zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku czwartek, 17 stycznia 2019

recenzja: Soundgarden "Superunknown"

23.04.2001  autor: Lehu
okładka płyty
Nazwa zespołu: Soundgarden
Tytuł płyty: "Superunknown"
Utwory: Let Me Drown; My Wave; Fell On Black Days; Mailman; Superunknown; Head Down; Black Hole Sun; Spoonman; Limo Wreck; The Day I Tried To Live; Kickstand; Fresh Tendrils; 4th Of July; Half; Like Suicide; She Like Surprises
Wydawcy: MCA, A&M Records Inc.
Rok wydania: 1994
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 10

Właśnie po raz 84724 wysłuchałem "Supernunknown" i doszedłem do wniosku, że jest jeszcze lepszy niż ostatnio mi się wydawało. Wtedy myślałem, że jest najlepszy. Teraz jestem o tym najzupełniej we wszechświecie przekonany. A zaczęło się tak jak zawsze, w czasach kiedy będąc w aktualnym wieku mojej aktualnej siostry byłem gówniarzem.

Czyli - dawno, dawno temu, gdy w MTV pokazywano jeszcze teledyski, do których grała muzyka, pewien siedzący przed telewizorem przyszły mężczyzna (chłopiec) zobaczył najlepszy teledysk w swoim życiu, do jednej z najlepszych piosenek jakie kiedykolwiek miał usłyszeć. Ponieważ nie był wówczas ukulturalniony do stopnia odpowiedniego, aby czym prędzej pobiec do sklepu i kupić płytę/kasetę, poszedł sobie puszczać latawce, zapominając o niedawno usłyszano-zobaczonym dziele. Kilka lat później, kiedy wszystko już było inaczej, bohater tej krótkiej opowieści - a oczywiście ja nim jestem - usłyszał "Black Hole Sun" ponownie, tym razem jednak zanotował sobie nazwę zespołu w sposób na tyle odpowiedni, żeby móc po chwili, czym prędzej, udać się do sklepu. Jak postanowił, tak też zrobił, kasetę zakupił i zrobił coś, co musiało kiedyś, prędzej czy później, nastąpić - włożył ją do odtwarzacza przeznaczonego do odtwarzania kaset. "Superunknown" grać zaczęło.

Uprzejmie proszę o chwile refleksji nad powyższym tekstem i nabranie głębokiego oddechu. Po pół roku od zakupu znalazłem w/w kasetę wśród kurzu i pajęczyn. Leżała za szafą, czyli w miejscu, w które kierowany jakimś impulsem ją wrzuciłem. Po pierwszym niepełnym przesłuchaniu uważałem zakup "Superunknown" za moją dotychczas najgorszą inwestycję. Wtedy tak myślałem - Boże jaki ja byłem głupi! Ale postanowiłem dać jej drugą szansę. Posłuchałem ponownie. "Nawet fajne..." - oto jest uproszczony cytat mojej myśli po drugim w życiu wysłuchaniu "Superunknown", a oto jest jej ciąg dalszy - "...poszukam o nich czegoś w i-necie". Pierwszą rzeczą, jaką znalazłem, było czyjeś mądre zdanie o Soundgarden. Można je uogólnić do następującego schematu: Soundgardena nie wystarczy wysłuchać raz, drugi i od razu wiedzieć "co jest w nim grane". Trzeba to zrobić jeszcze 3, 4 i 5 raz, a potem dopiero zacząć się zastanawiać nad tym, że warto by chyba posłuchać jeszcze kilka razy. Cóż, nie pozostaje mi nic innego jak się przyznać, że posłuchałem tajemniczego głosu i powiedzieć, że te 84724 przesłuchania minęły mi jak z bicza strzelił.

Powyższe zdania są tylko stwierdzeniami chorego człowieka, oto zaś są fakty. Na płycie/kasecie znajduje się 15 piosenek plus jedna z gwiazdką, co znaczy, że nagrano ją gdzieś indziej i nie znajdziecie jej tekstu w książeczce oraz - w mojej interpretacji - że jest bardzo dobra. Owe 16, w tym jedna z "*", stanowią ciekawą mieszankę kilku gatunków muzycznych, których nazw nie pamiętam, serdecznie żałuję. Najwięcej jest oczywiście rocka, może i lekkiego, ale i tak Krzysztof Krawczyk raczej by do niego nie zaśpiewał. Nie chcę nudzić, opiszę więc tylko najlepsze utwory z płyty, czyli wszystkie, które się na niej znajdują. Od pierwszego zaczynając.

