zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku sobota, 16 grudnia 2017

relacja: "Brutal Assault 2015", Jaromer 5-8.08.2015

17.08.2015  autor: Mikele Janicjusz
wystąpili: Ad Nauseam; Carnifex; Katatonia; Mayhem; Melechesh; Monuments; Nuclear Assault; Perturbator; Soulfly; Touche Amore; Triptykon
miejsce, data: Jaromer, Twierdza Josefov, 5.08.2015
wystąpili: Annihilator; Arcturus; Asphyx; Be'lakor; Benighted; Biohazard; Bloodbath; Cannibal Corpse; Dr. Living Dead; Enslaved; Gutslit; Headcrash; Horse The Band; Kreator; Nervosa; Ramming Speed; Squash Bowels; Sunn O))); Vildhjarta
miejsce, data: Jaromer, Twierdza Josefov, 6.08.2015
wystąpili: Agalloch; Amenra; Atari Teenage Riot; Excrementory Grindfuckers; Hour of Penance; Neglected Fields; Nuclear; Sarke; Svartidaudi
miejsce, data: Jaromer, Twierdza Josefov, 6.08.2015
wystąpili: Antropomorphia; Blood Eagle; Brujeria; Death To All; Decapitated; Demonic Resurrection; Godflesh; Hed Pe; Ill Nino; Kataklysm; Killing Joke; Krisiun; Marduk; Napalm Death; Primordial; Pro-Pain; Sepultura; The Dillinger Escape Plan; Walls of Jericho
miejsce, data: Jaromer, Twierdza Josefov, 7.08.2015
wystąpili: Candlemass; Dodheimsgard; God Dethroned; KYPCK; Lantlos; Maximum Penalty; Sebkha-Chott; Skepticism; Toxic Holocaust; Winterfylleth
miejsce, data: Jaromer, Twierdza Josefov, 7.08.2015
wystąpili: Anaal Nathrakh; Carach Angren; Dead Congregation; Demilich; Ne Obliviscaris; Outre; Rome; Victims; Wisdom in Chains
miejsce, data: Jaromer, Twierdza Josefov, 8.08.2015
wystąpili: At The Gates; Blood Red Throne; Cradle Of Filth; Cryptopsy; Defeated Sanity; Einherjer; Esoteric; Heaven Shall Burn; Psycroptic; Ratos De Porao; Rectal Smegma; Rosetta; Skalmold; Sólstafir; Suicide Silence; The Haunted; Vader
miejsce, data: Jaromer, Twierdza Josefov, 8.08.2015

Powiada się, że "Brutal Assault" to najbardziej polski z czeskich festiwali. Z samego tylko Wrocławia wyprawionych zostało do miejscowości Jaromierz co najmniej kilka autokarów zapełnionych heavy metal maniakami. Na miejscu dominowały dwa języki: czeski i polski, do tego łatwo było natknąć się na ludzi mówiących po niemiecku, rosyjsku, angielsku. Pewnie i inne bardziej egzotyczne nacje zawitały na ten fantastyczny festiwal. Wniosek z tego taki, że "Brutal Assault" to jeden z najbardziej liczących się spędów w Europie. Jak do tego doszło, skoro wśród wykonawców rzadko pojawia się gwiazda wielkiego formatu, a głównie dominują kapele z bardzo hermetycznych nurtów metalowych? Odpowiedź na pewno nie jest prosta, ale wydaje się, że dwa czynniki decydują o sukcesie imprezy. Po pierwsze organizacja: macie tu wszystko, czego dusza zapragnie (trzy sceny, około 100 zespołów do obejrzenia, fantastyczne sklepiki z heavymetalowym gównem, niezłe żarcie i bardzo dobre piwo, wspaniała sceneria twierdzy Josefov, horror kino, galerie, spotkania z muzykami, nawet kible w podwyższonym standardzie), a do tego wszystko odbywa się punktualnie. Po drugie cena: 69 euro w przedsprzedaży to prawie tyle, co ostatnio wydałem na pojedynczy koncert Motorhead w Warszawie (czy to jest normalne? - pytam już nie wiem który kurwa raz); Czesi w tej cenie oferują cztery dni obfitujące w rozmaite, jak się rzekło, atrakcje.

