zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku piątek, 2 grudnia 2022

recenzja: Dream Theater "Six Degrees Of Inner Turbulence"

2.08.2002  autor: Tomasz "YtseMan" Wącławski
okładka płyty
Nazwa zespołu: Dream Theater
Tytuł płyty: "Six Degrees Of Inner Turbulence"
Utwory: The Glass Prison; Blind Faith; Misunderstood; The Great Debate; Disappear; Six Degrees Of Inner Turbulence
Wykonawcy: James LaBrie - wokal; John Petrucci - gitara; John Myung - gitara basowa; Mike Portnoy - instrumenty perkusyjne; Jordan Rudess - instrumenty klawiszowe
Wydawcy: Warner Music
Premiera: 2002
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 9

Ile emocji wywoływała u mnie każda kolejna nowina o świeżej płycie Dream Theater, to tylko ja jeden wiem. Informacje pojawiały się wyrywkowo... dwie płyty... na jednej pięć utworów, na drugiej jedna, ponad czterdziestominutowa suita... klimat między "Awake" a Liquid Tension Experiment... najmroczniejsza płyta w historii... Każda informacja powodowała, że kręciłem się z radości wokół własnej osi, wzbudzając bardzo zróżnicowana uczucia otoczenia. :) I wreszcie, po przeżyciu wielu bólów oraz wewnętrznych wstrząsów :) stała się jasność i nadeszła... KOLEJNA WIELKA PŁYTA DREAM THEATER!!!

Tym, co znakomicie potrafią robić panowie z Teatru Marzeń, jest umiejętność tworzenia płyt bardzo zróżnicowanych, przy jednoczesnym zachowaniu swojego jakże charakterystycznego stylu. Identycznie jest w przypadku "Six Degrees...". Potwierdzając słowa Mike'a Portnoy'a, muszę powiedzieć, że faktycznie jest to najmroczniejsza płyta w dotychczasowej dyskografii DT. Unoszą się tu ciemne chmury smutku i melancholii, przy czym w niektórych nastrój ten doprawiony jest dużą dawką złości. W sumie dało to rewelacyjny efekt, powodując, że płyta jest bardzo urozmaicona.

Bardzo ważną cechą charakterystyczną albumu jest bardziej przestrzenny sposób grania. Wyścigi instrumentów, tak dobrze znane z arcydzieła "Scenes From A Memory", można tu spotkać tylko od czasu do czasu. Generalnie muzycy zostawili sobie więcej miejsca - grają z większym rozmachem i, że tak powiem, mniej gęsto. Szczególnie wielkie pole do popisu ma tutaj John Petrucci, który zdominował długie fragmenty płyty, błyskawicznie i z niesamowitym wyczuciem oraz swobodą przechodząc od porwanych i ciężkich riffów, przez błyskawicznie wygrywane solówki, do spokojnych, pełnych emocji motywów. Druga sprawa to James LaBrie, który z niezrozumiałych dla mnie powodów przez wielu fanów zespołu (i nie tylko) nie jest zbyt lubiany i ceniony jako wokalista. Ja jednak zawsze uważałem jego wokal za bardzo dobry, a ta płyta jest tego najlepszym dowodem. Ciekaw jestem, drodzy antagoniści Jamesa, ile jeszcze wokalistów na świecie potrafiłoby zaśpiewać subtelne "Dissapear" czy "Goodnight Kiss", a potem wściekłe wersy "Are you justified... justified in taking... LIFE TO SAVE LIFE" z "The Great Debate" czy też ostre jak brzytwa "The Test That Stumped Them All". Po prostu wielka klasa.

