zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku sobota, 29 lutego 2020

recenzja: Anathema "We're Here Because We're Here"

4.06.2010  autor: Paweł Kuncewicz
okładka płyty
Nazwa zespołu: Anathema
Tytuł płyty: "We're Here Because We're Here"
Utwory: Thin Air; Summernight Horizon; Dreaming Light; Everything; Angels Walk Among Us; Presence; A Simple Mistake; Get Off, Get Out; Universal; Hindsight
Wykonawcy: Vincent Cavanagh - wokal, gitara; Daniel Cavanagh - gitara; Les Smith - instrumenty klawiszowe; Jamie Cavanagh - gitara basowa; John Douglas - instrumenty perkusyjne; Lee Douglas - wokal
Wydawcy: Kscope
Rok wydania: 2010
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 7

Z nieskrywanym niepokojem sięgałem po nowe wydawnictwo Anathemy. Jestem z zespołem prawie od samego początku, czyli od lat 90-tych. Pamiętam, jak z wypiekami słuchało się "Eternity" i "Alternative 4", jakie tam były świetne numery. Albo gdy ukazał się "Judgement" i Anathema w jednej chwili stanęła absolutnie ponad wszystkim, co wtedy grało na świecie. Taki album tworzy się raz w życiu, wiadomo - ale przecież następny, "A Fine Day To Exit", to też kawał dobrej muzyki na wysokim poziomie. Prawdziwa klęska (a natural disaster?) przyszła trochę później.

Gdy na przełomie 2003 i 2004 roku oglądałem zespół na koncertach we Wrocławiu i słuchałem wydanej wtedy tzw. "czerwonej" płyty, wyraźnie już dawało się odczuć, że z braćmi Cavanagh dzieje się coś bardzo niedobrego, nadszedł jakiś kryzys twórczy, brak weny. Do dziś dnia, w ciągu ostatnich siedmiu lat, jako stały bywalec różnych festiwali i koncertów, obejrzałem Anathemę z tuzin razy. Oni byli już po prostu wszędzie do absolutnego zanudzenia. I każdy następny występ był gorszy od poprzedniego, aż do momentu, gdy na "Brutal Assault 2008" uznaliśmy z kumplem, że tego najzwyczajniej w świecie nie da się oglądać i poszliśmy na piwo.

Zespół zagubił się, nieskutecznie szukał swojego miejsca. Cały czas narastały problemy z ukończeniem pracy nad płytą w studio i jej wydaniem, a muzyczne próbki nowego wydawnictwa - czy te dostępne w sieci, czy grane na koncertach - raczej nie napawały optymizmem. Były takie nijakie, bez mocy i charyzmy dawnej Anathemy.

I dlatego, gdy do wiadomości podano, że album o dziwacznym tytule "We're Here Because We're Here" jednak ukaże się wiosną 2010 roku - z jednej strony nie mogłem się doczekać, a z drugiej obawiałem się. Przecież ta płyta miała ostatecznie określić status zespołu w muzycznym świecie i to już na zasadzie "być albo nie być". Powiem tak - kompakt przyszedł, wylądował w odtwarzaczu - wątpliwości się rozwiały - nie jest źle.

