Jak oceniasz tę płytę?
| ocen "plus": |
93% |
| liczba ocen: |
898 |
|
|
|
| recenzje płyt, wybierz literę:
|
0-9
A
B
C
D
E
F
G
H
I
J
K
L
M
N
O
P
Q
R
S
T
U
V
W
X
Y
Z
| recenzja: Opeth "Blackwater Park"
|
Nazwa zespołu: Opeth
Tytuł płyty: "Blackwater Park"
| Utwory: |
The Leper Affinity; Bleak; Harvest; The Drapery Falls; Birge For November; The Funeral Portrait; Patterns In The Ivy; Blackwater Park |
| Wykonawcy: |
Mikael Akerfeldt - gitara, wokal; Peter Lindgren - gitara; Martin Mendez - gitara basowa; Martin Lopez - instrumenty perkusyjne; Steven Wilson - wokal, pianino, gitara |
Wydawcy: Music For Nations / Metal Mind Productions
Rok wydania: 2001
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 10
Na takie płyty jak "Blackwater Park" można czekać latami - nadwyrężoną
cierpliwość i tolerowanie coraz bardziej banalnych metalowych gwiazdek
momentalnie bowiem wynagradzają dźwięki z niej płynące. Zresztą w
przypadku Opeth to nic dziwnego. Ten zespół od początku swego istnienia
dał się poznać jako niezwykle oryginalny, intrygujący twór. Fakt,
ostatnia (teraz już przedostatnia) płyta "Still Life" wzbudzić mogła pewne
obawy, jednak jak się na szczęście okazało był to chwilowy spadek formy
(jak na Opeth oczywiście, bo przecież to również porcja urzekającej i
intrygującej muzyki). Szwedzi powrócili, by ponownie namieszać na scenie
mocnego uderzenia.
Już od pierwszych dźwięków nie ma wątpliwości - tak grać może tylko jeden
zespół. Opeth już na debiucie "Orchid" wypracował swój specyficzny styl,
który do tej pory nie pozwala pomylić go z żadnym innym zespołem. Styl
nie do podrobienia, który mimo swych charakterystycznych cech wspaniale
ewoluuje i dojrzewa przy każdej kolejnej produkcji. "Blackwater Park"
to bez wątpienia szczytowe jak dotąd osiągnięcie tej formacji. Nie jest
to jednak płyta łatwa w odbiorze (zresztą niezmiennie...), wymaga wielu
uważnych przesłuchań. Warto jednak poświęcić jej nieco więcej czasu -
w zamian za cierpliwość słuchacz doświadczy wielu niezapomnianych,
niesamowitych przeżyć i wzruszeń. Rozmaitość partii gitarowych i
wokalnych powala, wciąga, wplata się we własne życie. Bo "Blackwater
Park" to przede wszystkim kontrasty, zaskoczenia, zderzenia dwóch jakże
różnych od siebie światów. Z jednej strony solidna praca ciężkich gitar,
surowe, "brudne i poszarpane" brzmienie, potężny growling Mikaela,
metalowa gwałtowność i brutalność, z drugiej natomiast tęsknota,
doskonałe piękno, wyraźnie wyesksponowane fragmenty klawiszowe, mnóstwo
przewspaniałych gitar akustycznych, czyste, pełne rozmarzenia i głębi
wokale... Niby taki opis nie wyróżnia jakoś szczególnie "Blackwater
Park" z grona "klimatycznych albumów, jest to bowiem standardowy
koncept. Wyjątkowość Opeth tkwi jednak w tym, że ich twórczości nie da się
nijak opisać. Wszelkie, nawet najbardziej wyszukane epitety bledną przy
potędze samych dźwięków. Dźwięków niezwykle różnorodnych, zaskakujących,
przebogatych. Rzadko kto z taką łatwością i finezją łączy w swojej
twórczości dawną i współczesną sztukę. "Blackwater Park" oczywiście
zlokalizować można w metalowych terenach, jednak zespołowi nieobce, a
wręcz bardzo bliskie, są klimaty charakterystyczne dla Camel (zaskakująco
subtelny, akustyczny, pełen uczucia "Harvest"), starego Genesis i King
Crimson (gęstość dźwięków, przebogate muzyczne tła). Pobrzmiewają tu
też psychodeliczne echa Porcupine Tree (oczywiście w bardziej metalowym
ujęciu) - ale to nic dziwnego - producentem i gościem specjalnym płyty
jest sam Steven Wilson (użyczył swojego specyficznego głosu, zagrał w
charakterystyczny dla siebie sposób na gitarze i pianinie). Różnorodność
i bogactwo tej muzyki naprawdę wprowadzają w osłupienie - potężny
rozhisteryzowany growling, surowe brzmienie, metalowy ciężar,
orientalne zabarwienie i gdzieś w tle gitara akustyczna... niepokój,
niespodziewanie urywane dźwięki... nagle chwila uspokojenia, piękna,
romantyczna melodia, akustyka wysuwa się na pierwszy plan... potem
cudowna, klasyczna solówka na tle gitary akustycznej (znowu powiew
lat siedmdziesiątych - to dzięki Wilsonowi)... czysty, pełen uczucia
wokal... i znowu narastający dramatyzm, niepokój, splatanie ciężaru
ze subtelnym tłem, płynne przejścia z brzydoty do piękna... To tylko
namiastka tego, co dzieje się w przewspaniałym "Bleak". A to przecież
tylko jedna z ośmiu kompozycji...