"Let Me Drown", bo on rozpoczyna płytę, jest świetny, dopracowany zarówno pod względem muzycznym, jak i tekstowym. Rewelacyjny kawałek, nie brak w nim niczego, z wyjątkiem darmowej pizzy. Z pewnością lepiej wpada w ucho od następnej kompozycji, zwącej się "My Wave", nie jest jednak tak oryginalny. W "My Wave" bowiem nie dość, że słyszymy cały ogród dźwięków, których zidentyfikować nie potrafię, to zwrócić uwagę warto na tekst, wyglądający jak kilka połączonych rymowanek. Są one jednak w swej prostocie tak świetne, że po prostu "o żesz cholera" i tyle. Może coś zacytuję, aby twierdzenie poprzeć przykładem, bo tak podobno wypada.

"Pray, if you want to pray
If you like to kneel
If you like to lay"

A kilka takich i podobnych robi fajne wrażenie. Muzykę napisał Chris Cornell wespół z Kimem Thayilem, ten jednak nie znalazł zbyt wiele miejsca dla swej gitary, a szkoda. Jest to dziwna, oryginalna i po prostu fajna piosenka.

Następnie słyszymy "Fell On Black Days", który wydaje się raczej prosty, jednak nie nudzi się i dobrze się go słucha. Po nim następuje dosyć duża zmiana nastroju w "Mailmanie", do którego muzykę stworzył Matt Cameron. Piosenka jest miejscami trochę psychodeliczna, jednak bez przesady. Jak dla mnie jest najsłabszą pozycją, chociaż podejrzewam, że za kilka przesłuchań pewnie zacznie mi się podobać. Bo tak właśnie miało się z "Superunknown", tytułowym utworem, którego miejsce jest zaraz po "Mailmanie". Na początku określałem go, powiedzmy, "nie za zbytni", potem jednak zacząłem się wsłuchiwać zarówno w świetną muzę, jak i w tekst, który od samego początku wprawia w soundgardenowski nastrój. Zmieniłem zdanie i teraz mogę z czystym sumieniem napisać na murze coś w rodzaju "Superunknown rulez".

Takimi oto okresem warunkowym nas wita ten utwór:

If this isn't what you see
It doesn't make you blind
If this doesn't make you feel
It doesn't mean you've died

I jak tu nie płakać, że Soungarden już nie istnieje? Nie mam pojęcia, a już w ogóle wysiadam po wysłuchaniu "Head Down", w całości autorstwa Bena Shepherda. Ten utwór to po prostu taki mały szok, szczególnie gdy słuchając tak jak się powinno, po kolei, wpadnie do naszych uszu po mocnym "Superunknown". Dziwna to piosenka niesłychanie, dołująca z jednej strony

"We see you cry",

a z drugiej już nie

"We see you laugh"

Na tym chyba polega, w pewnym sensie, magia tej płyty - raz słyszymy coś jak "Head Down", lekkiego, pięknego, z innego świata. A potem już nie wiemy czego się spodziewać. Znaczy ja wiem. Bo następny jest "Black Hole Sun".

"In my eyes
Indisposed
In disguise
As no one knows"

Tak się zaczyna. Jak się kończy, można sobie gdzieś sprawdzić, najlepiej kupując płytę. Ja tego nie napiszę, bo jestem tylko zwykłym śmiertelnikiem z najniższą średnią w szkole. Nie jestem, że tak powiem, godzien zaszczytu dalszego cytowania tej piosenki, utworu z takim wokalem, taką gitarą, takim wszystkim, że jedynym, co mogę napisać, jest coś takiego: Oni byli bogami. Było, niestety minęło, po trzynastu latach istnienia (Soundgarden istniał w latach 1984-1997).

Tak, niewątpliwą prawdą jest, że można się (dla posiadaczy kaset) zdołować po wysłuchaniu pierwszej strony. Ale gdy zaczyna się druga (znać ją możecie także pod nazwą "strony B"), humor może (do wysłuchania drugiego utworu) wrócić. Bo niech mnie kule biją, jeżeli kłamię, ale naprawdę, mnie rozpoczynający "Spoonman" na swój sposób śmieszy. Ciekawa muzyka, świetnie pomyślany wokal Bena Shepherda, prawdziwy artysta grający w tle na łyżkach, oryginalny, choć ciut za skromny pod względem objętościowym tekst - tym właśnie jest "Człowiek - łyżka".

