zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku czwartek, 17 stycznia 2019

recenzja: Bruce Dickinson "The Chemical Wedding"

3.10.1998  autor: An
okładka płyty
Nazwa zespołu: Bruce Dickinson
Tytuł płyty: "The Chemical Wedding"
Utwory: King In Crimson; Chemical Wedding; The Tower; Killing Floor; Book Of Thel; Gates Of Urizen; Jerusalem; Trumpets Of Jericho; Machine Men; The Alchemist
Wykonawcy: Bruce Dickinson - wokal; Adrian Smith - gitara; Roy Z - gitara; Eddie Casillas - gitara basowa; David Ingraham - instrumenty perkusyjne
Wydawcy: Air Raid Records
Rok wydania: 1998
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 9

Na ten album czekałem ze zniecierpliwieniem. I powiem od razu, że nie zawiodłem się. Płytka ta jest dla mnie arcydziełem. Zastanawiałem się, czym też nas teraz eks-Maiden zaskoczy, bo w sumie ostatni jego krążek, czyli "Accident Of Birth" to bardzo dobry metalowy album. Ale wlaśnie został zdetronizowany...

Wracając do "The Chemical Wedding" - jest to zdecydowanie najcięższy i najlepszy materiał Dickinsona jak dotąd. Przebija prawie pod każdym względem znakomitego poprzednika. Niesamowita, czaderska i pełna energii robota gitarowa Roy'a Z i Adriana Smitha, no i ten wokal samego Bruce'a... Wszystkie kawałki tego albumu zaslugują na uwagę, na pewno nie znajdziecie tutaj żadnego wypełniacza czy innego potworka. To album, który możecie brać w ciemno, więc zapraszam do sklepów. Wcześniej może przyjrzyjmy się każdemu utworowi z osobna:

"King In Crimson" - bardzo dobry otwieracz. Nie mamy tutaj żadnego intra, od razu rozpoczęcie pięknym gitarowym wejściem i bębnami, a dalej świetny riff. I juz... perkusja, druga gitara, bas... i wreszcie wokal. Motyw przewodni jest cudowny, a wokal Dickinsona bardzo przekonujący. Doskonałe solo Roy'a, a później Adriana, jest tu takich oczywiście jest tu całe mnóstwo. Słowem dosyć dynamiczny kawałek i świetnie wpadający w ucho.

"Chemical Wedding" - drugi numer, a już tytułowy. Teraz tempo troszkę wolniejsze. Spokojne motywy przeplatane z gitarowym czadem, ładna melodia i dobry refren. Choć na dłuższą metę ciut monotonny, co nie znaczy że kiepski, lecz po n-tym razie zaczyna lekko nużyć.

"The Tower" - niesamowity... na początku świetny bas, by za moment przywitał nas równie piękny riff. Chyba najbardziej melodyjny kawałek. W zasadzie tradycyjne wykonanie. Gitary znakomicie współpracują z resztą sekcji. Refren to po prostu miodzio, jest tak chwytliwy że historia! Po prostu wspaniały i jak się tego słucha. Brawa także dla młodego bębniarza Davida Ingrahama. Wyśmienite. Obok tego utworu nie przejdziecie obojętnie.

"Killing Floor" - mocne uderzenie i znów czad, czad i czad. Prawdopodobnie najostrzejszy numer z tego materiału. Oczywiście nie mogło zabraknąć sola. Refren i walenie po garach jest zajebiste. "Satan has left his killing floor - satan his fires burn no more". Extra! Tak w połowie miłe spowolnienie i dalej ostro. Tu nie ma mowy o znudzeniu.

"Book Of Thel" - spokojne intro, by za chwilkę przejść w odjazdową melodię i gitarowe wymiatanie. Coś w stylu "Darkside Of Aquarius", czyli będzie ostro... jasne. Przemiłe solo a potem... zgadnijcie. Tak, znów garki i gitary - to trzeba usłyszeć. Podkład gitar po prostu rozwala. Jeśli chodzi o wokal, to Bruce... chyba przeszedł samego siebie, co uwidacznia się głównie w refrenie. Gdzieś tak w środku chwilowe i miłe łechtanie basem, uderzenia gitar... i solo Roy'a. Ten utwór ma klimat i moc. Perfekcyjne pod każdym względem. Końcówka chyba Was zaskoczy... dlaczego? Narracja prozy Williama Blake'a.

"Gates Of Urizen" - Znalazła się i balladka, bo przecież takowej nie mogłoby zabraknąć. Czemu by nie, tym bardziej, że jest naprawde niezła i refren jest trafiony. Troszkę podobna do "Man Of Sorrows" z "Accident Of Birth". Tak jak owy poprzednik, jest urocza. Dodam tylko, że Roy pruje w gitare w stosownej solowce, by za chwilę to samo zrobił Adrian. Efekt bardzo pozytywny.