Do festiwali mam raczej niechętny stosunek. W młodości jarałem się tymi rodzajami imprez masowych, ale nie było mnie na nie stać; wyjątkiem darmowy "Woodstock", na którym byłem kilkanaście razy, choć ostatnimi czasy wpadam tylko na wybrany dzień. W życiu nie byłem w Jarocinie, choć mam blisko, i to nie tylko z uwagi na punkową stylistykę, ale też miałkość tego wydarzenia. Jak każdy, chciałem choć raz wybrać się do Mekki, czyli pomodlić się w Wacken, lecz już mi przeszło; w tym wypadku razi mnie "macdonaldyzacja" metalu. Co więc przekonało mnie do "Brutal Assault"? Kolega, który pięciokrotnie odwiedził to miejsce i pięciokrotnie wrócił zachwycony. Postanowiłem więc spróbować.

Wszelkie prognozy pogody mówiły, że będzie przejebane. I było. Choć osobiście wolę żar z nieba niż opiździawę i deszcz podczas koncertu, to między 5 a 8 sierpnia była gruba przesada. Dawno nie przeżyłem takiej patelni, jak teraz. Nawet w nocy nie szło wytrzymać. Człowiek szukał ochłody wszędzie: niektórzy w pobliskiej rzece, inni w kuflach, ja z małżonką i znajomymi dostaliśmy cynk o basenie, w którym spędzaliśmy poranne godziny. W ogóle była tam zajebista rewia wydziaranych brudnych skurwieli, którzy bawili się równie dobrze w wodzie, jak później pod scenami. Swoją drogą kąpielisko w Jaromierzu jest całkiem ładne.

"Brutal Assault", gadżety festiwalowe, Jaromer 5-8.08.2015, fot. Mikele Janicjusz
"Brutal Assault", gadżety festiwalowe, Jaromer 5-8.08.2015, fot. Mikele Janicjusz

Wiadomo, jak to jest w nowym miejscu. Człowiek czuje się zagubiony, jak owieczka na pustyni. Uprzejmość jednak jest za darmo i wiele razy jej doświadczyliśmy tak ze strony rodaków, jak i cudzoziemców. Namioty postawiliśmy blisko - na wale po prawej stronie od wejścia; dotarcie pod scenę zajmowało nam pięć minut. Strategiczne miejsca (toi-toie, krany, deszczownica, zimne piwo) były po drodze. Już przy wejściu każdy uczestnik otrzymywał pakiet gadżetów: opaskę na rękę, informator na smyczy, dwie broszurki i płytę DVD. Zawsze irytują mnie żetony na popas, ale w ostatecznym rozrachunku wydaje się to dobrym rozwiązaniem. Tyle że kubek piwa czy innych dóbr wychodził dość drogo i wielu wolało iść kawałek do miasta, by tam zaopatrzyć się w niezbędne produkty. Sami tak robiliśmy, gdy zbliżała się pora obiadowa, bo obiady to woleliśmy zjeść normalne, a nie wymięte kiełbachy i kurczaki. Rytm dnia był więc taki: rano mycie i śniadanko na terenie festiwalu, potem basen lub kino, obiad na mieście i powrót na koncerty.

Dobra, chrzanię o wszystkim, tylko nie o tym, co trzeba. W pierwszym dniu dość łatwo było zrealizować plan koncertowy, gdyż start zaplanowany był na godzinę 15:00. Chciałem obejrzeć następujące kapele: Nuclear Assault, Triptykon, Katatonię i Mayhem. I to się udało. Nuclear Assault grał od 19:30 do 20:17 na "Jagermeister Stage". Ten amerykański zespół jest niezbyt popularny, ale jak to zazwyczaj bywa - kultowy w pewnych kręgach. I to pokazała publiczność brutalowa, która tłumnie nie stawiła się pod sceną, lecz ci, którzy tam byli, wiedzieli o co chodzi. Nuclear Assault - z tego, co się zorientowałem - zagrał kawałki z płyt wydanych jeszcze w latach 80., m.in. "Brainwashed", "New Song", "Betrayal" i "Hang the Pope". Bardzo fajny kontakt z publicznością złapał frontman grupy John Connelly, który nie tylko zagadywał, ale też schodził ze sceny, by przybić piątki z najbliżej stojącymi.

