zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku środa, 29 czerwca 2022

recenzja: Dimmu Borgir "Abrahadabra"

7.11.2010  autor: Megakruk
okładka płyty
Nazwa zespołu: Dimmu Borgir
Tytuł płyty: "Abrahadabra"
Utwory: Xibir; Born Treacherous; Gateways; Chess With The Abyss; Dimmu Borgir; Ritualist; The Demiurge Molecule; A Jewel Traced Through Coal; Renewal; Endings And Continuations
Wykonawcy: Shagrath - instrumenty klawiszowe, wokal; Silenoz - gitara; Galder - gitara; Dariusz "Daray" Brzozowski - instrumenty perkusyjne; Gerlioz - instrumenty klawiszowe; Tommie "Snowy Shaw" Helgesson - gitara basowa; Kristoffer "Garm" Rygg - wokal; Agnete Kjolsrud - wokal; Ricky Black - gitara slide
Wydawcy: Nuclear Blast Records
Premiera: 2010
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 7

Zabieranie się za recenzowanie produktów marki Dimmu Borgir jest zajęciem niebezpiecznym. Ten zespół (obecnie zdaje się trio) to już instytucja. Bodajże najpopularniejsza ekipa w Nuclear Blast, także najpopularniejsza w nurcie tzw. sympho - black. Wyszydzani lub wielbieni przez krytyczne albo bezkrytyczne masy z jednej strony ortodoksów, z drugiej tzw. (jak ja kocham to określenie) czarnych kinder niespodzianek. Z całym szacunkiem dla "mondrych" i "chodzących w prawdzie", którzy obiektywnie starają się stanąć po środku tego konfliktu. Tutaj trzeba zająć jakieś skrajne stanowisko. Przy takim zespole inaczej się nie da. To przecież pod względem "trendy" skandynawska Metallica i Iron Maiden w jednym.

Nie ukrywam, że ekipa Shagratha i Silenoza zraziła mnie do siebie w początkach działalności, konkretnie w pamiętnym roku 1997. Wiem, że młodość ma swoje prawa, ale opowiadanie pierdół ma pewne granice. Był pewien wywiadzik w starej wersji obecnie powszechnie znanego periodyku muzycznego, gdzie jeden z ówczesnych członków zespołu rozpływał się we własnej retoryce, komentując jak zajebistym przeżyciem byłoby móc być świadkiem powodzi stulecia, jaka splądrowała podówczas nasz kraj. Cóż - istnie ekstremalnie debilna postawa. Lata jednak minęły i być może coś się zmieniło, o czym świadczą zeznania redakcyjnych kolegów, którzy mięli okazję przeprowadzić wywiad z zespołem.

Dodatkowo, na początku metamorfozy "Enthrone Darkness Triumphant", jeszcze jako względnie mało znany (u nas) zespół, polegli w sesji zdjęciowej z cylindrami, przywodząc na myśl co najwyżej marny "ripp off" pomysłów Cradle Of Filth. Przyznacie - łatwo było się zrazić.

Przełomem okazał się "Spiritual Black Dimensions", który potwierdził stare wojenne prawo - mężczyźni zginęli na froncie (w tym przypadku ortodoksyjnego black metalu), więc kobiety i dzieci musiały wziąć sprawy w swoje ręce. Nie dziwota, niejeden połamał sobie szczękę na wybroczynach pogrobowców idei Euronymusa. "Spiritual?" bardzo dobrze się słuchało, nawet bardziej wrażliwe, szare duszyczki mogły z powodzeniem docenić jego walory estetyczne, a że bliżej już było temu do nieco gotyckiego grania, to inna sprawa, skoro w metryce nadal stał slogan sympho - black.

