zgłoś
Tego misia to sobie daruj.
« Nowsze
1

Zobacz inną relację

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Czy dzielisz się ze znajomymi swoimi muzycznymi odkryciami?