"Jerusalem" - zaczyna sie akustykiem, tradycyjne jak na Bruce'a, choć tym razem z niewielką dozą folka. Ładny kawałek, świetna aranżacja i wykonanie. Standard i to na bardzo wysokim poziomie. Dopełnieniem są oczywiście solówki. A kończy znów William Blake.

"Trumpets Of Jericho" - ineresujące wejście, choć refren brzmi trochę staromodnie. Dla mnie niezbyt ciekawy, troszke skąpy kawałek. Ogólne wrażenie jest nieco gorsze i wydaje mi się, że ten numer z deczka odstaje od reszty. Chyba zabrakło pomysłu, choć może się podobać.

"Machine Men" - utwór gorzki w warstwie lirycznej, opowiadający o postepującej mechanizacji życia i ludzi. Jest wyśmienity, jeśli spojrzeć na melodie. Genialny początek i niebanalny refren, i znów gitarowe popiskiwanie, czyli sola w odpowiedniej ilości. Końcówka powoli wyciszana, a rozpoczyna się już ostatni utwór czyli...

"The Alchemist" - tutaj powracamy do motywu przewodniego płyty, gdyż odnajdujemy tytułowy refren, czyli "Chemical Wedding". Dziwne rozpoczęcie, posłuchajcie tylko tego głosu. Dość powolny kawałek, także chyba zbyt monotonny. Nie zachwycił mnie. Choć temat jest zacny i opowiada o alchemikach. Bruce chyba lubuje się w spokojnych i wolnych końcówkach. Po zakończeniu numeru czekamy coś około minutki w spokojnej ciszy, by usłyszeć po raz kolejny narracje Blake'a.

Komentarze
Dodaj komentarz »
Arcydzieło!
Ares (wyślij pw), 2008-05-27 15:02:06 | odpowiedz | zgłoś
Autor recenzji podszedł bardzo powierzchownie to tego albumu i skupił się chyba jedynie na kwestii jego brzmienia, które jest jak sam przyznaje bez najmniejszych zastrzeżeń, czuć pełen profesjonalizm Roya jako producenta i wirtuozeryjne umiejętności jego i Adriana jak gitarzystów. Prawdziwą potęgę "Chemicznego Ślubu" zrozumiemy jednak dopiero po zagłębieniu się w treść utworów, na nim zawartych- nigdy nie spotkałem się z tak poetyckimi i zmuszającymi do myślenia tekstami, na żadnym metalowym albumie. Przykładem może być choćby "Gates Of Urizen" mówiący o mądrości, albo "Jerusalem", który jest niczym innym jak najbardziej znanym wierszem Wiliama Blake'a, i jedną z najważniejszych angielskich pieśni patriotycznych, z muzyką dorobioną przecz Dickinsona. Do tego dochodzi niesamowity klimat, zbudowany w dużej części przez niezwykłe aranżacje utworów, np. brzmienie gitar w "The Alchemist", albo syntezatory budujące niesamowite tło w utworze tytułowym. To najbardziej oryginalny album, jaki kiedykolwiek słyszałem i podobne wrażenie zrobił na mnie jedynie "Seventh Son Of A Seventh Son" Iron Maiden, który powstał jednak 10 lat wcześniej. Dla mnie osobiście "Chemical Wedding" jest najlepszym metalowym albumem lat 90-tych, cenię go bardziej od takich klasyków jak "Painkiller", czy "Fear of The Dark".
re: Arcydzieło!
Ed0ardo (gość, IP: 80.55.187.*), 2009-11-16 15:03:20 | odpowiedz | zgłoś
Jak najbardziej zgadzam sie z opinią ...
płyta ma nie tylko brzmienie bardzo "duszne" (co nie wszystkim bedzie sie podobać) ale i niesamowicie ciężkie...
dla mnie osobiście jest to mega oryginalny i przecudowny album który wprowadza słuchacza w stan skupienia i mocnej fazy myśli...pozycja obowiązkowa dla fanów Maidenów Priestów itp...
re: Arcydzieło!
Artus1989 (wyślij pw), 2009-11-16 18:04:16 | odpowiedz | zgłoś
"Najlepszy album lat 90.." - kolega chyba solidnie przespał dokonania Chucka Schuldinera, ale zgadzam się, Chemical Wedding jest świetne:)
re: Arcydzieło!
Mariush (wyślij pw), 2010-08-16 20:49:50 | odpowiedz | zgłoś
No Chemical Wedding lepsza niż Painkiller????... Nie powiedziałbym, ale że prawie tak dobra to bym się przychylił:). Na pewno lepsza z kolei niż Fear Of The Dark, który mimo, że nie słaby brzmiał bardzo staroświecko jak na swoje czasy. Tu bym się zgodził. Płyty solowe Bruce'a są o wiele bardziej gitarowe i siłą rzeczy bardziej przebojowe niż płyty grającego na max pod basówkę Harrisa Maidena, ale to chyba nie dziwota nikomu.
PS: tak wolę Priesta od Maiden jakby się ktoś zastanawiał;))