zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku niedziela, 5 kwietnia 2020

recenzja: Judas Priest "Rising In The East"

26.05.2012  autor: Mikele Janicjusz
okładka płyty
Nazwa zespołu: Judas Priest
Tytuł płyty: "Rising In The East"
Utwory: The Hellion; Electric Eye; Metal Gods; Riding On The Wind; The Ripper; A Touch Of Evil; Judas Rising; Revolution; Hot Rockin'; Breaking The Law; I'm A Rocker; Diamonds And Rust; Worth Fighting For; Deal With The Devil; Beyond The Realms Of Death; Turbo Lover; Hellrider; Victim Of Changes; Exciter; Painkiller; Hell Bent For Leather; Living After Midnight; You've Got Another Thing Coming
Wykonawcy: Rob Halford - wokal; Ian Hill - gitara basowa; Glenn Tipton - gitara; KK Downing - gitara; Scott Travis - instrumenty perkusyjne
Wydawcy: Warner Music, Rhino Home Video
Rok wydania: 2005
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 8

Pamiętam jak dziś rozmowy, które toczyły się w kuluarach (ale ładnie nazwałem) przed koncertem Motorhead w Warszawie (6 grudnia 2000). Był tam jeden koleś w koszulce Judas Priest. Najbliżej niego stojący zwrócili na ten fakt uwagę, co zostało skomentowane tymi słowy: "Pełen szacun, chłopie. Ludzi w koszulkach Mety, Ironów, Motorów i Slajerów spotkasz na pęczki, ale w koszulce Judas Priest to chyba jednego na tysiąc. A przecież to taki zajebisty zespół". Rzeczywiście ta brytyjska grupa nie był wówczas zbyt popularna w Polsce. Ale wiele się zmieniło, kiedy zszedł się klasyczny skład z Robem Halfordem w 2003 roku. Wtedy ożywiło się zainteresowanie tym bandem. Z pokładanych w nim nadziei zespół wywiązał się co najmniej dobrze, nagrywając album "Angel Of Retribution", a potem ruszając w ogólnoświatową trasę koncertową, podczas której udowodnił (może nie wszystkim), że miano "bogów metalu" nadal jest mu należne. Było oczywiste, że to wydarzenie musi zostać udokumentowane płytą live. Zarejestrowano jeden z występów w hali "Budokan" w Tokio - miał miejsce w maju, a już 15 listopada 2005 roku ukazało się DVD zatytułowane "Rising In The East".

Płyta DVD zapakowana jest w zwyczajne plastikowe pudełko, ale przynajmniej wydawnictwo zdobi efektowna okładka, przykuwająca uwagę i bardzo metalowa w swym wyrazie: jest zatem metaliczny napis "Judas Priest" z charakterystycznym liternictwem w górnej części, poniżej tytuł, w części centralnej - wypolerowana postać judasowego anioła (znanego z okładki płyty "Angel Of Retribution"), a poniżej ekipa w koncertowym amoku. Z tyłu znalazły się tylko tytuły utworów i informacje fonograficzne. Wewnątrz pudełka zamieszczono słowo do nabywców i wyszczególniono załogę odpowiedzialną za przygotowanie widowiska. Zamiast książeczki wydawca wepchnął do wnętrza katalog płyt DVD z wytwórni Warner Music.

Wsunięty do odtwarzacza krążek od razu ustawia się na ekranie startowym, lecz interaktywne menu - co trzeba przy oficjalnym wydawnictwie wytknąć - zrobione jest ubogo. Do wyboru: play all, tracklist i ustawienia dźwięku (w opcji dolby digital 5.1 lub dts 5.1). Nie ma żadnych wywiadów, ujęć zza kulis, clipów, choćby jednego małego dodatku. Za wadę można poczytać głupio pomyślane rozwiązanie w spisie kawałków, to znaczy można wybrać odpowiedni utwór, ale po jego wybrzmieniu DVD powraca do menu z tracklistą. Czyli nie da się obejrzeć koncertu np. od połowy, bo za każdym razem trzeba by włączać pojedyncze sekwencje.