Pierwsza sprawa, która z miejsca rzuca się w uszy, to produkcja, sposób i jakość realizacji dźwięku. Jeszcze nigdy Anathema nie brzmiała tak dobrze. Jednym zdaniem: rewelacyjnie mistrzowie konsolety im tę muzykę zrobili i nie ma co tu kryć - najbardziej znaczący jest wpływ Stevena Wilsona, co słychać od razu i w każdym dźwięku. To już zresztą sprawdzona i solidna firma, która ma to do siebie, że wszystko czego dotknie, zamienia w złoto. Nie inaczej jest tym razem. Oprócz Wilsona (ale bardziej takiego z rejonów Blackfield czy "Insurgentes", niż z Porcupine Tree) jest tutaj zresztą wszystko: cały ten kryzys twórczy i chaos, siedmioletnie zmagania z ukończeniem płyty, mozolna i ciężka praca, nadzwyczajna dbałość o każdą nutę, nawet wszystkie te setki tysięcy euro wyłożone przez ten czas na nagranie albumu. "We're Here..." to kontynuacja Anathemy z "A Fine Day To Exit", na pewno nie tej z "Judgement" czy "Alternative 4". Próżno szukać tutaj mocniejszych, przebojowych akcentów czy sprawiających zawrót w głowie miażdżących, gitarowych solówek, czyli tego, za co tak naprawdę przed laty pokochaliśmy tę kapelę. Ale są za to klimaty, nastroje. Piękne, zachwycające, dopracowane w każdym calu i co trzeba przyznać - tej muzyki po prostu samej w sobie świetnie się słucha (ta gra sekcji smyczkowej w tle, cudo!). Tylko że niestety, nie oszukujmy się - doskonała produkcja, brzmienie czy nastrojowe klimaty to nie wszystko. To tylko jakaś tam część decydująca o ogólnym charakterze. Siłą Anathemy zawsze były poszczególne pomysłowo i emocjonalne skonstruowane, takie przysłowiowe "młoty na czarownice", jak "Angelica", "Fragile Dreams" czy "One Last Goodbye". To one decydowały o potędze zespołu. I właśnie to Anathema zostawiła już daleko za sobą. Poza paroma wyjątkami, główną i bolesną wadą "We're Here..." jest brak konkretnie wyróżniających się z całości fragmentów, czegoś, co na dłużej mogłoby zapaść w pamięć i sprawić, że będzie się po tę płytę sięgać w przyszłości.

Album, który można podzielić na trzy zasadnicze części wygląda tak: początek jest w jakiś sposób zachowawczy. "Thin Air" i "Summernight Horizon" to bardzo dobre utwory, które z powodzeniem mogłyby znaleźć się na "A Fine Day To Exit". Potem sprawa ma się trochę gorzej i to jest właśnie to, o czym pisałem wcześniej. Dobrze zrobione, przyjemnie się słucha, ale brak konkretu, czegoś co wbiłoby w ziemię. "Dreaming Light" i "Everything" odrobinę, jak na mój gust, chłopcy przesłodzili, ale nie powinno mieć to większego wpływu na zadowolenie żeńskiej części ich fan clubu. Ja w każdym razie ten rozdział mogę sobie podarować, bo za chwilę...

Wiedziałem, że będzie w zestawie jakiś killer - coś, co nie pozwoli się od tej płyty zbyt szybko uwolnić - i nie mogło być inaczej! "Angels Walk Among Us" i ja już nie mam żadnych pytań. Jedyny taki moment tutaj, gdy pokrętło głośności idzie mimowolnie w górę na max. Genialny motyw, duch starej Anathemy chociaż na chwilę powrócił. Całe szczęście, że dali jeszcze kilka takich chwil na złapanie oddechu ("Presence"). Nawiedzona melodia "A Simple Mistake" niepokoi, jak się za chwilę okaże, tylko po to, by roztrzaskać się w ogniu gitarowych ostrzy. Świetna rzecz. I chyba najbardziej "jeżozwierzowa" ("Russia On Ice"?). Co ciekawe, te utwory (mam na myśli środkowe 15 minut) były już wcześniej dostępne w sieci w wersjach demo i za żadne diabły nie robiły takiego wrażenia, jak na oficjalnym wydaniu. I to jest właśnie kwestia całej tej produkcji, miksów, ostatecznego dopracowania. Wielkie brawa dla Stevena Wilsona, ale także dla Jona Astleya i Dave'a Stewarta.

Ostatnia część to "Get Off, Get Out" - taka miniaturka-wariacja psychodelicznych tematów Radiohead - późnego The Beatles. Kilka minut odprężenia, zanim znowu powrócą smyki i jazgotliwe gitary ("Universal"). Takie patenty, jak te z solowego Roberta Planta czy ostatniego Guns'N'Roses. "We're Here..." wieńczy monumentalny, gitarowy, psychodeliczny, latający gdzieś w przestrzeni, instrumentalny "Hindsight". Szczerze? Dziwne to historie dla Anathemy. Przecież są zespoły, które naprawdę po mistrzowsku grają taką muzykę, więc może lepiej by było, gdyby bracia Cavanagh komuś innemu zostawili takie tematy, a sami skupili się na tym, co jednak zdecydowanie wychodzi (wychodziło) im najlepiej? Myślę, że wszyscy by na tym zyskali, ale to już nie mnie oceniać.

