zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku środa, 19 lutego 2020

relacja: Wacken Open Air 2001, 2 - 4.08.2001

18.12.2000  autor: m00n
wystąpili: W.A.S.P.; Impotent Sea Snakes; Finntroll
miejsce, data: Wacken, 2.08.2001
wystąpili: Dimmu Borgir; Exumer; Saxon; The Haunted; Helloween; Desaster; Therion; Behemoth; Overkill; Nevermore; Paul Di Anno; Primal Fear; Nasum; Exciter; Napalm Death; Holy Moses; Lacuna Coil; Soilwork; Carnal Forge; Nightfall
miejsce, data: Wacken, 3.08.2001
wystąpili: Motorhead; Sodom; Die Apokalyptischen Reiter; Death SS; HammerFall; Opeth; Nightwish; In Flames; Annihilator; Grave Digger; Rage; Crematory; Krisiun; Dark Tranquillity; Vintersorg; Destroyer 666; Cryptopsy; Warhammer
miejsce, data: Wacken, 4.08.2001

Dzień zerowy.

Obecność kilkunastu spośród kilkudziesięciu zespołów na tegorocznej edycji Wacken Open Air Festival (o ile się nie mylę już dwunastej) tak bardzo przykuła moją uwagę, że w drodze powrotnej z Bolkowa zahaczyłem o miasteczko Wacken. Naprawdę było warto. Festiwal planowo rozpoczynał się w piątek, jednak już w czwartek miał odbyć się koncert pod nazwą "A Night To Remember", na którym wystąpić miały dwa kompletnie nieznane mi zespoły oraz Finntroll, Crematory i W.A.S.P. Z tego też właśnie powodu, w czwartek w okolicach południa, po kilkunastogodzinnej podróży samochodem, moje oczy ujrzały tablicę "Wacken", a chwilę potem miasteczko noszące się "na czarno". Kresem podróży było "Heavy Metal Town", gdzie znajdowało się ogromne pole namiotowe oraz część koncertowa. Na szczęście nie wszyscy jeszcze zjawili się na miejscu, udało nam się więc wśród rzeszy namiotów znaleźć trochę miejsca i dla naszych.

Po ponad dwugodzinnym staniu w kolejce by stać się posiadaczem "backstage" i rozłożeniu się, przyszła pora na "wizję lokalną" terenu koncertów. Scen było cztery, dwuczęściowa Mega Stage, Party Stage i najmniejsza Wet Stage, która znajdowała się w namiocie, mogącym pomieścić około 300-400 osób. Mimo niezbyt odległego rozmieszczenia scen Mega i Party, grające jednocześnie na nich zespoły praktycznie nie przeszkadzały sobie wzajemnie, co przecież jest niezwykle istotną rzeczą dla słuchacza.

Pierwszym koncertem, jaki zobaczyłem na Wacken, ale niestety tylko jego końcówkę, był występ Finntroll. Liczyłem na ciekawy występ i nie zawiodłem się. Żywiołowy wiking folk, w którym wykorzystywany jest akordeon, wypadł świetnie. Widać było, że muzycy dobrze się bawią, podobnie jak zgromadzona "nieliczna" jeszcze publiczność. W końcówce, którą udało mi się usłyszeć, pojawiły się dwie kompozycje z "Jaktens Tid", jedną z nich była świetna "Slaget Vid Blodsalv".