Aż do wydania "Death Cult Armagedon" trwały też zawody, kto w tych kapciach stawia dłuższe kroki. "Kredki" czy Dimmu. Ostatecznie dominację tych ostatnich przesądziło zwerbowanie Nicka Barkera z obozu konkurencji. Mniej więcej od tego czasu datuję absolutną dominację Norwegów w tym rodzaju twórczości. Doceniam, że nigdy nie zeszli poniżej dość wysoko postawionej poprzeczki napompowanego grania, w którym ważniejsze są chór i klawisz niż gitara. Są bezsprzecznie gwiazdami; czy geniuszami, to już dyskusyjna sprawa.

Wróćmy jednak do teraźniejszości. Z ciekawością obserwowałem listy bukmacherskie tego lata, gdzie zawrzało od spekulacji, czy odejście Vortexa, a zwłaszcza Mustisa, nie będzie zbyt wielką stratą i zagrożeniem dla bytu pisanek z Oslo. Shagrath wprawdzie się odgrażał, że to, że tamto, że ciosy w pyski itd. Na YouTube pojawiły się jakieś filmiki, Nuclear Blast podgrzewała atmosferę, sam zespół bawił się w ciuciubabkę po kawałku serwując okładkę nowej płyty i ostatecznie wyczerpując pobłażanie i cierpliwość fanów, ale w obliczu muzyki to, jak wiadomo - zawsze czcze pierdolenie. Wyciągnąć konsekwencje jednak wypada. "Abrahadabra" jest już na rynku, czy warta jest przynajmniej połowicznie tej całej wrzawy?

To zależy. Zarówno od podejścia słuchacza, jak i samych muzyków do swojej twórczości. Jeżeli ktoś odmawiał temu zespołowi czci i wiary, a stając na straży idei prawdziwego metalu najchętniej widziałby Dimmu Borgir wiszących na suchej gałęzi lub głową w dół nad kiblem, to i tym razem zdania swojego nie zmieni, co samo w sobie niespodzianką przecież dla nikogo nie jest. Ci zaś, którzy wielbili ich rozbuchane pejzaże parametalowo - operetkowo - symfoniczne, będą z kolei wniebowzięci. Co więcej, ich grono się poszerzy, bo Norwedzy serwują tym razem chyba najbardziej łagodny, melodyjny i przystępny w odbiorze materiał w swojej historii.

"Abrahadabra" pełną gębą, prócz agresji, której tu relatywnie mało, nawiązuje bowiem do "Death Cult Armagedon". Od pierwszych nut "Xibir" obcujemy z dźwiękami, które mogłyby trafić na soundtrack przywołujący zamaszystością demoniczną odmianę Hansa Zimmera lub momentami Jerry'ego Goldsmitha. Bogate tło orkiestralne, chóry, duperele - pojawiają się praktycznie w każdym kawałku, natomiast gitary schowane są gdzieś na drugim planie i ich gra też daleka jest od tego, z czym Dimmu Borgir można by kojarzyć.

W pierwszym numerze riff okazuje się być tzw. złotym środkiem między blackmetalową manierą a zagrywkami rodem z Korn zdartymi(!). Jeżeli z kolei numer "Dimmu Borgir", zakrawający na jakiś manifest mocy, po szemraniach na temat hipotetycznego rozpadu kapeli, ktoś z rozpędu będzie chciał zakwalifikować, jako kwintesencję ich stylu, to niech lepiej się powstrzyma, bo krótko mówiąc nazwy Avantasia plus Rhapsody Of Fire (w warstwie symfonicznej) i Hammerfall (w warstwie gitarowej) same krążą po głowie już w 5. sekundzie trwania. Przy mocno odkręconej gale w prawo, w refrenowych przejściach podniosłej orkiestry, można się nawet na siłę popłakać lub zrosić gacie, tak to drodzy Państwo lata. Ale jak dla mnie lepiej było pójść trochę inną stroną, jak dajmy na to, w najmocniejszym na płycie "Ritualist", gdzie gitara akustyczna po prostu wspaniale współgra z klasycznym czarnometalowym pochodem. Pierwsza część tego kawałka zamyka mordę tym, którzy twierdzili, że Dimmu to najpewniej emigranci z Afryki, którzy ze Skandynawią nigdy nic wspólnego nie mieli. Niestety już w połowie numeru zaczynają się jakieś z dupska wzięte pluskania i moc znika. Dlatego odbieram ten moment oraz ostatni na płycie "Endings And Continuations", łypnięcie okiem w stronę odbiorcy - że jeszcze potrafią pierdolnąć "po staremu", jak im się bardzo będzie chciało.