Byłem ciekawy, jak zaprezentuje się szwajcarski Triptykon, o którym tak wiele się ostatnio słyszy. Może się nie znam, ale był to chyba najsłabszy występ z tych, które obejrzałem na "Brutalu". Przede wszystkim brzmienie było strasznie chropowate - jakbym słuchał warkotu żniwiarki. Poza tym postawa muzyków - może byli zbyt spięci, może wolą małe kluby, może nie ten dzień... Laska na basie już takie miny robiła, jakby była najbardziej blackmetalową dziewuchą w branży. Ale najgorsze było to, że w połowie koncertu zaczynało się odczuwać monotonię. Jedyne, co mi się podobało, to światła, które współgrały z mroczną muzyką. Piszę to z perspektywy osoby postronnej, która po prostu chciała się lepiej zapoznać z zespołem Triptykon, fani pewnie inaczej się bawili. Zagrali chyba siedem numerów, w tym dwa covery: "Circle of the Tyrants" i "Messiah".

Podobnie jak Triptykon, występ Katatonii obejrzałem z czystej ciekawości. Ta odmiana metalu nigdy nie zawojowała mojego serca, dlatego nie rozumiem Anathemy, Paradise Lost, Opeth itd. Z pewnością po ciężkim gigu Szwajcarów Katatonia wypadła aż nadto lekko. Było zwiewnie, klimatycznie i przy tym dość miałko. Występ opierał się w całości na repertuarze z ostatnich czterech, może pięciu płyt. Nie wiem, jaki tam fani mają stosunek do tego materiału, ale sądzę, że woleliby dostać numery z "Brave Murder Day" (1996) i "Discouraged Ones" (1998) niż "Night Is the New Day" (2009) i "Dead End Kings" (2012). Ale pomińmy repertuar. Na żywo muzycy dość sprawnie grali i czuć było jakąś radość z tego, że mogą wystąpić na "Brutal Assault". A to bardzo ważne, bo gdy zespół się nudzi, to ja od razu też.

Między Katatonią a Mayhem grał Soulfly. Wolałem zebrać siły przed klasykami black metalu niż oglądać Maksa Cavalerę w nędznej formie. Jeszcze początek mieli dobry, bo pierdalnięcie rozeszło się po wszystkich chyba korytarzach twierdzy Josefov, ale z każdym utworem napięcie spadało. Maksowi po prostu już się nie chce - to widać gołym okiem. Co innego Mayhem - ci jebani szataniści dali najlepszą sztukę tego dnia. Jak większość metalowców miałem okres fascynacji black metalem w połowie lat 90., potem trochę od tego odszedłem. Wbrew pozorom to nie jest taka nieszkodliwa rozrywka, jak dajmy na to Mercyful Fate czy Alice Cooper. Ale myślę, że norweskie kapele nagrały mimo wszystko dużo dobrej muzyki. Jedną z nich jest z pewnością Mayhem. Na scenie przygotowanej do parateatralnego widowiska stanęło przy dźwiękach intro "Silvester Anfang" pięciu mężczyzn, dwóch (Attila Csihar i Morten Iversen) wystrojonych w demoniczne wdzianka. Na środku ustawiono sarkofag oblepiony kośćmi i czaszkami, za którym chował się wokalista. Miał tam parę podręcznych rekwizytów, którymi wymachiwał podczas koncertu (namiętnie obcałowywał czaszkę). Zaczęli od "Deathcrush" i "Symbols of Bloodswords", by w dalszej części wystraszyć utworami "To Daimonion", "Illuminate Eliminate" i "My Death". Mimo że bez żadnych makijaży, to grozę wzbudzał Necrobutcher - jedyny członek zespołu pamiętający jego początki. Jednak największe wrażenie na żywo robi wokal Csihara. Bardziej przypomina warczenie wilka niż głos istoty ludzkiej. Na koncercie nie mogło zabraknąć największych hitów Mayhem - "Freezing Moon" i "De Mysteriis Dom Sathanas". Ludzie bawili się przy nich kapitalnie. Nie będzie chyba przesady w stwierdzeniu, że na Mayhem pod sceną zrobiło się dość ciasno i niebezpiecznie, a paru zwyrodnialców próbowało robić krzywdę innym (szczególnie jeden poryty Norweg).