Po jakimś czasie poinformowano, że tego dnia Crematory nie dotrze do Wacken w związku z czym ich występ zostaje przełożony na sobotę. Kolejne dwa zespoły postanowiłem sobie darować, czego żałowałem, gdyż Impotent Sea Snakes dało dość szczególny show, i wróciłem dopiero na wieczorny występ W.A.S.P.. Właściwie za W.A.S.P. nigdy szczególnie nie przepadałem, choć wiele lat temu słuchałem ich paru płyt, jednak takiej gwiazdy nie należało przegapić m.in. z powodu skandalizującego Blackie Lawlessa i jego zachowania na scenie. Dobrze zrobiłem, idąc na ten koncert, było warto. Blackie, na którym czas wywarł już swe piętno, szalejący po scenie i śpiewający do mikrofonu umieszczonego na statywie w kształcie kierownicy motocykla, z którego co jakiś czas tryskały płomienie ognia, śliczne solówki, doskonały bębniarz, zabójcze brzmienie, taki to był występ. Czysta, żywa metalowa energia. Spodziewałem się nowszych utworów, lecz zespół zrobił mi niespodziankę i zagrał jednak trochę starego materiału - m.in. "Scream Until You Like It", "I Wanna Be Somebody", "L.O.V.E. Machine", "Wild Child". Wszystkie zagrane zabójczo, a przecież to nie żaden death czy inna rzeźnia. Około osiemdziesięciominutowy koncert okraszony został małą atrakcją, którą było wylanie przez Blackiego na siebie czegoś w rodzaju krwi, co wzbudziło oczywiście aplauz publiczności. Po bodajże dwóch bisach było po wszystkim. Szkoda, że tak krótko.

Dzień pierwszy.

Nadszedł oficjalnie pierwszy dzień festiwalowy. Rozpoczynający Deceased pominąłem, by już przed jedenastą wyczekiwać w okolicach Party Stage na jeden z zespołów, dla którego przyjechałem do Wacken. Chodzi o grecki Nightfall. Usłyszałem trzy kwadranse muzyki, która mnie zachwyciła. Genialne brzmienie, klawisze nie ginące pomiędzy pozostałymi instrumentami, do czego przyzwyczailiśmy się już na koncertach w Polsce, "kopiące" gitary, po prostu marzenie. Prawdę mówiąc każdy zespół, który słyszałem na Wacken, brzmiał przynajmniej dobrze, żeby nie powiedzieć bardzo dobrze. Nightfall przygotował nie lada gratkę dla wiernych fanów, do których się zaliczam. Repertuar obejmował czasy od pierwszego wydawnictwa "Parade Into Centuries" do najnowszej produkcji. Większość stanowiły oczywiście utwory z "Diva Futura", m.in. "Master, Faster, Sweet Desaster", jednak nie zabrakło również "Lesbian Show" oraz ciągle wywołującego u mnie dreszcze "For My Soul, When The Dark Falls Into...". Znakomity show, w którym główne role odgrywali charyzmatyczny wokalista Efthimis i ubrany w fioletową "suknię" i chustę gitarzysta. I znów było za krótko.

Zachwycony przeniosłem się na jedną z dużych scen, by rzucić okiem na Carnal Forge. Pierwsze skojarzenia, które mi się nasunęły, gdy zobaczyłem tych tęgich panów, to Crowbar. Koncert rozpoczął się dla Szwedów dosyć niefortunnie, gdyż nie było słychać wokalu, jednak po chwili było już w porządku. Ciężko brzmiąca muza czasem z hardcore'owymi riffami i krzykliwy, może lekko histeryczny wokal to wizytówki Carnal Forge. Zagrali między innymi "Twisted" i "No Resurrection", który znajdzie się na najnowszym albumie "Please... Die!". Koncert, który na pewno mógł się podobać. Ja jednak nie obejrzałem go do końca, gdyż skierowałem się ponownie na Party Stage.

Celem mojego powrotu była kolejna szwedzka kapela - Soilwork. Ich ostatnie wydawnictwo "A Predator's Portrait" wzbudziło moje zainteresowanie. "Na żywo" prezentują się również bardzo dobrze. Trochę krzykliwych wokali, z powodu maniery przypominających wokalistów hardcore'owych (to jakaś plaga w Szwecji? :) ), i całkiem techniczny, melodyjny szwedzki thrash/ death zagrany bardzo dynamicznie, z kopem, po prostu wgniótł mnie w trawę. Czegoś takiego się nie spodziewałem. Podczas trzydziestu minut, które zdołałem obejrzeć, przed kolejnym spacerem na Mega Stage, Soilwork zagrał m.in. przebojowy "Needlefeast", "Final Fatal Force" i "Room No. 99".