Więcej niespodzianek tytułowych nie zdradzam, bo w tych już opisanych, mniej więcej pokazałem, czego możecie się spodziewać, a zabawy psuć nikomu z samodzielnego "ogrywania" materiału w "chałpie" nie zamierzam. Może jeszcze tylko uzupełnię tytułem patriotycznego obowiązku, że Daray, biorąc pod uwagę jego słynnych poprzedników, dał radę z palcem w dupie, a Snowy Shaw i Pani, która zastąpiła Vortexa na czystym wokalu, sprawili, że braku tego gościa także dotkliwie się nie odczuwa (może dlatego, że Pani brzmi jak on sam). Nie jestem fanem muzyki tego zespołu, jak wspomniałem mam mu wiele za złe, na każdej płycie wyczuję też niczym kot piaskownicę - przerost formy nad treścią, który w odliczaniu minusów przy "Abrahadabra" pełni kluczową rolę. Jeżeli Dimmu Borgir już dawno paplają o swoim powolnym odchodzeniu od black metalu i o tym, że tworzą przede wszystkim sztukę przez duże "Sz", z drugiej strony będącą "ciosem" w czyjś ryj, to raczej stawiają się na pozycji artystów eklektycznie wręcz renesansowo-antycznych. Jednakże jakiegoś katharsis po przesłuchaniu najnowszego krążka brak. A to zdaje się powinien być cel muzyki, której metal jest jedynie promilem i środkiem do osiągnięcia skutku. Skoro nie katharsis (rozbuchana forma), to właśnie przepraszam bardzo - do jakiego skutku? Nie zarzucam im "niegrania" metalu, jak wielu. Porównuję zapowiedzi do efektu finalnego. Choć płyty słucha się naprawdę dobrze i każdy menel w odrapanej skórze z naszywkami Beherit, choć się nie przyzna, będzie w stanie to usłyszeć, to znaczy, że jest dobrze. Robiąc rachunek zysków i strat dam aż 7 z powodu pierwszych wrażeń, ale zaznaczam, że ciśnienie już opada. Starożytni Grecy zażądaliby pewnikiem zwrotu monety - bo katharsis nijak z tego nie ma. Czyżby tylko rozrywka?