Nie ma wątpliwości - "Blackwater Park" to już teraz pozycja kultowa,
wyznaczająca nowe horyzonty w metalowym światku. To jest dopiero metalowa
progresja (nie mylić z progresywnym metalem w stylu Dream Theater i
Queensryche). Płyta wręcz poraża swą oryginalnością i świeżością. Nie
jest łatwa w odbiorze, ale przecież o to chodzi w prawdziwej sztuce. Musi
okryta być pozornie brzydką oprawką, by do jej cudownego piękna dotrzeć
mogli poszukiwacze prawdziwych emocji i wzruszeń, a nie amatorzy
sztuczności i taniej tandety.
autor: Margaret
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem recenzji? Uważasz, że ocena
płyty jest za wysoka lub za niska? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten album lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną recenzję
i wyślij do nas!
| Lubisz tę plytę? Zobacz recenzje:
|
Dodaj swój komentarz!
| |
A mi się nie podoba...
Nie wiem co mnie wzięło na ten zespół. Swego czasy byłem fanem, poznałem na składance Mystica z Nr 1 (Black Rose Immortal - podrywałem na to laski z całkiem niezłym skutkiem ;-]), mam wszystkie płyty w cd. Trochę dziwne jak na zespół, który nie jest moim ulubionym co? Mam bo zawsze lubiłem rozbierać kompozycje Akerfeldta na części pierwsze, i właśnie na tym tutaj Shwarzwasserpork, po raz pierwszy ziewnąłem, potem zastanowiłem się dlaczego to zrobiłem, a potem już wiedziałem. Ta płyta to klon "Still Life". Posłuchajcie piosenek - i co ważniejsze układu piosenek na płycie. I brzmienie. To niemal idento. Tymczasem wszem i wobec mawia się jak to tym krążkiem Opeth pojechali po bandzie i wymyślili nową jakość. Jak dla mnie nieprawda. To nie jest ich najgorsza płyta, jest po prostu wtórna, a tego się po nich nie spodziewałem. Ich najgorszym krążkiem dla mnie jest "dwupak "Deliverance" - "Damnation". Potem było już lepiej.
|
| |
re: A mi się nie podoba...
nie zgadzam się. płyta na pewno nie jest wtórna, jakoś nie zauważam wielkiego podobieństwa do still life, ani w brzmieniu, ani w kompozycjach. oczywiście słychać, że to ten sam zespół, ale nie ma się takiego wrażenia wtórności, jak np. po przesłuchaniu, dajmy na to, piece of mind i powerslave.
a struktura? no bez przesady, to chyba nie grzech, żeby piosenka miała zwrotkę i refren. akustyczne wstawki? zawsze były, tu i ówdzie, bez jakiejś specjalnej regularności. podobnie ze śpiewem.
a co do blackwater park jako takiego, album jest naprawdę kawałem porządnej muzyki. mało jest na nim, że Ci, Megakruku, ukradnę sformułowanie, nizin twórczych. płyta jest dobra, i, co najważniejsze, równa. niby ma żadnych fajerwerków, ale każdy kawałek zapada w pamięć. wszystko jest na swoim miejscu, i nie ma przerostu formy nad treścią. a takiego kwiatka jak funeral portrait, opeth nigdy wcześniej i chyba nigdy później nie stworzył.
czy jest to najlepsza pozycja w dorobku akerfeldta i spółki? ciężko powiedzieć, bo w zasadzie każda jest po prostu inna, i każdą darzę wielkim sentymentem.
aczkolwiek zawsze chętnie do niej wracam i nigdy mi się nie nudzi.
|
|
|

| materiały dotyczące zespołu:
|
|