Na dużą scenę przyciągnęła mnie śliczna wokalistka z Lacuna Coil, dzięki której zespół bardzo dobrze "prezentuje" się na scenie, choć trzeba przyznać, że reszta muzyków w czarnych szatach znakomicie uzupełniała wizerunek zespołu. Świetne dialogi wokalne Cristiny i Andrei okraszone mocnymi gitarami przykuwały uwagę podczas tych kilkudziesięciu minut. Włosi zagrali dobry, dynamiczny koncert, który wypełniły takie numery jak "When A Dead Man Walks", "No Need To Explain" (tu Cristina nawet machała włosami) czy "Senzafine".

Możliwości obejrzenia "na żywo" reaktywowanego Holy Moses nie mogłem przegapić. Mimo upływu lat Sabina Classen, o włosach w kolorze ciemnej wiśni, śmigała po scenie, a energii mogłaby jej z pewnością pozazdrościć niejedna młoda dziewczyna. Niemcy zagrali całkiem nieźle, nie obyło się bez starych kawałków, nie zabrakło również utworów z ich nowej epki "Master Of Disaster". W tej chwili Holy Moses gra chyba trochę mocniej niż dawniej, choć to wciąż europejski thrashujący death z naprawdę zadziwiająco głębokim wokalem Sabiny, który robi ogromne wrażenie, szczególnie z odległości dwóch metrów. Całości dopełniają ostre gitary, które nie tworzą jednak bezładnej ściany dźwięku. Pod koniec na scenie zjawiła się inna weteranka niemieckiej sceny metalowej - Doro Pesch - zaproszona do jednego kawałka, co wzbudziło oczywiście zachwyt publiczności. Występ trwał około trzydziestu pięciu minut i zakończył się jednym bisem.

Pozostałem przy dużej scenie, przenosząc się jedynie na jej drugą część. Przyszła pora na twórców "Scum" i "From Enslavement To Obliteration", legendarny już Napalm Death. Lubię wymienione albumy, ale nawet nie podejrzewałem, że będę miał okazję usłyszeć tego popołudnia coś ze staroci. Koncert Anglików mnie powalił, prawdziwe muzyczne zabójstwo. Rozpoczęli od "The World Keeps Turning" i już od pierwszych sekund Barney miotał się i skakał jak szalony, biegał, kręcił kółka, co chwila był z innej strony sceny. Charakterystycznie brzmiące gitary Pintado i Harrisa w komplecie z basem "Pieczary" Embury'ego wwiercały się w głowę takim numerami jak "Unchallenged Hate", "Scum", "Life" czy kończącym koncert świetnym "Siege Of Power". Były też dwa covery: "Politicians" z trzema wokalistami i "Nazi Punks Fuck Off" Dead Kennedy's z charakterystycznym gestem środkowego palca w wykonaniu Barneya, który został podchwycony przez publiczność. Napalm Death w akcji to zabójcza maszynka miażdżąca umysł.

Exciter znam dość słabo, więc postanowiłem chociaż na chwilę zajrzeć na ich występ. Początkowo słychać było muzykę z głośników, a następnie po kolei na scenie zjawili się pozostali muzycy. Jakoś nie przemówiła do mnie ta dawka speed/ heavy metalu ze śpiewającym czasem dość wysoko wokalistą. Sądząc jednak po reakcjach ludzi, zespół jest dość popularny wśród niemieckiej publiczności. Strzeliłem kilka fotek i po dwóch kawałkach poszedłem obejrzeć obfite w płyty stoiska wytwórni.

W tym czasie ominął mnie niestety występ Nasum, a także Primal Fear, choć tego drugiego zbytnio nie żałowałem. Wróciłem na Mega Stage, by zobaczyć jak sobie radzi były wokalista Iron Maiden Paul Di Anno. Z podstawowego występu usłyszałem tylko "Running Free" i tekst na koniec "Fuck You Britney!", a na bis był "Phantom Of The Opera". Paul niczym specjalnym mnie nie zaskoczył, uznałbym chyba nawet ten fragment koncertu, który widziałem, za słaby.