W czwartek odpuściłem sobie Nervosę, która zagrała o nieludzkiej godzinie 12:15. Znajomi rekomendowali Arcturusa, że ponoć dobry. Obejrzałem, ale bez emocji. Występ nie był zły, lecz szwankowało początkowo nagłośnienie, a do tego w pełnym słońcu ta muzyka nie może zabrzmieć. Na plus ekipie dowodzonej przez Steinara Svena Johnsena trzeba zaliczyć to, że naprawdę im zależało. Szczególnie ubrany w grube szmaty wokalista Simen Hestnaes dwoił się i troił, by publiczność była zadowolona. Zagrali m.in. "Evacuation Code Deciphered", "Painting My Horror", "Pale" i na sam koniec "Raudt Og Svart". Johnsen zarekomendował inne kapele z Norwegii grające na festiwalu: "To moi chłopcy" - powiedział, zszedł ze sceny, a po chwili był już przy furcie, by podpisywać płyty.

Enslaved rekomendacji nie potrzebuje. Z zainteresowaniem obejrzałem występ jednej z najważniejszych grup norweskiego metalu. Tych bać się nie trzeba, chłopcy mają bardziej poukładane pod sufitem i taką też grają muzykę. Może nie ma tam takiej furii, jak w Marduk, i takiego mroku, jak w Mayhem, ale też muzyka jest bardziej strawna. Muzycy Enslaved od razu mogliby wskoczyć na plan jakiegoś filmu o wikingach. To nie był porywający koncert, ale podobał mi się.

Biohazard słyszałem z namiotu. Hardcore'a i metalu raperskiego nie trawię jeszcze bardziej niż metalu klimatycznego, ale Polacy mieszkający obok nas gadali, że był to najlepszy występ tego dnia. Bardzo się cieszę, że tak dobrze wypadli, bo kiepsko jest, gdy ktoś przyjeżdża na swój ulubiony zespół, a ten zwyczajnie daje dupy. Cannibal Corpse chciałem zobaczyć w całości, ale względy żywieniowe sprawiły, że tylko połowy koncertu uświadczyłem. No ale była miazga w chuj. Taka ekstremalna muzyka niby trudna w odbiorze, ale gdy widzisz kilku facetów napierdalających na scenie w strugach potu, to szacunek sam wyłazi z człeka. Wyłapałem - choć poprawcie mnie, jeśli coś pokręcę - numery "Icepick Lobotomy", "I Cum Blood", "Make Them Suffer", "A Skull Full of Maggots" i "Devoured by Vermin".

Nie będę ukrywał, że kapelą, która przyciągnęła mnie na "Brutal Assault", był Kreator. To jest moja liga, mój muzyczny ołtarz. Tę muzykę chwytam w lot i delektuję się jak dziecko lizaczkiem. O 23:20 na "Jagermeister Stage" rozbrzmiało intro "Choir of the Damned", wystrzeliły tuby z confetti i rozpoczęła się uczta muzyczna. "Enemy of God", a zaraz po nim tytułowy utwór z krążka "Terrible Certainty" (1987) nie pozostawiły złudzeń: będzie dziko. W tym dniu były chyba też największe tłumy pod sceną; trudno było dostać się w pobliże barierek. Kreator to pod względem finansowym zupełnie inna półka niż którykolwiek z zespołów grających na tegorocznym "Brutal Assault". Jako jedyni zadbali o pełne wyposażenie sceny w bajery: były buchające płomienie, ekrany na których wyświetlano odpowiednie motywy do piosenek, miotacz powietrza, którym posłużył się Mille Petrozza. Wszyscy muzycy zgodnie pracowali na to, by na scenie nie było fuszery. Przy "Phobii" część fanów szalała, ci co byli ukierunkowani na inne style pewnie nie mogli uwierzyć, co tu się dzieje. Tytułowy utwór z debiutanckiej płyty "Endless Pain" (1985) to surowe danie, na zasadzie kontrastu pewnie wpisano do setlisty wysmażony na brązowo "Warcurse". Ale ciągle to mocne uderzenie. Podobnie mocno, ale już bardziej przebojowo i nowocześnie, zabrzmiały "Phantom Antichrist" i "Hordes of Chaos", ale prawdziwa masakra nastąpiła na pozorowanych bisach; kiedy usłyszałem "Violent Revolution" i "Pleasure to Kill", to padłem na kolana i wielbiłem Kreatora, że jest taki zajebisty. Mało kto może równać się z Niemcami, a doskoczyć do nich chyba mógł tylko Vader, który zagrał piękny koncert na zakończenie festiwalu.