Tym też nie jest "Limo Wreck", kolejne dzieło, które docenia się dopiero po jakimś czasie. Muzyka autorstwa Matta Camerona i Kima Thayila robi klimat. I ten tekst Chrisa Cornella, który jest jakby śpiewanym wierszem. Dzieło i kropka.

Następnie, o ile będziemy chcieli wysłuchać "The Day I Tried To Live", znajdziemy się w trochę lżejszych i mniej psychodelicznych klimatach. Muzykę i słowa napisał Chris Cornell - i wszystko gra. Podobnie jak resztę utworów, "The Day I Tried To Live" warto sobie przetłumaczyć na nasz urzędowy język, bo są w nim ukryte fajne, głębsze myśli...

Ehhh... jak opisać kolejny utwór, "Kickstand", sam nie wiem. Ma niewątpliwie najszybsze tempo na płycie, jest chyba najkrótszy i poza tym niczym szczególnym się nie wyróżnia, ale świetnie urozmaica album i takie chyba było jego przeznaczenie. Po nim usłyszymy "Fresh Tendrils", który jest raczej średniakiem. Z jednej strony towarzyszy mu oryginalny na swój sposób "Kickstand", a z drugiej "4th Of July" i może dlatego go nie doceniam. Bo "4th Of July" jest dla mnie jednym z najlepszych utworów, jakie mi było dane usłyszeć. Najcięższa piosenka na płycie i jedna z wolniejszych. Przejmująca i wbijająca się w ciało intensywnie, ale powoli. Gitara, wokal, tekst tworzą chyba z utworu numer jeden na płycie. Potwornie dołuje, ale w jakże piękny sposób.

Po nim "Half". Jego twórcą jest Ben Shepherd - gość musi być nieźle pokręcony, ale w niezwykle pozytywnie. W żaden sposób nie nadaje się to do słuchania, ale uspokaja skołatane nerwy po poprzedniku. Dziwadło, nierockowe, genialne. Nikt normalny nie wrzuciłby go na płytę i za to właśnie uwielbiam ś.p. Soundgarden.

Dwie ostatnie piosenki - "Like Suicide" i "She Likes Surprises" ukazują według mnie talent Matta Camerona. Bębni tam jak opętany i sprawia to świetne wrażenie. Solówki gitarowe też zachwycają. Obie piosenki skomponował i do obu tekst ułożył Chris Cornell. Obie są objawami geniuszu, bo jakżeby inaczej.

Stawiając się w swojej sytuacji, czyli człowieka, dla którego ta płyta jest ukoronowaniem ludzkiej cywilizacji, mogę tylko napisać to, co napisałem. Ale ja jestem uzależniony od niej i muszę ostrzec, że wielu moich przyjaciół ma "Superunknown" za jeden, wielki "shit". Nie każdemu jest dane zrozumieć tę płytę, tak samo jak nie każdy może czytać Shakespeara albo oglądać filmy Larsa von Triera. No, ale przecież warto spróbować, przynajmniej z "Superunknown".

Komentarze
Dodaj komentarz »
re: Soundgarden "Superunknown"
rrandall (gość, IP: 194.33.77.*), 2015-04-17 22:13:46 | odpowiedz | zgłoś
Nie zgadzam się, że "Limo wreck" jest średniakiem. Na tej płycie nie ma średniaków. Musisz dalej słuchać :-).