Ważna, aczkolwiek nie wybitna płyta. Powrót Anathemy, który zdecydowanie zatrzyma ich w pierwszej lidze. Doskonała produkcja i realizacja dźwięku (kurcze, jak to musi brzmieć w 5.1). Pierwsza część: raczej typowo i bez rewelacji, za to środkowe 15 minut to jest właśnie to, za co ten zespół się wielbi i ceni. Ba, stwierdzę nawet, że już dawno takich emocji nikt nie zagrał. Końcówka, powiedzmy: eksperymentalna. Całość jest różnorodna i wielowymiarowa, komfortowo się jej słucha, chociaż w zasadzie na "We're Here..." brak jest ostrzejszych i w jakimkolwiek sensie "przebojowych" utworów.

W dziwnym kierunku poszedł ten zespół. Chociaż, aby wyjść z gitarowych, mrocznych, gothic - doommetalowych brzmień i osiąść z większym (mniejszym?) efektem w nazwijmy to atmosferyczno - progresywnych rejonach - trzeba mieć w sobie coś więcej niż talent i czyste szaleństwo. Przy wszystkich plusach i minusach, już dawno nie było takiej płyty, której recenzja zajęłaby mi aż tyle miejsca. A to też o czymś świadczy. O tym, jakie jest nowe wcielenie Anathemy - każdy musi się przekonać osobiście.