Dość zmęczony powlokłem się pod "Metalshop Stage", gdzie właśnie zaczynał się show następnej legendy thrash metalu. Annihilator to - podobnie jak Nuclear Assault - zespół, który nigdy nie zrobił oszałamiającej kariery, lecz ma grono oddanych fanów, gotowych iść za swoją kapelą w ogień. Jakiś krótki wydawał mi się ich występ, ale wszystko wskazuje, że taki po prostu był. Odnotowałem w pamięci siedem kawałków: "King of the Kill", "No Way Out", "Set the World on Fire", "W.T.Y.D.", "Phantasmagoria", "Alison Hell" oraz "Human Insecticide". Jeff Waters to dziwna postać. Kieruje tym swoim Annihilatorem już tyle lat, wciąż ma pod górkę, zmienia skład zespołu co rusz, nagrywa kolejne płyty, które nie chcą przebić sukcesu jedynki, a nie marudzi na scenie, wszędzie go pełno, micha zadowolona. Takie coś naprawdę warto obejrzeć.

Żałuję, że nie chciało mi się zaczekać na Sunn O))). Tak dziwnej muzyki, posępnej i niepokojąco jednostajnej nigdy przedtem nie słyszałem. Ledwo drepcząc do namiotu z żoną pod pachą zastanawiałem się, czy nie wrócić, ale dałem sobie spokój. Muzycy są na tyle młodzi, że pewnie będzie okazja ich zobaczyć, jak powymierają dinozaury i nie będzie czego słuchać.

7 sierpnia było gorąco jak jasna cholera. Ukryty w cieniu wysłuchałem trochę, co mają do powiedzenia Pro-Pain i Krisiun, Decapitated obejrzałem w telewizorku wiszącym w galerii. Szukając ochłody trafiłem do Brutal Kina, zaraz po wizycie w Brutal WC i w Brutal Barze. Z przyjemnością obejrzałem słynny horror "Hellraiser 2" z 1988 roku. Pierwszym zespołem, który normalnie widziałem w tym dniu, był Napalm Death. Była godzina 20:20 i potworny upał zelżał. Anglicy od razu wzięli plac szturmem, nie oszczędzając widzów. Wśród utworów były i te dłuższe, i te najkrótsze plus jeden cover (ale nie pamiętam co); cały występ trwał około 50 minut. Na nieszczęście dla fanów tuż przed końcem siadło nagłośnienie; w trakcie zapowiadania kolejnego utworu, nagle mikrofon Barney'a odmówił posłuszeństwa. Muzycy słyszeli się najwyraźniej w odsłuchach, więc publiczność gestami dała znać, że są problemy. Akustyk był najwyraźniej bezradny, bo trwała to przez kilka minut. Kiedy udało się przywrócić jako tako sprawność urządzeniom dźwiękowym i kiedy zespół zaczął grać, wśród widzów nastąpiła jeszcze większa konsternacja. Funkcjonowały tylko wokal i perkusja. Kompletnie nie było słychać gitar. Wyobrażacie to sobie? Zespół dojechał do końca nieświadomy, że gitary nie grały. Z jednej strony żal Napalm Death, bo to był bardzo fajny występ, ale z drugiej strony - to rarytas być na takim koncercie, gdzie coś poszło nie tak.

Pierwszy raz w życiu widziałem na żywo Sepulturę i muszę powiedzieć, że tak, jak Soulfly wypadł mizernie, tak Sepultura dała radę. Nie było tam pretensjonalnej postawy, że w życiu nie wszystko poukładało się po myśli. Choć kariera brazylijskiej legendy gwałtownie zahamowała po odejściu Maksa, to jednak teraz powoli się odbudowuje, a na koncertach muzycy dają z siebie wszystko (chętnie bym się dowiedział, czy w Krakowie też dali z siebie wszystko). Było żywiołowo i wesoło. Świetnie bawili się Andreas Kisser i Derrick Green; ten ostatni zabrał ze sobą w trasę synka, który stał z boku sceny i za cholerę nie chciał mieć na uszach słuchawek (wciąż mu je zakładała jakaś pani). Najbardziej podobał mi się perkusista Eloy Casagrande, który tak szybko zapierdalał, że byłem pod wielkim wrażeniem. Dość spokojnie z lewej strony stał basista Paulo Jr. Tych nowych piosenek za bardzo nie znam, a ze starych usłyszeliśmy: "Biotech Is Godzilla", "Territory", "Refuse / Resist", "Propaganda", "Arise", coś ze "Schizophrenii" (1987) i na koniec oczywiście "Roots Bloody Roots". Sepultura wciąż świętuje jubileusz 30-lecia istnienia. Brawo chłopcy, oby tak dalej.