Koncert zaczyna się intrem "The Hellion", z mroku wyłania się scena pokazana panoramicznie, a w jej centralnej części błyszczy elektryczne oko, które niczym Sauron lustruje zgromadzonych w "Budokan" ludzi. Zapalają się kolejne światła, co pobudza Japończyków do coraz większego wrzasku. Już po tym intro widać, że oprawa koncertu imponowała rozmachem. W końcu wychodzą główni aktorzy w swych heavymetalowych zbrojach (skóra i ćwiek zdecydowanie u Judasów musi być), łapią za oręż i do boju: "Electric Eye". Ale zaraz, zaraz. Brakuje Halforda... Ależ jest. Spada kotara i odsłania wokalistę na wieży zbudowanej za perkusją, też postawioną na sporym podwyższeniu. Metalowy bóg wystąpił w nabitym ćwiekami błyszczącym płaszczu, na oczach ciemne okulary, dłonie zakryte czarnymi rękawicami, na stopach ciężkie rycerskie trepy. Zresztą w trakcie wieczoru wielokrotnie jeszcze będzie się przebierał, bo to nie tyle koncert, co parateatralne widowisko muzyczne. A scena to w rzeczywistości system zapadni i wind (z których Rob skwapliwie korzysta) i multimedialne studio, w którym wizualizacje będą zmieniać się jak w kalejdoskopie.

W repertuarze znalazły się 22 kawałki (19 w secie głównym i 3 na bis, do tego intro). Setlista jest bardzo przekrojowa: mnie najbardziej cieszą stare hiciory z "British Steel" i "Screaming For Vengeance", ale za wielkie niedopatrzenie uważam brak jakiegokolwiek utworu z płyty "Defenders Of The Faith". Taką kropką nad "i" byłby "The Sentinel". Koncert został ułożony kapitalnie: po szybkim początku, przychodzi czas na wolniejsze balladowe i półballadowe numery w środku, by w końcówce znów przypierdolić z grubej armaty. Po "Metal Gods" przychodzi czas na przywitanie się - padają wtedy słynne już słowa: "Hallo 'Budokan', Judas Priest is back!". Oj, czuć bijącą od Halforda charyzmę, bo w sumie nic takiego nie robi, ale i tak cała uwaga widza skupia się właśnie na nim. Choć zagrzewa czasem do wykrzesania większej energii. Osobne słowo trzeba poświęcić publiczności. Ludzie, którzy przyszli na ten koncert, są bardzo statyczni, wręcz stoją w równych odstępach; z pewnością na swój azjatycki sposób przeżywają to widowisko, bo realizator pokazuje roześmiane gęby, uniesione w powietrze ręce, tu i ówdzie fruwające w powietrzu długie baty. Widać wielu starszych fanów, którzy wyglądają, jakby przyszli tu prosto ze swoich biur (na szczęście nie zapomnieli wcześniej zdjąć marynarki).

W "Revolution" Halford wymachuje białą flagą z czarnym logo zespołu. Tych symboli w postaci trójzębu jest na scenie całkiem sporo. Takich smaczków, detali mamy na tym koncercie tak dużo, że nie ma sensu wszystkich tu wymieniać. Zresztą mogłoby to przynieść negatywny skutek, bo obdarłbym to wydawnictwo do kości. A kości poza psami nikt nie chce jeść. Najjaśniejsze punkty to "Judas Rising" z zajebistym trashowym riffowaniem gitarzystów, "Breaking The Law" z refrenem w całości odśpiewanym przez tłum, "Diamonds And Rust" w brawurowej interpretacji Halforda, masywny "Hellrider", w którym całkiem sporo do powiedzenia mają Tipton i Downing, prześcigając się w strunowych pojedynkach, choć pod tym względem następny w zestawie "Victim Of Changes" ma jeszcze więcej do zaoferowania: jest wyraziste unisono na wstępie, a w środku utworu - hipnotyzujące solo Tiptona. "Painkiller" to "miazgliwy" kiler koncertowy, który jest w stanie wykończyć najtwardszych zawodników pod barierkami i rozłożyć samego Halforda na łopatki (dosłownie facet wykrzykuje ostatnie wersy przygnieciony do jednego z odsłuchów). Bisy zaczynają się od wjazdu Roba harlejem na scenę, a w chwilę potem "Hell Bent For Leather" zaśpiewany z pozycji siedzącego na maszynie motocyklisty. Odrobinę zmieniony jest tekst do "Living After Midnight", by przypodobać się licznie przybyłym na widowisko tokijczykom. Odrobinę też zmieniono zakończenie, które nadało temu rockowemu utworowi bardziej metalowe oblicze. Przed ostatnim w zestawie "You've Got Another Thing Coming" jest długa zabawa Halforda z publicznością, polegająca na tym, żeby jak najdokładniej naśladować jego zaśpiewy. Tego typu zabawy zawsze są przyjmowane wielkim aplauzem.