Komentarze
Dodaj komentarz »
?
marcin_w (gość, IP: 94.75.81.*), 2010-10-01 23:31:16 | odpowiedz | zgłoś
Czytając recenzję, niejednokrotnie zastanawiałem się, czy mam na myśli tę samą płytę... trudno porównywać ją do wcześniejszych albumów, bo jej nastrój i temat jest zupełnie inny i nowy w Anathemie. Mi to bardzo odpowiada i im więcej jej słucham, tym większe wrażenie nie mnie robi. Szczególnie Hindsight niemal powala z nóg. Podobnie Universal... jest tam tyle szczegółów i smaczków, że można słuchać dziesiątki razy i wciąż znajdzie się coś nowego. Lubię (mało powiedziane) wszystkie albumy Anathemy, ale ten wydaje mi się wyjątkowy, z przyczyn, o których wspomniałem :)
Powrót w wielkim stylu!
Dżaret (gość, IP: 79.173.26.*), 2010-08-30 23:09:01 | odpowiedz | zgłoś
Jak dla mnie płyta genialna! Tutaj nie ma słabego numeru. Doszukiwanie się na siłę słabych momentów nie ma sensu. Ten kto wciska next, albo nigdy nie lubił Anathemy, albo już jej nie lubi. Ja słucham tej płyty "jednym tchem". Polecam!
rozczarowanie ehhhh...
gutek_nie_film (gość, IP: 129.7.217.*), 2010-08-12 13:53:05 | odpowiedz | zgłoś
Zgadzam się z autorem w jednej kwestii - ta płyta to w pewnym sensie kontunuacja "A fine day..." i jako taka to wg. mnie druga najgorsza płyta w dyskografii zespołu. I nie chodzi o to by kapela wracała do perełek w stylu "The Silent Enigma" czy "Alternative 4", dwie arcygenialne płyty i dużo bardzo dobrych to i tak ewenement jak na jeden zespół. Nie chodzi o to by stać w miejscu, "A Natural Disaster" uważam za dobrą płytę, dużo eksperymentów, zróżnicowanie, jest się w co wgryzać. A "We're Here..." to niestety nuda prawie na całej lini. Co lepsze momenty to zazwyczaj (słabe) kalkowanie pomysłów z poprzednich płyt z odpowiednią dozą przynudzania. Najlepszy element na tej płycie to wręcz popowy (?) "Get Off Get Out" - zaskoczył mnie i ucieszył bo jak na Anathemę to taki mały smaczek. Reszta do dłużyzna Panie, jak tak dalej pójdzie to zespół skończy na wieczorkach samotnych serc. Niepokojące już było angażowanie się w wydawnictwa typu "the best of" i przearanżowywanie własnych numerów - takie wystawianie sobie ołtarzyka przekonuje, że świeże pomysły są na wyczerpaniu a najnowsza płyta tylko to potwierdza. Wydaje mi się, że lepiej byłoby gdyby kapela się rozpadła, muzycy wylądowali w oddzielnych projektach bo szkoda talentów, a Anathemie pozwoliliby żyć (piękną) legendą.
Dobra
Zeitgeist
Zeitgeist (wyślij pw), 2010-08-12 00:11:31 | odpowiedz | zgłoś
Płyta jest dobra (nawet bardzo) ale jeden utwór bym z niej wywalił - mianowicie "Get Off, Get Out" - najpierw zajeżdża nazbyt ostentacyjnie Radiohead a potem jeszcze mamy jakieś wstawki jak z Blackfield albo Porcupine Tree. I to wszystko w jednym utworze.
Rozczarowanie
RobRock
RobRock (wyślij pw), 2010-07-24 17:09:23 | odpowiedz | zgłoś
Ile osób tyle ocen, to chyba normalne. Dla mnie ta płyta to rozczarowanie. O wiele słabsza od niezłej A Natural Disaster, nie mówiąc o takich arcydziełach jak Judgement czy Alternative 4. Zaledwie dwa utwory godne tego zespołu: Everything i Angels Walk Among Us... Szkoda. Jedyne co przykuło moją uwagę oprócz dwóch wymienionych kawałków to produkcja. Niesamowita przejrzystość i jakość nagrania tej płyty robi ogromne wrażenie. Płyta dla audiofilów, żal że tylko dla nich.
re: Rozczarowanie
winterrrrr (gość, IP: 83.5.250.*), 2010-07-24 18:32:07 | odpowiedz | zgłoś
Everything i Angels Walk Among Us najlepsze?? żartujesz? szczególnie ten pierwszy, który jest zupełnie bezpłciowym utworem, w dodatku prawie nic sie nie zmienił w stosunku do pierwotnej wersji (''anioły'' troche tak.. ale i tak to cienki numer) znanej od kiluuuu lat.. dla mnie dwa najsłabsze utwory na tej płycie, omijam je słuchając tego niezłego w sumie krążka, który jest znacznie ciekawszy od AND
re: Rozczarowanie
No i ch... (gość, IP: 78.88.57.*), 2010-07-24 21:03:44 | odpowiedz | zgłoś
W końcu jakiś głos rozsądku! Wycena płyty z perspektywy wydawnictw poprzednich zdecydowanie za wysoka (mam na myśli oceny użytkowników).
Rewelacja.
Leonrot. (gość, IP: 83.230.9.*), 2010-07-13 13:43:15 | odpowiedz | zgłoś
Zgadzam się z poprzednikiem.Dla mnie rewelacyjna płyta.
Rewelacja
Ant - prog fan (gość, IP: 213.5.41.*), 2010-07-01 22:54:07 | odpowiedz | zgłoś
Tego poszukuję w progrocku, głebia tekstów i perfekcja muzy. Wielkie dzięki Anathema, doznania max, teksty i muza doprowadzają mnie do dreszczy, juz dawno żadna z płyt nie przywiązała mnie tak mocno. Rewelacja. U mnie kręci się w kółko. 10/10 bez zastanowienia.
Dobrze jest
Pink_Floyd79 (gość, IP: 83.17.84.*), 2010-06-09 12:28:49 | odpowiedz | zgłoś
Porównywać ten jakże piękny i atmosferyczny album do wcześniejszych dokonań nie powinno mieć miejsca. Zjadanie własnego ogona przecież też nie wychodzi na dobre.Judgment jest niedoścignionym wzorem i nigdy nie będzie bo to płyta genialna w ich dorobku. Fakt, za dużo złego się działo (dzieje?) w zespole o czym świadczy tak długi okres od A natural disaster do We're Here...
Może właśnie to, że Steven Wilson pomógł im w masteringu płyty wyjdzie im na dobre i znajdą drogę, którą zagubili? Płyta świetna i kandydat do płyty roku 2010. A simple mistake-rewelacja. Pozdrawiam

Oceń płytę:

Aktualna ocena (275 głosów):

 
 
84%
+ -
Jak oceniasz płytę?

Materiały dotyczące zespołu

Lubisz tę plytę? Zobacz recenzje

Unleashed "As Yggdrasil Trembles"
- autor: Kępol

Candlemass "Death Magic Doom"
- autor: Megakruk

Seth "Promo 2009"
- autor: Robert "Wisien" Wiśniewski

W.A.S.P. "Babylon"
- autor: Robert "Wisien" Wiśniewski

The Exploited "Fuck The System"
- autor: ad

Napisz recenzję

Piszesz ciekawe recenzje płyt? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Co sądzisz o pomyśle utworzenia klasy o profilu disco polo?