Komentarze
Dodaj komentarz »
Słabiutka
Black Sabbath (wyślij pw), 2010-12-10 14:57:37 | odpowiedz | zgłoś
Moim zdaniem ta płyta jest bardzo słaba
Nudna wręcz No ale to moje zdanie NIe trzeba się z nim zgadzać;)
Pozdrawiam :)
Hmm..
Borreh (gość, IP: 80.55.26.*), 2010-11-26 17:51:29 | odpowiedz | zgłoś
Trochę grafomańska ta recenzja..
summary
xterior (gość, IP: 109.130.52.*), 2010-11-24 01:34:13 | odpowiedz | zgłoś
trochę pusta ta recenzja i niewiele nawiązuje do samego albumu/muzyki, a więcej w niej jakiegoś biadolenia o dupie maryni. **** mnie obchodzi co oni mówią o sobie poza sceną; więc fajnie by było przeczytać więcej konktretów chyba że nie ma być to recenzja tylko tekścik a'ka Plotek :/
re: summary
Megakruk
Megakruk (wyślij pw), 2010-11-27 17:45:54 | odpowiedz | zgłoś
Fans Attack...pfff.
re: summary
sombretoy (gość, IP: 83.2.179.*), 2010-12-23 20:30:53 | odpowiedz | zgłoś
pyskuj sobie, recenzje napisałes ukazujac siebie jako kolejnego "wygę" ze starej szkoły technicznego napierdlalania i nic poza tym. Zauważ jednak, że sa fani jacy słuchajac Dimmu widzą wyraźnie black metal, kompozycje, nastroj, tło, coś tak niesamowitego jak przyprawy w daniu, nie zas smak znany i niewyszukany. To jest Dimmu własnie, nie ma porównania i źle jesli popierdalają tylko kolenją poczórna stope bo taki kanon sie utarł i koniec. Dlatego nie maja porównania ponieważ potrafia budowac klimat, kiedy inne zespoły odpierdalaja cyrkowa muzyke. I kiedy tcy recenzenci malkontenci jak Ty musza znowu narzekać.
re: summary
Megakruk
Megakruk (wyślij pw), 2010-12-23 22:25:49 | odpowiedz | zgłoś
Pff zespolik dostał 7 i jeszcze mu mało...
o yeah !!!
vaderhead
vaderhead (wyślij pw), 2010-11-19 15:11:09 | odpowiedz | zgłoś
Czegoś tak smakowitego się po nich nie spodziewałem, i to po tylu perturbacjach ze składem. Idą swoją drogą i nie ogladaja się za siebie. Słychać tu wyraźnie że są muzykami !!! Jedna z najlepszych ich płyt, a co tam To jest najlepsza płyta Dimmu Borgir !!!
Głos "za"
artemidionis
artemidionis (wyślij pw), 2010-11-14 03:46:10 | odpowiedz | zgłoś
Nie oczekiwałem po tej płycie gwałtownego zwrotu w dużą "Sz", ale nie jest tak źle. Ktoś tu porównał "Abrahadabrę" do "Sitra Ahra" Therion... to chyba jakieś nieporozumienie jest :) To jak porównywać Hammera do Land Rovera... Niby oba terenowe... ale raczej przeznaczenie inne jest. Ukłon "Warowni" (bo chyba tę płytę należy rozpatrywać w takich kategoriach)w stronę poszukiwania nowego wizerunku jest na tak. Dimmu nie chce zjadać własnego ogona i to jest na plus. Oby tak dalej. Jest ikoną black. Wiele zespołów było. Już ich nie ma. Absolutnie za pierwszym komentarzem masterpiece! Tak samo odbieram płytę. Może to kwestia sprzętu jest, na którym się słucha. Nie wiem. Jak ktoś słucha na ipodzie... :) nie ma o czym gadać. Zresztą loom już napisał: wielu płyt nie da się słuchać nawet na "techniksach" czy innych maszynkach z dużą ilością kolorowych światełek :))))To może raczej Virgin :))) I za paulatc: 10/10. Może płyta jest bez "szczególnych uniesień" i rzeczywiście komuś nic nie pozostaje w głowie.... ale; wszyscy fani Therion zachwycają się "Theli" jako "płytą przełomu" ... hmmm.... natomiast o "Lepaca Kliffoth" wypowiadają się tak jak niektórzy o "Abrahadabra"... Rozumiem ostrożność niemal polityczną...(ach ta asekuracja) lecz historia lubi się powtarzać. Płyta Dimmu może oznaczać ewolucję. Na plaster tu rewolucja? Ze spokojem czekam na następną. Będziemy wymagać przeprosin... Jako, że recenzownie płyt Dimmu Borgir niebezpiecznym jest:)))
Nie jestem wielkim fanem Warowni gdyby nie komentarze przy tej recenzji... pewnie nie kupiłbym płyty... a tak: Masterpiece, Paulatc, Loom ... kurna Diękuję Wam! Płytę kupiłem. Przepadłem totalnie. Mogę się mylić... w końcu ciężkiej muzy słucham dopiero 31 lat.... sorki.
re: Głos "za"
Megakruk
Megakruk (wyślij pw), 2010-11-18 20:14:57 | odpowiedz | zgłoś
To o co Panu w końcu chodzi???
re: Głos "za"
Iconoclast (gość, IP: 83.21.254.*), 2010-11-27 17:38:30 | odpowiedz | zgłoś
Hummer'a jak już Waść.