zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku wtorek, 16 października 2018

recenzja: Megadeth "Killing Is My Business... And Business Is Good"

20.11.2012  autor: Megakruk
okładka płyty
Nazwa zespołu: Megadeth
Tytuł płyty: "Killing Is My Business... And Business Is Good"
Utwory: Last Rites / Loved To Deth; Killing Is My Business... And Business Is Good!; Skull Beneath The Skin; These Boots; Rattlehead; Chosen Ones; Looking Down The Cross; Mechanix
Wykonawcy: Dave Mustaine - wokal, gitara; David Ellefson - gitara basowa, wokal; Chris Poland - gitara; Gar Samuelson - instrumenty perkusyjne
Rok wydania: 1985
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 8

"...James najwidoczniej kultywował dalej image twardziela macho, ale ja znałem go przecież nie od dziś. Wiedziałem, jaki jest naprawdę. Kiedy wysadził mnie na dworcu, widziałem łzy w jego oczach. Obu nam było przykro. 'Trzymaj się chłopie', powiedział. 'Nooo'. Objęliśmy się po raz ostatni, po czym odwróciłem się i wszedłem na peron. Nie spojrzałem wstecz. Dopiero siedząc w poczekalni zdałem sobie sprawę z jednej rzeczy. Byłem kompletnie spłukany. Nie miałem ani centa. Przed sobą cztery dni jazdy do Kalifornii - nic do jedzenia ani do picia. Tylko worek brudnych ciuchów i gitarę. Dlaczego nie mogli mi dać kilku dolców, żebym przetrwał jakoś tę drogę powrotną. Nie wiem... Spędziłem następne cztery dni w cholernym autobusie, częstując się czymkolwiek, co zaoferowali współpasażerowie - raz jakimś pączkiem, innym razem paczką chipsów. Niejednemu z nich zrobiło się mnie autentycznie żal. (...) Na pewnym etapie podróży siedziałem z tyłu busa z pustym brzuchem i bolącą głową. Zauważyłem na podłodze ulotkę, broszurę. Zacząłem to czytać zwyczajnie z nudów. Okazało się, że to to ulotka podpisana przez senatora Kalifornii, Alana Cranstona (...) Jedno rzuciło mi się szczególnie w oczy: 'Niezależnie od ilości paktów o nieagresji nie da się pozbyć arsenału mega - śmierci'" (op. cit. Layden, Mustaine "Mustaine" Kagra 2010).

I tak prawdopodobnie to wszystko się zaczęło. Cóż, "Killing Is My Business... And Business Is Good" to płyta, którą nie wiedzieć czemu wspomina się najrzadziej w kontekście opisywania kariery Dave'a Mustaine'a. Błąd, duży błąd. Być może to wątpliwa zasługa chropowatej, mało czytelnej produkcji krążka, który bardziej bzyczał niż brzmiał, lub pełnych gniewu, pokombinowanych kompozycji, którym w dużej mierze obca była szlagierowość takiej "Kill 'Em All". Choć Mustaine serwuje tutaj pierwotną wersję "The Four Horseman" w postaci "Mechanix", próżno poszukiwać u głównego kompozytora czterech kawałków z "Zabić Ich wszystkich" drugiego "Jump In The Fire", "Metal Militia" czy "Phantom Lord". Ta płyta w zamian to czysta dzicz i prędkość, na której zasadzał się cały klasyczny amerykański thrash metal, obecnie tak ochoczo rozwadniany gównianą melodyką przez hordy retro dzieciaków (i Machine Head). Co ciekawe, prezentację arsenału Megadeth rozpoczyna tutaj motyw "Last Rites", który przypomina wstęp do młodszej wydawniczo o rok "Ride The Lightning" Metallica Boys, a konkretnie ich najbrutalniejszego kawałka ever - "Fight Fire With Fire". Intro odwołujące się gęsto do muzyki klasycznej (tutaj na klawiszu) i powiew atomu wprowadzają w zaskakujący, furiacki atak porąbanej, zapętlonej riffologii "Loved To Death". Wspaniała kompozycja, łącząca zwierzęce manifestacje sfrustrowanego Mustaine'a z powalającą prędkością i techniką gitarową, których próżno szukać na pierwszych dokonaniach konkurencji. Ciekawi konstrukcja samej kompozycji, która odbiega od tradycyjnej "piosenkowości" thrashmetalowych konstrukcji Hetfielda i Ulricha. Wiele wyjaśnia Dave w swojej biografii, zdradzając jazzowy rodowód wspomagających pierwszy klasyczny skład muzyków w osobach Chrisa Polanda i Gara Samuelsona. Szczególnie ten ostatni człowiek urozmaica swoją grę to niekonwencjonalnym przejściem, to jakąś nieszablonowym akcentowaniem. "Przez pewien czas nawet, gdy ludzie pytali mnie, jak opisałbym muzykę Megadeth, mawiałem: 'jesteśmy punkowym zespołem zorientowanym na jazz z pewnymi wpływami klasycznymi'. Mówiłem tak, żeby namieszać ludziom w głowach, ale nie było to dalekie od prawdy" (op. cit. Layden, Mustaine "Mustaine" Kagra 2010).