Projekt Death DTA od paru lat elektryzuje fanów, tzn. jednych elektryzuje, innych zniesmacza. To, co zobaczyłem na "Brutal Assault", utwierdziło mnie w przekonaniu, że warto dać panom szansę; nawet jeśli nic z tego na dłuższą metę nie wyjdzie, to młodsze pokolenie będzie miało szansę zobaczyć część legendy. Sami muzycy bardzo skromnie podchodzą do całej sprawy, co podkreślał basista podczas koncertu. Zagrali m.in. "Symbolic", "Bite the Pain", "The Philosopher" i "Pull the Plug". Na Marduka nie miałem już sił, choć teraz trochę żałuję, bo ponoć w całości zagrali ulubioną płytę kruków - "Panzer Division Marduk" (1999).

Na takiej samej zasadzie, jak Triptykon, obejrzałem koncert Sólstafir, który wziął we władanie "Jagermeister Stage" w sobotę o godzinie 19:25. Nie bardzo wiedziałem, czego się po nich spodziewać, a tu wielka niespodzianka, bo czterej panowie z Islandii zagrali bardzo miłą dla ucha muzykę, którą można by schować do szuflady z napisem "post-rock". Od samego początku widać było, że są bardzo zgrani (i też zżyci), bo koncertowali z niekłamaną radością i swobodą. Szczególnie wokalista Tryggvason postawił na show, schodząc ze sceny do publiczności, a nawet wędrując po górnej krawędzi barierek przytrzymywany przez ochroniarzy i publiczność. Zaprezentowali bardzo długie utwory, w sumie pięć lub sześć.

Następny w programie zespół, który mnie interesował, zwie się po prostu Cradle of Filth. Zaczęli grać, jak już było ciemno, co pozytywnie wpływa na efekt tej wampirycznej muzyki. Wcześniej widziałem ich tylko raz - około 2006 roku w "Progresji". Ale był to tak słaby występ, że nie miałem ochoty więcej płacić za koncerty tej formacji. Tym razem było dużo lepiej, tzn. muzycy przestali gwiazdorzyć, a zaczęli więcej zwracać uwagę na to, że grają dla ludzi. Dość rozmowny, nawet dowcipny okazał się Dani Filth, frontman grupy. Jedną z piosenek zadedykował: "Tę piosenkę dedykuję wszystkim fanom, a szczególnie Tobie, piękna młoda damo" - tak zwrócił się do jednej z lasek stojących w pobliżu sceny. Secik dobrali przekrojowy tak, by każdy z czegoś się ucieszył. Ja zostałem usatysfakcjonowany dopiero w końcówce programu, kiedy Brytyjczycy zagrali "Cruelty Brought Thee Orchids", "Her Ghost in the Fog" i "From the Cradle to Enslave". Ponadto było można usłyszeć "Nymphetamine", "Cthulhu Dawn" i inne szlagiery.

At The Gates to szwedzka grupa wykonująca melodyjny death metal. Ponieważ działała z przerwami, to potrzeba jej zobaczenia była na tyle duża, że wiele osób przybyło zobaczyć, jak przyładują. Chyba nikt się nie zawiódł, słysząc takie mocarne, męskie granie - "Under a Serpent Sun" czy "Slaughter of the Soul". Tomas Lindberg postanowił w trakcie koncertu złożyć poważną deklarację. Najpierw zapytał, czy lubimy death metal. Usłyszał pomruk zadowolenia. On zaś stwierdził: "My nie lubimy death metalu" i się odwrócił, po czym wrzasnął do mikrofonu: "My kochamy death metal!"