Parę minut później na drugiej dużej scenie pojawił się ubrany w czarny kapelusz Wayne Dane z Nevermore. Amerykanie na początek zaserwowali energetyczny "Inside Four Walls" i "Dreaming Neon Black". W większości ich występ składał się z materiału zawartego na najnowszym albumie "Dead Heart In A Dead World" z utworami takimi, jak "Heart Collector" czy "The River Dragon Has Come", ale były również starsze pozycje, w tym "The Politics Of Extasy". Silny wokal Wayne'a i ciężkie gitary powodują, że na koncertach nowe kompozycje brzmią znacznie lepiej niż wersjach studyjnych. Nie zabrakło również niespodzianek. Nevermore zagrało numer Sanctuary z 1988 roku "Refuge Denied", a początek "Sound Of Silence" stanowił riff z "Dead Skin Mask" Slayera. Zaczynający padać deszcz nie zakłócił na szczęście znakomitego koncertu.

Występ Overkill - podobnie jak w przypadku Exciter - rozpoczęła muzyka z płyty. Widziałem tylko dwadzieścia minut koncertu, jednak to, co usłyszałem wystarczyło, by wprawić mnie w osłupienie. Szybkość, furia, agresja i ogień, który prawie palił przy bliższym kontakcie. Wśród killerów były między innymi "Evil Never Dies" i "Hello From The Gutter". Niesamowita porcja zabójczego metalu.

Zmoczony poszedłem się przebrać, jednak po drodze postanowiłem odwiedzić Wet Stage, gdzie w dusznym, zatłoczonym namiocie grał właśnie dobrze przyjmowany nasz rodzimy Behemoth. Gdy wychodziłem, zrezygnowany nie mogąc dopchać się bliżej, a także gnany, by zdążyć na kolejny zespół, publiczność skandowała "Behemoth! Behemoth!". W ciągu kilku minut zdążyłem usłyszeć "The Act Of Rebellion" i "From The Pagan Vastlands", a także przekonać się na własne oczy, że nie tylko Vader jest popularny na Zachodzie. Szkoda tylko, że Nergal i spółka grali na najmniejszej scenie.

Po powrocie zdążyłem na koncert kolejnego z moich ulubieńców z tegorocznego zestawu na Wacken - Therion. Mimo iż spodziewałem się większego chóru, jednak "powiększony" skład liczył tyle samo osób, co podczas lutowego występu w warszawskiej "Proximie". Zaczęło się od "Seven Secrets Of The Sphinx", a wraz z nim szaleństwo zgromadzonych pod sceną tłumów. Następne w kolejce były doskonały "Invocation Of Naamah" i znakomity "Cults Of The Shadow". Potem dla uspokojenia usłyszeliśmy "Birth Of Venus Illegitima" i kilka numerów z nie wydanego jeszcze albumu "Secret Of The Runes". Nie zabrakło też jednego czy dwóch kawałków z "Vovin", a także świetnego "In The Desert Of Set". W końcówce pojawił się genialny, rozpieprzający "To Mega Therion" z solo zagranym na gitarze za głową, a kilkadziesiąt minut znakomitego koncertu zakończył, jak nie pierwszy zresztą już raz, cover Iron Maiden "Revelations", tradycyjnie z Andym, jednym z chórzystów (na co dzień w Lion's Share), na wokalu.

W tym samym czasie wiele osób niecierpliwie czekało już na Helloween, bez przerwy skandując nazwę zespołu. Ja jednak po pierwszych wybuchach i dymie przy dźwiękach "Power", postanowiłem na chwilę rzucić okiem na niemiecki Desaster. Na Party Stage dominował blackowy makijaż i "wojenny rynsztunek", jak chociażby pasy z nabojami, natomiast muzycznie był to całkiem niezły thrash/ black, który wypadł dość dobrze.

Po jakichś dwudziestu, trzydziestu minutach wróciłem na występ Helloween grających właśnie "Dark Ride", a zaraz po nim "Dr. Stein". W ciągu kolejnego kwadransa mogłem zobaczyć świetny show, któremu towarzyszyły wybuchy i wystrzały, a tysiące szalejących fanów i ich uniesionych, falujących rąk robiły wrażenie. Dodatkowo o popularności Niemców niech świadczy fakt, że była to największa kolejka fotografów w jakiej stałem w ciągu tych trzech dni. Jeśli kiedyś nadarzy wam się okazja zobaczyć Helloween na dużej scenie, nie przegapcie jej. Koncert zakończył utwór "How Many Tears".