Co do tego punku, to oczywiście nie miał on nic wspólnego z dzisiejszą definicją tego gatunku, za tuzów nurtu biorącą takie gówna, jak "nowe" Green Day. Chodzi raczej o specyficzną chamskość, obskurność i pijacką zadziorność, którą dobrze słychać już w kawałku tytułowym czy pierwszym hymnie Megadeth z prawdziwego zdarzenia - "Rattlehead". Znamienny początek tego pierwszego można w sferze zapożyczeń i inspiracji odnaleźć nawet w "Yahoo Pies" Acid Drinkers ("Dirty Money, Dirty Tricks"), a tak poza tym to doskonała, kąśliwa kompozycja, którą chętnie usłyszałbym na koncercie. Pamiętny refren nie ustępuje moim skromnym zdaniem w niczym takim manifestom, jak chociażby mającemu dopiero nadejść "Peace Sells...". Co do "Szczurzogłowca" zaś, w zamyśle miał być podobnym flagowcem co "Whiplash" wiadomego zespołu. Chodzi mi oczywiście o warstwę liryczną, a nie muzykę. Miast "cause we're Metallica" jest "slashing, thrashing to Megadeth", a w miejsce "metal up your assów" pojawia się znowuż "a dose of metal you need". Co do dźwięków, to jest to galopada na złamanie karku, z monumentalnym przemiałem riffów w połowie trwania i wszechobecną punkrockową aurą unoszącą się nad heavy - thrashmetalowymi popisami gitarowymi. Rewelacja. Dalej fanom Motorhead przypadnie do gustu prawie niemal "zripowany" z ekipy Kilmistera "Chosen Ones", gdzie w następnej kolejności przejścia instrumentalne wydają się być pierwowzorem sztandarowych zagrywek, jakie Deth mieli zaserwować dopiero przy okazji przyspieszeń w "In My Darkest Hour" za jakieś dwie płyty. Na koniec longa wielbiciele Metallica zerkną na "Mechanix" - pierwszą wersję "The Four Horsemen" - thrashmetalowej Bogurodzicy metalowców z lat 80 i 90. Pierwowzór to zaiste szybszy i bardziej wściekły od swojej słynniejszej wersji. Cóż, jak mawiał Dave na koncercie "Rude Awakening" - "There are two ways you can here this next song. There's our, way, and there's their way. For those of you who think this is their way - the song is called 'The Mechanix!'".

Jest tutaj jeszcze jeden zdecydowanie wybijający się z programu płyty "brylancik", któremu pragnę poświęcić kilka zdań ekstra. Najdłuższy i najbardziej rozbudowany "Looking Down The Cross" mianowicie, ukazujący nietuzinkowy potencjał Megadeth już u progu wydawniczego istnienia. Co my tutaj mamy? Niepokojący kostkowy wstęp na kształt tego, co Slayer miał dopiero zrobić w "Spill The Blood" na "South Of Heaven". Dalej nadchodzą pojedyncze bicia gitarowe i wspaniale zaaranżowany wokal Mustaine'a oraz melodyka rodem z wczesnych płyt Iron Maiden. Utwór zyskuje zdecydowanie (podobnie jak cały "Killing...") w zremasterowanej wersji, gdzie doskonale uwypuklono bas Davida Ellefsona i gary nomen omen Gara Samulesona. Jak dla mnie najlepsza rzecz na tym krążku, w dużym stopniu zwiastująca to, czego będzie się można spodziewać po jego następcy - "Peace Sells...". Warto więc poszukać odświeżonej kopii wydawnictwa z poprawionym brzmieniem, gdzie można pomacać radarami faktyczną sprawność instrumentalną Megadeth na tym etapie, która w połączeniu z alkoholowo - narkotykową furią i bolesną szczerością jego członków, uwidocznioną w kompozycjach, kopie w dupę, aż łzy z oczu ciekną. Jest na tym krążku masa frustracji i namacalnej wręcz pogoni za straconym czasem po słynnym falstarcie w 1983 r. Być może dlatego tak dobrze się go słucha. Z powodu tej nieprzewidywalności, wręcz okładania pięściami na oślep. Mocny kop w ryja na dobry początek wielkiej miłości.

Nawet nie łudzę się, że znajdzie się spora liczba fanów podzielających moją ocenę "Killing...". Nie jest bowiem łatwa, nośna czy specjalnie przebojowa. Urzeka zaś dekadenckim, samobójczym podejściem do tematu i punkową postawą, której obce są wszelkie zasady. Nawet fakty z prowizorycznej sesji nagraniowej zdają się to potwierdzać: "Cały budżet, jaki dostaliśmy, wynosił 8000 dolarów - co było kwotą tak małą, że aż śmieszną. (...) Ale to nas nie zniechęciło. (...) Niestety sprawy zaczęły się sypać już prawie w momencie, gdy przyjechaliśmy na miejsce. Gar i Chris pojawili się z kilogramami zamrożonego mięsa na hamburgery oraz torbą kokainy i heroiny. Wydaliśmy w efekcie jakieś 4000 na narkotyki, a cztery na samo nagranie. To był jeden z powodów, dla których 'Killing...' nie wyszedł tak, jak planowałem. Po prostu skończyły się nam pieniądze". Heh, rock'n'roll. Czy jest ktoś jeszcze na tej planecie, kto potrafi zakapować takie nastawienie?