Teraz nieco dokładniej o poszczególnych kawałkach. "Six Degrees..." to dwie płyty. Pierwsza z nich rozpoczyna się tak, jak zakończyły się "Scenes From A Memory" - słychać jednostajny szum, który po chwili ubarwiają uderzenia dzwonu. Potem wchodzi Portnoy, okładając perkusję z całych sił i w końcu pojawia się Petrucci, który zaczyna wygrywać morderczy riff. Riff tak ostry i ciężki, że niemal prostują się od niego fałdy na mózgu. Oto "Glass Prison". Dynamika, energia i siła, bijąca z każdego taktu tego genialnego kawałka, są po prostu powalające. Do tego oczywiście liczne dreamowe zmiany rytmu i melodii. Piekielny kawałek. Potem jest "Blind Faith" z pięknie pomrukującym basem Myunga, świetnymi fortepianowymi błyskami i bardzo dynamiczną partią instrumentalną. Trzecie nagranie - "Misunderstood" - zaczyna się bardzo akustycznie: delikatnie trącane struny gitary i spokojny, jakby niepewny, wokal Jamesa. W pewnym momencie kawałek jednak eksploduje siłą - tak, jakby muzycy cały czas się powstrzymywali i wreszcie dali upust swoim emocjom. Niesamowicie gra tu Rudess, którego szaleńcze partie fortepianowe dają sygnał dla reszty zespołu - kompozycja staje się w pewnym momencie bardzo psychodeliczna. Do tego piękny tekst - "How can I feel abandoned even when the world surrounds me?/ How can I bite the hand that feeds the strangers all around me?/ How can I know so many never really knowing anyone?/ If I seem superhuman, I have been misunderstood". Kolejny utwór - "The Great Debate" - nawiązuje do szeroko komentowanej kwestii klonowania. Jest jest bardzo ostry, zagęszczona gra Petrucciego, okładanie perkusji przez Mike i brzęczący bas tworzą mroczną atmosferę. James znakomicie przechodzi od melodyjnego refrenu do niesamowicie ostrego (już wspominanego) "Are you justified...". Oczywiście bardzo ważną rolę pełni tu tekst - "Turn to the light/ Don't be frightened of the shadows it creates/ Turn to the light/ Turning away would be a terrible mistake", a potem "Should we push the boundaries/ Or should we condemn?/ Moral guilt and science have collided...". Dodatkowo, chcąc ukazać dwie strony medalu, DT zacytowali wiele wypowiedzi zwolenników i przeciwników klonowania. Znakomity i zaangażowany kawałek. Pierwszy płytę kończy "Dissapear" - bez wątpienia jedno z najsmutniejszych nagrań jakie słyszałem. To pełne rozpaczy pożegnanie kogoś, kto odchodzi - spokojny fortepian, akustyczna gitara i pełen emocji głos Jamesa. Przy całym pięknie tego nagrania nie mogę się oprzeć wrażeniu, że powinno ono być zagrane odrobinę szybciej. Ale i tak jest bardzo dobre.

Druga część "Six Degrees..." to czerdziestodwuminutowa suita tytułowa, składająca się z ośmiu części. Opowiada o sześciu osobach, które z różnych powodów przeżyły załamanie nerwowe i leczą się w zakładzie psychiatrycznym. Te "różne powody" znakomicie oddaje sama muzyka, która jest tutaj niezwykle zróżnicowana. Otwierająca płytę "Overture" jest niesamowitą mieszanką grania z metalowym zębem oraz z symfonicznym rozmachem. Zgodnie z muzyczną teorią można w niej także odszukać fragmenty melodii z pozostałych kompozycji. Niesamowicie szybkie i ostre, niemal thrashowe "Was Inside My Head" oraz "The Test That Stumped Them All", znakomicie kontrastują z rozczulającym "Goodnight Kiss" (z niesamowicie naładowaną emocjami solówką Johna). Przygnębiający i smutny nastrój tych części jeszcze się pogłębia w zestawieniu z "About To Crash" (rewelacyjne zwolnienie pod koniec utworu!) i "Solitary Shell" - niesamowicie melodyjnymi, niemal "optymistycznymi", progrockowymi utworami. A o kończącym suitę "The Grand Finale" najprościej będzie powiedzieć, że to naprawdę Wielki Finał.