Nie omieszkałem też zajrzeć na kilka minut na występ The Haunted, którzy mile zaskoczyli mnie prezentując fajną mieszankę thrash/ death z porządnym kopem.

Koncert Saxon, legendy brytyjskiego heavy metalu, z siwowłosym Biffem Byfordem, którego wygląd skojarzył mi się z szamanem, przyciągnął na jedną z dwóch Mega Stage tysiące ludzi. Nie zabrakło tam również mnie. Anglicy w ciągu kilkudziesięciu minut sięgnęli w różne etapy swojej długoletniej działalności, mieliśmy okazję usłyszeć same klasyki takie jak "Heavy Metal Thunder", "Dogs Of War", "Crusader", "Wheels Of Steel" czy "Princess Of The Night", a wyróżniającym się elementem było niewątpliwie, raczej rzadko pojawiające się obecnie na koncertach metalowych, kilkuminutowe, naprawdę świetne solo na perkusji. Zespół zaprezentował się tak sobie, z pewnością jednak wielu stojących obok mnie ludzi nie zgodziłoby się ze mną. Fanem Saxon nie byłem, a po tym, co zobaczyłem zostać nim nie przewiduję.

Znacznie chętniej poszedłem oglądać niemiecki Exumer, który chyba nie tyle reaktywował się, co połączył siły na kilka koncertów, jeśli nie tylko na występ na Wacken. W duchu liczyłem na kawałki ze świetnego "Possessed By Fire" i nie zawiodłem się, zagrali prawie wszystkie numery z tego krążka. Seria dynamicznych speed/ thrashowych kawałków "Fallen Saint", "Journey To Oblivion", "Destructive Solution" czy "Possessed By Fire" przyprawiła mnie o ciarki na plecach. A widok Mema Von Stein, odzianego w koszulkę Death Angel, szalejącego i skaczącego po scenie, po prostu mnie zaskoczył. Skąd w nim tyle sił? Wśród staroci znalazło się też miejsce na nową kompozycję "Cast Out". Przyznam się, że zbyt zalatywała mi hardcorem, a nawet nu tonem, ale na szczęście był to jedyny słabszy moment tej godziny. Później ze średniej sceny wydobywały się dźwięki "Sorrows Of The Judgement", "Xiron Darkstar", "Winds Of Death" i "A Mortal In Black". Na koniec był jeszcze cover Black Sabbath "Symptom Of The Universe". Znakomity koncert, szkoda, że Exumer nie reaktywował się na dobre, chociaż z drugiej strony - jeśli mieliby grać takie numery jak "Cast Out", to może i dobrze, że tak się nie stało.

Było już dobrze po pierwszej w nocy, gdy z głośników wypełzło mroczne, chore intro, a na scenie oświetlonej zielonymi i niebieskimi reflektorami zjawili się muzycy Dimmu Borgir - pośród nich Shagrath w stroju żywcem wziętym z wkładki "Puritanical Euphoric Misanthropia", zresztą cała oprawa była podporządkowana kolorystyce tego albumu. Ciszę nocy zakłócił "In Deaths Embrace", a wraz z nim szaleństwo tysięcy "płynących" ludzi. Potężne brzmienie, znakomicie nagłośnione klawisze, głęboki, klarowny wokal Vortexa, cudne stopy Barkera i mocne gitary, wszystkie te elementy wprawiły mnie w osłupienie, wszystko było wręcz perfekcyjne. Wśród starszych numerów Norwegowie przygotowali między innymi "The Insight And The Catharsis". Pod koniec przyszła kolej na jeszcze kilka utworów z ostatniego albumu, między innymi szaleńczy "Blessings Upon A Throne Of Tyranny", miażdżący "Puritania" czy "Indoctrination". Ostatecznego zniszczenia dopełniły nieodłączny, "przebojowy" "Mourning Palace" i kawałek, którego nie doczekałem się w Warszawie, cover Twisted Sister "Burn In Hell", który rozpieprzył mnie w drobny mak. Genialny koncert z przecudnym nagłośnieniem, o niebo lepszy od tego, co widziałem w "Proximie".

Dzień drugi.