Co do reszty, to się zgadzam, zwłaszcza jeśli chodzi 4th of July i Head Down.
Klasyk
saxon01 (gość, IP: 178.43.54.*), 2012-01-14 23:26:20 | odpowiedz | zgłoś
...Nie każdemu jest dane zrozumieć tę płytę...i nie każdemu jest dame posłuchać 2 najromantyczniejsze głosy na jednej wspaniałej płycie którą Krysiek nagrał razem z Edkiem!!!Temple of the Dog.to jest dopiero arcydzieło lata 70 w latach 90.płyta jest przecódowno a ich wspólne spiewy.....heh Miód na serce!Polecam!
re: Klasyk
pik (gość, IP: 79.163.18.*), 2012-02-06 16:55:15 | odpowiedz | zgłoś
co do temple of the dog- pełna zgoda! choć akurat utwór 'hunger strike' powiedzialbym, ze jest najmniej lubiany przeze mnie na tej płycie ( moje fav: 'reach down' & 'times of trouble') podobna sytuacja z soundgarden na superunknown- zdecydowanie najmniej lubie 'black hole sun'- choć fajne video.. swego czasu jeden z popularniejszych teledysków na mtv ;)
re: Klasyk
Chemik
Chemik (wyślij pw), 2012-02-06 17:51:32 | odpowiedz | zgłoś
Oj tak, Soundgarden płyte wydało wręcz nieprzyzwoicie dobrą. Ulubione kawałki? Hm...cała płyta;) Ale gdybym musiał, to chyba "Fell on Black Days". Tak przy okazji - Soundgarden się reaktywował. Widziałem na YouTube ("Internetowy metalowiec" ze mnie,buehehhe...sorry chłopaki) parę fillmików z ich nowych występów i wygląda to wszystko bardzo fajnie. A jesli chodzi o płyty w stylu "zebrało się paru muzykow z różnych przezajebistych kapel w celu nagrania czegoś swietnego", to zamaist na Świątynie Psa psotawiłbym na Mad Season - ale pewnie głównie dlatego, że od lat rozpływam się w głosie Layne'a, od kiedy tylko usłyszałem "unplugged" Alicji w MTV....kurde, kiedy to było ,gdy leciała tam muzyka..a kiedy to było, kiedy to jeszcze była "dobra" muzyka?...Dobrze,że jeszcze dane mi było doświadczyć tych czasów, mimo,że MTV w domu nie było, a moim ulubionym programem w TV obok 30 Ton na dwójce był Jataman i Tygrysia Maska w Polonii 1.
re: Klasyk
pik (gość, IP: 79.163.18.*), 2012-02-06 19:09:21 | odpowiedz | zgłoś
mad season? już chyba to pisałem- best album ever (z tamtej sceny) a soundgarden- jeśli mówisz że fajnie to wygląda- to mogliby zagrać (gdzieś) w polsce
re: Klasyk
Chemik
Chemik (wyślij pw), 2012-02-06 21:04:58 | odpowiedz | zgłoś
Matt Cameron i Ben Shepherd trochę spowaznieli, ale za to Chris, no, Chris wygląda jak rockowy dżizas a Kim prezentuje się jak hippies po przejściach,... Czyli jest dobrze!:)Z tego co widziałem, to po tym długim rozstaniu chemia chyba też wróciła na scenie. No mogliby przyjechać , oj mogliby!
rewelacja
mikip (gość, IP: 89.231.120.*), 2010-10-28 19:29:16 | odpowiedz | zgłoś
Przyznam, ze nie przepadałem za Soundgarden,ledwo przebrnąłem przez Badmotorfinger ale Superuknown to dzieło genialne...i to nie tylko dzięki obecności BHS.....
pierwszy kawałek, Mailman, Head down, Spoonman to moi faworyci....po latach znowu sięgnąłem do tej płyty i... odplynąłem..... i znów miałem te 18 lat...... szkoda, że dzieciaki dziś nie mają takich wrażeń (same mi przyznają że kiedyś muza była lepsza niż dzisiaj) - muza się zeszmaciła
tia, niezłe wypociny
łolelele (gość, IP: 83.28.148.*), 2010-08-12 04:19:06 | odpowiedz | zgłoś
co do płyty, cóż... muzyka która bez wątpienia jest ambitna. nie najlepsze na świecie, ale zdecydowanie warto znać
Klasyka która jest wyryta zlotymi zgloskami w historii rocka i której wstyd nie znać!
Paoolo (gość, IP: 83.28.198.*), 2009-05-27 16:39:07 | odpowiedz | zgłoś
Niektórzy na pewno stwierdzą ot przecież to taka zwykła muzyczka jakich wiele...inni posłuchają 1-2 piosenki pokręcą nosem powiedzą niezłe i tyle ja natomiast muszę przyznać ze ta płyta to dzieło kompletne idealne jedno z najlepszych w nurcie grunge jeżeli nie w całej historii muzyki rockowej w ogóle siedzących w temacie posiadających trochę wrażliwości muzycznej i znajomości tego co kryje się pod znaczeniem dobra muzyka nie muszę do tej płyty przekonywać natomiast resztę gorąco zachęcam do przesłuchania!!