zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku środa, 19 lutego 2020

recenzja: Death "Live In L.A. (Death and Raw)"

18.09.2001  autor: m00n
okładka płyty
Nazwa zespołu: Death
Tytuł płyty: "Live In L.A. (Death and Raw)"
Utwory: Intro/Philosopher; Spirit Crusher; Trapped In A Corner; Scavenger Of Human Sorrow; Crystal Mountain; Flesh And The Power It Holds; Zero Tolerance; Zombie Ritual; Suicide Machine; Together As One; Empty Words; Symbolic; Pull The Plug
Wykonawcy: Scott Clendenin - gitara basowa; Shannon Hamm - gitara; Richard Christy - instrumenty perkusyjne; Chuck Schuldiner - wokal, gitara
Wydawcy: Nuclear Blast Records
Rok wydania: 2001
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 9

Wszystko zaczęło się wiele lat temu, gdy do moich uszu dotarły powalające dźwięki "Leprosy". Od tamtej chwili minęło co najmniej 11 lat, a moja fascynacja muzyką Death nieprzerwanie trwa do dziś. Bez dwóch zdań - dla mnie jest to jeden z najważniejszych zespołów na death metalowej scenie.

Death to właściwie osoba wielkiego Chucka Schuldinera, który przez lata zawsze podążał swoją ścieżką, wytyczając nowe kierunki rozwoju gatunku, będąc wciąż inspiracją dla niezliczonej rzeszy zespołów. Jednak choroba nowotworowa przerwała na długi okres jego działalność muzyczną. Wierzę, że po operacji, którą przeszedł, szybko wróci do zdrowia, by móc uraczyć nas porcją kolejną genialnej muzyki za sprawą Death bądź Control Denied.

Nagrania składające się na "Live in L.A", pochodzą z koncertu w legendarnym klubie "Whisky A Go Go" w Los Angeles, zarejestrowanego podczas trasy promującej ostatni album - "The Sound Of Perseverance". Brzmienie jest surowe i mało klarowne, zdecydowanie odbiegające od tego, do jakiego przyzwyczaił nas Death na swych studyjnych produkcjach. Podobnie sprawa ma się z wokalem. W dobie takich produkcji koncertowych jak choćby ostatni Emperor, właściwie można by czepiać każdego elementu. Na obronę może niech będzie fakt, że całość zgrana jest z konsolety, bez obróbki, stąd z pewnością także te niedociągnięcia dźwiękowe.

Właściwie czemu staram się to wytłumaczyć? Przecież Chuck, jego muzyka i umiejętności potrafią bronić się same. A jak słychać na "Live in L.A.", na koncertach Death wycina aż miło. Znakomicie dobrany, przekrojowy materiał (jeszcze kilka utworów i dla mnie byłby to zestaw marzeń) począwszy od debiutu "Scream Bloody Gore", wyłączając jedynie kompozycje ze "Spiritual Healing", powoduje żywsze bicie mojego serca. Od genialnego "The Philosopher", poprzez świetny "Zero Tolerance", agresywny "Zombie Ritual" po kończący koncert, ciężki "Pull The Plug". Technika, szybkość, agresja, jest tu wszystko, co jest esencją muzyki Death.

Słuchając takiej koncertówki mam jeszcze jedno marzenie: zobaczyć Death "na żywo".

Komentarze
Dodaj komentarz »