Czas trwania koncertu - 120 minut. Któż może pochwalić się taką kondycją? Oni znaleźli sposób na przetrwanie. Cały zespół bardzo dostojnie porusza się po scenie, nie ma szybkich wybiegów, gwałtownych zmian miejsca czy szarżowania wokół sceny. Jest za to potęga i majestat, co nie znaczy, że jest drętwo. Rob Halford, co prawda, wiekiem już znużony, ale i pod ciężarem swoich uniformów zgięty, śpiewa często podpierając się o specjalnie dostawione balustrady. Śpiewa głównie zwrócony bokiem do publiczności lub wpatrzony w dechy. Śpiewa czysto, kiedy ryknie falsetem, to skóra cierpnie, ma jednak takie możliwości, że swoim świdrującym głosem mógłby wiercić dziury w ścianach. I DVD pozwala to usłyszeć. Jest takie ujęcie łysej pały Halforda podczas wykonywania "Diamonds And Rust", z której pot leje się strumieniem. Tu najlepiej widać, ile wysiłku kosztuje taki koncert. Ale żeby nie było - pozostali muzycy też świecą się od potu. Glenn Tipton i Kenneth Keith Downing zajęci swoją robotą dopełniają widowiska: często schodzą się do środka sceny w tym samym momencie lub grają synchronicznie na swoich instrumentach. Początkowo wciśnięci w estradowe ciuchy, szybko pozbywają się kurtek, by zyskać swobodę ruchów. Ian Hill jak zwykle pompuje ten swój bas w górę i w dół, w górę i w dół. A Scott Travis macha pałkami w dużym skupieniu (może nawet stresie), a może po prostu jest perfekcjonistą, który chce dać popis swych umiejętności. Lecz czasem zdobywa się na odrobinę szaleństwa, kręcąc młynki pałkami lub wyrzucając je wysoko w górę, by potem zgrabnie złapać i grać dalej.

Realizacja obrazu: bywa, że jest dzielony na dwa, a nawet trzy pola - tak, by pokazać jednocześnie dwóch (trzech) muzyków. Jednak kiedy nie ma się w domu plazmy 666 cali, to guzik tu widać. Dobrze więc, że ten efekt jest rzadko stosowany. Czasami też dwa obrazy nakładają się na siebie, czasami robi się czarno-biało, sporadycznie następują nagłe zwolnienia. Montaż jest dynamiczny, kamery sprawnie wychwytują to, co trzeba; rejestrują bez cienia zażenowania charakterystyczne pozy i miny muzyków, wyłapują z tłumu pojedynczych ludzi, by pokazać ich w dużym zbliżeniu. Ujęcia publiczności są robione przeważnie z pozycji maszerującego w fosie ochroniarza. Ten koncert to przykład rewelacyjnej gry świateł, które mienią się od głębokiej purpury, poprzez ciepłe czerwienie i żółcie, do lodowego granatu. Świetny rezultat dają tańczące na scenie światełka jako ilustracja do "Beyond The Realms Of Death". Generalnie dźwięk jest czyściutki, choć są momenty w początkowych minutach, że na chwilę gdzieś ucieka. W "Hellrider" głos maestra został elektronicznie przetworzony. Wszystkie kompozycje brzmią potężniej niż na studyjnych albumach, dotyczy to szczególnie starszych numerów (z lat 70. i 80.), które na płytach nie miały tej mocy. Miały za to swój urok, za który Judas Priest doceniono od USA po Japonię.

Ta muzyka ma wyjątkowo koncertowy potencjał. DVD "Rising In The East" daje tego namiastkę, bo jest naprawdę dobrze zrealizowane. Gdyby tak udało się to zapodać w kinie, to byłoby już bardzo blisko tego, o czym mowa. Sam koncert zasługuje na najwyższą notę, ale brak jakichkolwiek dodatków czy też trochę niestaranne przygotowanie tego wydawnictwa mocno obniżają notę końcową - sądzę, że do liczby 8.

Komentarze
Dodaj komentarz »
Judas Priest
Boomhauer
Boomhauer (wyślij pw), 2012-05-26 16:23:15 | odpowiedz | zgłoś
DVD to mogliby teraz jakieś zarejestrować. Halford przeżywa drugą młodość. Jest w o wiele lepszej formie niż na Rising In The East. To co on wyprawia z głosem to jest niesłychane jak na prawie 61 lat. Spodkowe koncerty z sierpnia i kwietnia rewelacja.
miku
wac (gość, IP: 62.21.50.*), 2012-05-26 10:58:11 | odpowiedz | zgłoś
a może coś Motorhead, bo dano nie było? :P
re: miku
Mikele (gość, IP: 81.18.212.*), 2012-05-26 14:53:16 | odpowiedz | zgłoś
Recenzji Motorhead już nie będzie - już ich nie lubię...
re: miku
Ssmasz (wyślij pw), 2012-05-27 21:18:53 | odpowiedz | zgłoś
:D
re: miku
wac (gość, IP: 62.21.50.*), 2012-05-27 21:36:26 | odpowiedz | zgłoś
kurde czuję się teraz taki winny...