"Six Degrees Of Inner Turbulence" to płyta cudowna, będąca potwierdzeniem wspaniałej formy muzyków DT. Nie jest to wprawdzie takie arcydzieło, jak "Scenes From A Memory" czy "Images And Words", o czym najlepiej świadczy to, że mam do tej płyty jakieś tam swoje uwagi - nieco za wolne tempo "Dissapear" czy też nieco zbyt długa, psychodeliczna partia w "Misunderstood". Jednak mimo to, Dream Theater są i tak klasą samą dla siebie - grają z polotem i fantazją, nie boją się eksperymentować, każda płyta wnosi coś nowego do ich twórczości. Można tylko żałować, że następnego albumu doczekamy się pewnie znów za dwa i pół roku. :( Tymczasem nie warto jednak się tym martwić - lepiej kupić "Six Degrees..." i dać się ponieść muzyce. Ja tymczasem zaczynam już przygotowania do koncertu w Krakowie, który już za kilka dni.... YESSS!!!

WHEN DREAM THEATER AND POLAND UNITE!!!

Komentarze
Dodaj komentarz »
re: Dream Theater "Six Degrees Of Inner Turbulence"
Elfgr (gość, IP: 89.228.63.*), 2022-09-25 14:59:51 | odpowiedz | zgłoś
Bardzo dobrze napisane.
Z Misunderstood sam Portnoy z Petruccim stwierdzili niegdyś w wywiadzie że przegięli nieco dając duży upust fantazji podczas realizacji utworu.
re: Dream Theater "Six Degrees Of Inner Turbulence"
Pumpciuś (gość, IP: 80.55.193.*), 2017-04-18 09:38:53 | odpowiedz | zgłoś
Kiedyś uważałem tą płytę za najgorszą (tzn. oczywiście lepszą od Falling into Infinity) bo taka bez przebojów itd. Po latach zacząłem jej słuchać na poważnie i uważam że jest cudowna ale nadal bez przebojów. I tu tkwi jej sens. Właśnie dlatego że nie ma przebojów (a jest tylko jeden w zasadzie i to chyba paradox że na tej płycie jest jest Solitary Shell) to w tym jej siła. Słucham jej kolejny raz i kolejny raz jej nie pamiętam więc to sprawia że słucham jej znowu i znowu ccego nie mam z immymi płytami które ogę sobie sam nucić w myślach. Turbulence się nie da, trzeba włączyć odwarzacz (lub niestety jak niektorzy youtuba albo jeszcze gorzej jakiegoś torrenta czy coś).
re: Dream Theater "Six Degrees Of Inner Turbulence"
Włuczykij (gość, IP: 95.160.93.*), 2017-04-18 03:56:45 | odpowiedz | zgłoś
Piękna recenzja. Elementy melancholii, pozytywne emocje
Gdzie bylem w 2002 kiedy sluchalem six degrees? Tak niewiele i tak wiele sie zmieniło w muzyce dream theater. Mamy 2017, genialna plyta
re: Dream Theater "Six Degrees Of Inner Turbulence"
lol (gość, IP: 89.72.105.*), 2014-08-04 21:05:57 | odpowiedz | zgłoś
poza pierwszym kawałkiem, trochę moim zdaniem przekombinowanym, to jedna z lepszych płyt Dream Theater.
Jeszcze Glass Prison zagrali kilka części, chyba jednak lepsze od tej pierwszej ;)

Oceń płytę:

Aktualna ocena (538 głosów):

 
 
83%
+ -
Jak oceniasz płytę?

Materiały dotyczące zespołu

Lubisz tę plytę? Zobacz recenzje

Liquid Tension Experiment "Liquid Tension Experiment"
- autor: Tomasz "YtseMan" Wącławski
- autor: Krzysztof Banach
- autor: Michał Rosiński

Metallica "Death Magnetic"
- autor: Ugluk

Opeth "Blackwater Park"
- autor: Zbyszek "Mars" Miszewski
- autor: Michu
- autor: Margaret
- autor: Arhaathu

Napisz recenzję

Piszesz ciekawe recenzje płyt? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Co byś zrobił z dużymi, 40-letnimi, sprawnymi kolumnami głośnikowymi znalezionymi w swoim domu?