Drugi dzień rozpocząłem niezbyt wyspany od koncertu Warhammer. Wcześniej ten niemiecki zespół nie był w moich planach, ale gdy dowiedziałem się, że jest to kopia Hellhammer, zmieniłem je natychmiast. I tak właśnie było. Warhammer gra wolno, ciężko, z charakterystycznym brzmieniem gitar, z których często wydobywają się wręcz prymitywne riffy. Nie sposób powiedzieć, by tych trzech muzyków odzianych w "ćwieki" dysponowało oszałamiającymi umiejętnościami technicznymi, ale muzyka stworzona przez nich ma swój klimat i przeznaczona jest zdecydowanie tylko dla wielbicieli Hellhammer. Ponad półgodzinny koncert wypełniły między innymi utwory "The Skullcrusher", "The Cruel Transcendency", "Shadow Of The Decapitator" i "Hell Is Open".

Następni na dużej scenie byli Amerykanie z Cryptopsy, których dźwięki jakoś nie przypadły mi do gustu i po pierwszym utworze oddaliłem się. Do ciekawostek należy fakt, że był to ostatni występ ze starym wokalistą. Z powodów konsumpcyjnych trwającego w tym samym czasie koncertu Destroyer 666 również musiałem sobie odmówić. Później pośpieszyłem na 12:30 do namiotu, gdzie znajdowała się Wet Stage, by w środku dowiedzieć się, że występ Vintersorg został przeniesiony na inną scenę, było zbyt mało czasu, więc sobie darowałem.

Humor poprawił mi na szczęście kolejny zespół, był nim Dark Tranquillity. Począwszy od "Undo Control" przez kilkadziesiąt minut Szwedzi pokazali zajebiste, energetyczne granie. Zdecydowanym liderem był wokalista Mikael Stanne, który dwoił się i troił, biegał po scenie, wskakiwał na głośniki, ciągle z uśmiechem na twarzy. Dynamicznie, melodyjnie i z kopem - takie oblicze Dark Tranquillity zaprezentowali w utworach z trzech ostatnich albumów, a wśród nich "The Same", tytułowym "Haven" z najnowszego krążka, "Zodijackyl Light", "The Sun Fired Blanks"

Grający na Party Stage Krisiun zademonstrował około czterdziestu minut ciężkiego, szybkiego, destrukcyjnego death metalu. Trochę starszych numerów, jak również kompozycje z ostatniej płyty "Ageless Venomous", jak chociażby "Dawn Of Flagellation", w wykonaniu trójki Brazylijczyków zabrzmiały imponująco. Całość zagrana sprawnie, a żywiołowa reakcja publiczności mówiła sama za siebie.

Z pewnością dla mnóstwa osób występ tego zespołu był wielkim wydarzeniem i czekali na niego z niecierpliwością. Miał to być przecież pożegnalny koncert Crematory, a u naszego zachodniego sąsiada jest wielu fanów tej grupy. Niemcy przygotowali oczywiście na to popołudnie (gdyby pojawili się w czwartek jak planowano, koncert miałby wieczorną oprawę) specjalny zestaw, który rozpoczęły "...Just Dreaming", "Shadows Of Mine", "Tears Of Time" i "Ist Es Wahr". Zrobiło się nostalgicznie. W nagłośnieniu zwracały szczególną uwagę czytelne klawisze, a tęga sylwetka wokalisty zdecydowanie dominowała pośród członków Crematory, Felix przez większość koncertu wędrował po całej scenie. Rozruszaną na dobre publiczność do jeszcze żywszej reakcji pobudził cover The Sisters Of Mercy "Temple Of Love", a potem "I Never Die". Przy hiciarskim "The Fallen" Felix zaczął headbangować, wszyscy zgromadzeni śpiewali razem z zespołem. Kolekcję nastrojowych, melodyjnych kawałków dopełniły klimatyczne "Endless", "Take" i tytułowy "Believe" z ostatniego krążka. Pozostało już tylko rzucanie pałeczkami, kostkami, a wielu osobom popłynęły łzy. Świetny koncert, o którym trudno będzie szybko zapomnieć.