Komentarze
Dodaj komentarz »
re: Megadeth "Killing Is My Business... And Business Is Good"
artur... (gość, IP: 91.106.25.*), 2018-06-13 16:49:15 | odpowiedz | zgłoś
Pierwsze cztery, i najlepsze płyty Mega, Rudy skomponował sam. Cieszę się, że go z Mety wywalili, tak byłby tam tylko grajkiem, a świat nie mógłby się cieszyć tym wspaniałym zespołem!
re: Megadeth "Killing Is My Business... And Business Is Good"
Marcin Kutera (wyślij pw), 2013-06-09 21:43:34 | odpowiedz | zgłoś
Jak dla mnie ten album to jeden wielki roz....ol. Za ten nieoczywisty smród, brud kopany w rytm kopyta krętoroga.
Lubię tu ten metalowo punkowy burdel z gwiżdżącymi solówkami w nieskończoność.

Nie wiem czemu podczas słuchania tego albumu micha mi się cieszy i nasuwają mi się kapele typu: Frank Zappa, Boys Next Door, Motorhead, Black Flag i Dead Kennedys
re: Megadeth "Killing Is My Business... And Business Is Good"
Thrash Lover (wyślij pw), 2018-06-15 12:38:05 | odpowiedz | zgłoś
Ta plyta rzeczywiscie ma cos w sobie, choc kiedys jej nie docenialem. Teraz wyszla jakas reedycja z poprawionym brzmieniem. Ktos to moze slyszal?
rudy 102
pik (gość, IP: 79.163.10.*), 2012-12-08 19:52:38 | odpowiedz | zgłoś
czasami mam dosć melodyjek i musze zapodac coś extra- stary megadeth bedzie jak znalazł. ognia!
Odpowiedź na pytanie
Mikele (gość, IP: 81.18.212.*), 2012-11-27 11:49:17 | odpowiedz | zgłoś
W tamtej epoce metalowcy naprawdę byli społecznymi wyrzutkami, a muzyka, jaką tworzyli, niczym nie różniła się od życia, jakie wiedli. Nikt wtedy nie kalkulował - będę żył rok, dwa, pięć lat. Kogo to obchodziło... Liczyła się muzyka, odlot po narkotykach i dobre dupczenie. Nic dziwnego, że chłopcy przehulali 4000 dolców na dragi. Dziwić by mogło, gdyby to zrobił Volbeat lub ktoś z młodych. A swoją drogą - trzeba przyznać rację Lemmy'emu, który uważa, że wówczas nastolatkowie mieli więcej energii życiowej niż 20 współczesnych chuderlawych gamoni z ufarbowanymi grzywkami i modnymi tatuażykami.
re: Odpowiedź na pytanie
wac (gość, IP: 85.221.164.*), 2012-11-30 11:16:10 | odpowiedz | zgłoś
"dupczenie"? prymitywie! :D
Zapomniałeś Pan butów, czy co?
Boot (gość, IP: 31.0.6.*), 2012-11-20 22:59:36 | odpowiedz | zgłoś
These Boots to przebój bardzo wesoły i znamienny dla płyty o tyle, że afera się z nim wiąże. I na wspomnianej wersji zremasterowanej zyskał akurat tyle wypiszczeń, że słuchać się go już nie da żadną miarą.
mi ta płyta podeszła już za
wac (gość, IP: 62.21.45.*), 2012-11-20 22:13:28 | odpowiedz | zgłoś
pierwszym razem, poza tym wersja zremasterowana dużo daje i warto się w nią zaopatrzyć
świetny rockn'rollowy srasz :)
szczurek?
jg_ (gość, IP: 217.197.74.*), 2012-11-20 21:02:16 | odpowiedz | zgłoś
nie chce wyjsc na czepialskiego ale rattlehead to w tlumaczeniu raczej nic ze szczurem wspolnego nie ma. a recka ok.
re: szczurek?
Megakruk
Megakruk (wyślij pw), 2012-11-21 06:45:54 | odpowiedz | zgłoś
cóż chodziło mi raczej o Vica, który pojawił się jako sztandar po raz pierwszy w piosence i jako sztandar Deth. Wiem, że to znaczy coś innego, ale w gronie kolegów za młodu zwaliśmy go szczurkiem - z uwagi na okładki Killing, Peace i So Far woli ścisłości. Z resztą nie w bio, ale literaturze branżowej z lat 90 - tych również tak robiono, spodobało mi się to.
« Nowsze
1