zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku poniedziałek, 6 lipca 2020

relacja: Anathema, Artrosis, Wrocław "Kolor" 26.02.2000

26.03.2000  autor: Eld
wystąpili: Anathema; Artrosis
miejsce, data: Wrocław, Kolor, 26.02.2000

Podziwiam ludzi przygotowujących koncerty w Polsce. Chyba nigdzie indziej na świecie nie ma tak fatalnej organizacji. Zawsze coś nie wypali. Tak też się stało z wrocławskim koncertem Anathemy. Po pierwsze godzina. Co za imbecyl wymyślił, aby koncert rozpoczynał się o godzinie 15 (później przesunięto na 16)? Po drugie miejsce. Kolor to beznadziejna dziura, przypadkiem chyba nazywana knajpa, gdzie na co dzień odbywają się denne dyskoteki, a piwo smakuje jak szczochy hipopotama. Nie wspomnę nawet o nagłośnieniu. I po trzecie Tower. Przyznam się, że byłem bardzo ciekaw tej kapeli, a tu nic z tego. Z własnych źródeł (Danny & Co.) dowiedziałem się, iż chłopaki mają kłopoty personalne. Trudno, jeżeli bardziej im zależy na kasie niż na grze u boku Anathemy...

Koniec jednak z marudzeniem. Przed Kolorem nasza grupka zjawia się z planowanym, kilkunastominutowym opóźnieniem. Zauważamy, że przed wejściem do autokaru stoi... Daniel. Krótka rozmowa, fotki i autografy z było nie było od wielu lat idolem ;). Wbijamy się do środka. Jak można było przypuszczać, Artrosis coś tam sobie gra. Można się zatem napić piwa. Z lekkim zdziwieniem patrzymy na bawiących się przy muzyce Artrosis ludzi. Rany, przecież większą klasę muzyczną prezentuje Britney Spears ;). Może jestem złośliwy, ale nie lubię Artrosis. Zieeewwwww... Działa na mnie usypiająco.

W końcu, czyli po dwóch kawałkach i bisie, Artrosis znika za kulisami. Przerwa, a raczej cisza przed burzą. Przepychamy się pod scenę. Przy użyciu łokci, nóg oraz innych kończyn docieram do drugiego rzędu. Będzie dobrze. Cały czas zastanawiam się, jak wypadnie Anathema. W końcu nie widziałem ich od czterech lat. Koncert z My Dying Bride w marcu 96 był jednym z najlepszych, na jakich byłem. Sekundy się wloką niemiłosiernie, aż w końcu... z głośników zaczynają się wydobywać dźwięki "Parisienne Moonlight". Co prawda to tylko playback, ale... najważniejsze, że pojawiają się ONI! ANATHEMA!!! Danny trąca struny i zaczynają grać "Deep". Rany o ile ciężej i drapieżniej brzmią te mogło riffy na żywo! Od tej chwili nic się nie liczy. Przez prawie dwie godziny istnieje tylko i wyłącznie ANATHEMA. Po Deep lecą kolejne utwory z "Judgement", "Alternative 4" i "Eternity". Słuchamy i śpiewamy razem z Anathemą "Pitiless", "Forgotten Hopes", "Destiny Is Dead", "Empty", "Cries On The Wind", "One Last Goodbye", kultowy "Fragile Dreams", "Make It Right", "Angelica", "Eternity part 2", "Eternity part 3", "Judgement", "Emotional Winter", "Inner Silence". Chłopaki spełniają także życzenie publiki, serwując "A Dying Wish" z "The Silent Enigma" oraz najbardziej znany utwór "Sleepless" z debiutanckiego longa "Serenades", w którym solówkę odgrywa... Vincent! Pod koniec seta dają czadu kawałkiem "666". Po nim kończą koncert bardzo spokojną, akustyczną wersją "Fragile Dreams". Nie zabrakło również kilku coverów: "Orion" (dla laików: Metallica), "Nightmares By The Sea" (Jeff Buckley), "Helloween" z Dave'em na wokalu (Misfits) oraz wspaniałego "Something In The Way" (wiadomo, Nirvana). Przyznam się, że wszystkim szczeny opadły, gdy zaczęli grać Nirvanę. Jak się później dowiedziałem, jedynie we Wrocławiu zagrali "666" oraz "Something In The Way".

Generalnie zagrali rewelacyjnie, chociaż wypada żałować, iż nagłośnienie było tak fatalne. Gorszego w życiu nie słyszałem, ale to przecież nie wina zespołu. Na podobnym poziomie stało oświetlenie. Całe bowiem oświetlenie składało się z 3 (słownie trzech) lamp!!! Masakra. Nagłośnienie i oświetlenie nie przeszkodziło jednak dobrze się wszystkim bawić. Szczególnie przez pierwszą godzinę, gdy sił starczyło na skakanie oraz śpiewanie wszystkich utworów. Później też było dobrze, ale to głównie dzięki Vincentowi, który doskonale sobie radził z publiką, robiąc głupie miny, rzucając polskimi przekleństwami etc. W sumie wspaniały koncert i tylko szkoda, że nagłośnienie było aż tak fatalne.

Koncert zakończyła akustyczna wersja "Fragile Dreams". Po nim Anathema zmyła się ze sceny. Bisów nie było. No cóż, Kolor to w końcu dyskoteka. Kilkadziesiąt minut przerwy na wyniesienie sprzętu i dresiarze mieli się gdzie bawić. A ja tymczasem skorzystałem z mojej legitymacji prasowej i dostałem się za kulisy. Co było dalej? Ano zjadłem sobie pizzę w towarzystwie Anathemy. Zapiłem ją piwem, a później oni pojechali do hotelu, a ja do domu. Wykąpałem się, wlazłem do łóżka i kiedy Vinny zadzwonił z propozycją wyprawy do jakiejś knajpy grzecznie odmówiłem. W takie zimno wyłazić z łóżka? Nawet dla Anathemy tego nie zrobię!

Komentarze
Dodaj komentarz »

Materiały dotyczące zespołów

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Jakim typem słuchacza jesteś?