Występy kilku zespołów, w tym Rage i Grave Digger, postanowiłem sobie darować, natomiast koncert Annihilator w wyniku zamieszania z zamianą scen niestety mnie ominął. Przy Mega Stage znalazłem się przy okazji występu In Flames. Widok wokalisty Andersa Fridena ubranego w białą koszulę, krawacik i spodnie ortalionowe nie wróżył niczego dobrego, jego wygląd wywołał u mnie skojarzenia z Jonathanem z Daviesem z Korna. Zresztą zachowanie na scenie i skakanie niczym się zbytnio nie różniło od zachowania wokalistów grup nu tone'owych. Na szczęście moje obawy okazały się płonne, zespół zabrzmiał ciężko i zagrał dobry koncert, nielicznie okraszony wybuchami i ogniami. Podczas bitej godziny czystej, żywej energii, Szwedzi zaserwowali kompozycje z ostatnich albumów, takie jak "Embody The Invisible", "Pinball Map" czy "Only For A Weak". Czegoś jednak w tym występie zabrakło, a z pewnością nie udało im się wygrać "pojedynku" z krajanami z Dark Tranquillity.

Powoli zmierzchało, gdy na drugiej dużej scenie przy ogromnym aplauzie pojawili się Finowie z Nightwish z Tarją odzianą w płaszczyk i lateksowe spodnie. Zaczęli od "Kinslayer". Wszystko brzmiało jak marzenie, klawisze ślicznie wypełniały przestrzeń, choć mogły drażnić "pusto" brzmiące bębny, natomiast wokal brzmiał przecudnie, Tarja śpiewała czysto i donośnie. W repertuarze pojawił się cover Gary'ego Moore'a "Over And So Far Away", który znalazł się na nowej EPce zespołu, nie mogło też zabraknąć charakterystycznego "She's My Sin". Po którymś utworze Tarja zniknęła i wyłoniła się po jakiś czasie z oparów dymu przy dźwiękach "Come Cover Me". Ostatni kwadrans to czas dla łagodnego "Dead Boy's Poem" i "Sleeping Sun", który, jak się okazało, nigdy wcześniej nie był grany przez Finów w Niemczech. Około półtoragodzinny znakomity występ zakończył porywający "Wishmaster".

Około 22:30 Party Stage okupował Mikael Akerfeldt i spółka, czyli Opeth. Szwedów widziałem już po raz trzeci i ten występ należał do naprawdę dobrych, zespół jest wciąż w świetnej formie. Około godzinny koncert wypełniły oczywiście długie kompozycje z jakich znany jest Opeth, wśród nich znalazły się znakomity "Advent", "The Drapery Falls" z najnowszego albumu, "White Cluster" i genialny "Demon Of The Fall". Niestety w słuchaniu partii spokojnych czy akustycznych przeszkadzał grający równocześnie Hammerfall. Nie oglądałem ich koncertu, lecz na pewno kończyły go numery "Renegade" i "Hammerfall".

Nie ukrywam, że twórczość Death SS była mi obca, jednak nazwa nie, więc wiedziony ciekawością pozostałem na Party Stage, by obejrzeć występ tego tajemniczego zespołu z południa Europy. Nie ukrywam, że było warto, choć prawdę mówiąc nie wiem, jak określić muzykę Włochów. Nie jest to stricte metal, jakaś jego mieszanka, trochę gotyckich patentów, raczej ciężko klasyfikowalne. Wizualnie też nie lepiej, skórzane ciuchy, lekko blackowy makijaż, kije z czaszkami, klawisze również w otoczeniu czasek, dziwny posąg "robotopodobny" na scenie, wszystko tworzyło specyficzny klimat. Ekspresyjny wokalista (przypominający mieszankę Marilyna Mansona i Blackiego Lawlessa) i jego zachowanie również znakomicie pasowało do całości. Mroczne, dziwne kompozycje zagrane przez Włochow, których tytuły udało mi się wychwycić, to "Baphomet", "Scarlet Woman", "Baron Samedi" i "Heavy Demons".

Na tym właściwie zakończył się dla mnie festiwal Wacken Open Air 2001. Na dalsze oglądanie nie miałem już siły, darowałem sobie Die Apokalyptische Reiter, Sodom, a Motorhead grających "Born To Raise Hell", "Orgasmatron" czy "Ace Of Spades" słuchałem zasypiając w namiocie.

Komentarze
Dodaj komentarz »