Jak stwierdził mój kumpel, kropkę nad "i" postawił Vader, dając energetyczny i potężnie brzmiący koncert. Spośród wszystkich występów Vadera najgłębiej zapadł mi w pamięć ten z "Woodstocku" (w Żarach). I teraz tamto wspomnienie odżyło. To oznacza, że nasz mistrz gatunku wypada na wielkich scenach kapitalnie; ta muzyka zyskuje, bo z dużej sceny niesie się po okolicy jak podmuch po wybuchu nuklearnym. Dodatkowo - chyba najbardziej podobała mi się gra świateł do tego misterium; dominowała czerwona poświata zmieszana z bielą, która rozbijała się o mury twierdzy. Były wśród vaderowych petard "Wings", "Silent Empire", "Cold Demons", "Carnal" oraz "Sothis". Koncert Vadera trwał od 00:25 do 01:15; Peter z kumplami pourywali łby.

Często stałem pod sceną i muszę stwierdzić, że bardzo dobrą robotę odwalali ochroniarze, którzy byli i mili, i uczynni. Jak trzeba było, to podali wodę do picia, jak trzeba było kogoś zdjąć, to zdejmowali tak, by nie uszkodzić ludzi w pierwszym szeregu. Zresztą, cała ekipa brutalowa nie okazywała zirytowania z powodu tylu "natrętów". Jedyne, co trochę doskwierało, to brak dostępu do kranów w niedzielę rano, by choć trochę opłukać ryja i łapy. Organizatorzy na przyszły rok już zapowiedzieli jedną z gwiazd; będzie nią Exodus. Zobaczymy, co jeszcze dojdzie, ale na pewno będzie ciekawie.

Zobacz: relacja Pawła Kuncewicza.

Komentarze
Dodaj komentarz »
re: "Brutal Assault 2015", Jaromer 5-8.08.2015
marti299 (gość, IP: 195.8.217.*), 2015-08-22 11:09:26 | odpowiedz | zgłoś
Sepultury to niestety na żywo nie widziałeś. I już nie zobaczysz ;) A szkoda.
Sólstafir
pik (gość, IP: 217.99.252.*), 2015-08-20 19:28:58 | odpowiedz | zgłoś
Dla zainteresowanych Solstafir wystąpi także 22 października w Warszawie (proxima) razem z Mono i The Ocean. A tak przy okazji polecam Kontinuum - moje tegoroczne odkrycie.
re: "Brutal Assault 2015", Jaromer 5-8.08.2015
rodolfo (wyślij pw), 2015-08-20 11:15:14 | odpowiedz | zgłoś
Bez przesady z tym perkusistą Sepultury i jego szybkością. Kilka lat temu Sepa wyraźnie zwolniła tempo na koncertach, polecam porównać sobie wykonania "Troops of Doom" jeszcze z 2010/2011 i obecne. Może jest to spowodowane zmianą perkusisty właśnie, a może dziadzieniem całego zespołu.
re: "Brutal Assault 2015", Jaromer 5-8.08.2015
Mikele
Mikele (wyślij pw), 2015-08-20 11:58:28 | odpowiedz | zgłoś
No dobrze, ale przecież wiem, co widziałem. Młody gnał po bębnach jak wiatr. Nie twierdzę, że to najszybszy bębniarz planety, ale na mnie zrobił wrażenie. Nie mam niestety porównania z dawnymi koncertami.
re: "Brutal Assault 2015", Jaromer 5-8.08.2015
Boomhauer
Boomhauer (wyślij pw), 2015-08-19 17:31:34 | odpowiedz | zgłoś
Mikele pisze że Triptykon słabo, Paweł Kuncewicz że dobrze. Bądź tu człowieku mądry.
re: "Brutal Assault 2015", Jaromer 5-8.08.2015
Wolrad
Wolrad (wyślij pw), 2015-08-19 22:09:05 | odpowiedz | zgłoś
Obaj napisali, że słabe nagłośnienie było, a to psuje odbiór.
Ale to jeden z niewielu klasyków, który eksperymentuje
i dlatego choćby warto zobaczyć.
re: "Brutal Assault 2015", Jaromer 5-8.08.2015
Stary uj (gość, IP: 78.9.30.*), 2015-08-20 17:46:45 | odpowiedz | zgłoś
Byłem pod samą sceną na Triptykon i wcale tak źle nie było z tym nagłośnieniem, ale zauważyłem że mają na BA głośniki takie jakby kierukowe. Stoisz człowieku między akustykiem, a sceną i jest ok. Pójdziesz kilka metrów w parwlo lub w lewo, poza "linię" głośników wiszących i już masz inny odbiór.
ps. piwo mają tam na festiwalu okropne. Siur za 1,1 euro.

Zobacz inną relację

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Jak często zmieniasz telefon komórkowy?