zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku piątek, 28 lutego 2020

relacja: Anathema, Artrosis, Wrocław "Kolor" 26.02.2000

7.03.2000  autor: Samael
wystąpili: Anathema; Artrosis
miejsce, data: Wrocław, Kolor, 26.02.2000

Nie pamiętam takiej trasy po Polsce, trasy zespołu tak utalentowanego, a jednocześnie stosunkowo dobrze znanego w naszym kraju. Może jeszcze nie jestem na etapie rozrostu mięśnia piwnego i wysepek myślowych na czubku głowy, ale coś jednak pamiętam... Tym razem miałem niewątpliwą radochę uczestniczenia w dwu koncertach Anathemy, w Wawce i we Wrocku, z czego ten drugi wypadł nieporównywalnie lepiej, do rzeczy.

Sama atmosfera koncertu była zupełnie inna, nie widziałem co prawda jakiś niepoliczalnej ilości ludków, tak jak w Warszawie przed Proximą, ale to i lepiej. Klubik bardzo przyjemny, niewiele większy od naszego Parku, także sama myśl pomieszczenia się tam z całą dziką hordą napawała mnie przerażeniem... Jednak już będąc w środku, poczułem się wyjebiście, takich klubów nam trza w zabitej dechami stolicy! Zamienię Park i Proximę razem wzięta za cuś takiego...

Koncert zaczął się punktualnie o 16, co o dziwo, staje się już w Polsce tradycją. Dla mnie trochę niestety, gdyż zwyczajowo się spóźniłem kontrolnie 20 minut i przepadło mi parę piosnków Artrosis. Właściwie niewielka strata, bo nie dla nich tu przyszedłem, ale trzeba im oddać sprawiedliwość - potrafili rozruszać tłum, który całkiem nieźle bawił się przy ich muzyce. Czy ten tłum był metalowy, to już inna sprawa. Ja osobiście wolę, kiedy na koncerty przychodzą ludzie konkretniejsi, ci oddani muzyce, a nie tacy, którzy słyszeli w radiu "jakiś" kawałek Artrosis. Resztę sobie dopowiedzcie. O muzyce nie będę się zbytnio rozwodził, gdyż moja edukacja się zakończyła na etapie kasetki "Ukryty Wymiar" i niech już tak pozostanie. Naprawdę są ciekawsze rzeczy. Muzyka jeszcze by się obroniła, szczególnie koncertowym ciężarem, który był iście metalowy. Niestety na scenie znalazło się jeszcze jedno "cudo", które swymi niewieścimi wdziękami (i piskami) na pewno rozpuściło niejedno metalowe serce. Co ja p... Chwilami po prostu źle się robiło. Myślałem, że promocja polegająca na wdziękach wokalistki to domena MTV, no ale może się mylę. Może się starzeje, ale metal to nie był.

Po Artrosis zasłużona przerwa na odchamienie się od ciężkostrawnej muzy dzięki pysznemu Piastowi i po średnio długiej przerwie nastąpiła era Anathemy... To, co tu pokazali, przerosło moje oczekiwania. Widziałem ich już nieraz na koncertach i o ile uważam, że koncert w Wawce po prostu olali, to ten dla Ślązaków był naprawdę niesamowity, przeszli samych siebie... Swją drogą - co Wy tam na Śląsku takiego macie, że dla Was tak grają??

Zaczęło się już tradycyjnie, to znaczy tak jak w innych miastach, od "Parisienne Moonlight", niestety z playbacku, bo choć raz chciałbym zobaczyć, kto zacz owa Ruth. Ciekawe, czy w Anglii razem z nią grają. Później "Deep", "Pitiless" i jeszcze dwa następne wałki z najnowszej płytki. Grali tyle, że nie jestem w stanie wszystkiego tu opisać, po prostu trzeba było to zobaczyć i usłyszeć. Zresztą naprawdę się przyłożyli - koncert trwał solidne 2 godziny. Anathema skupiła się głównie na "Judgement" i "Eternity", chociaż nie zabrakło też wałków z "Alternative 4", w tym nielubianego przeze mnie "Empty" (jakieś fuj-popowe) oraz ulubionego, genialnego "Fragile Dreams". Po czymś takim po prostu się wzlatuję, a hery, mimo iż nie jest to ciężka muzyka, same sobie latały, szczególnie, że liverpoolczycy na koncertach wypadają o wiele ciężej. Ale to nie koniec, nie ma tak łatwo. Nie zabrakło flagowego, podstawowego "Sleepless", granego zawsze w drugiej części koncertu, by zmusić ludzi do jeszcze większego zaangażowania - zresztą w tym Anathemiacy są genialni, jak mieliby się nie dogadać z Anathemaniakami :)))

Po tym koncercie chyba stwierdzili, że ta Polska to jakiś krewki naród, uśpić się ich nie da, co oni nas próbują uspokoić to my się drzemy, żeby coś starego albo i szybszego... No i dostaliśmy! Yeah! Pierwszy raz usłyszałem piosnkę z samych początków Anathemy - "666" - gdyby pominąć parę płytek haha, to właściwie zagrali przekrojówke, od dema aż po najnowsze dzieło. :)))

Na koncercie nie zabrakło też całej kupy kowerów, jak zwykle "Orion" świadomego zespołu, ale nie tylko, również na przykład... tu głęboki szok... Nirvany. No ale, cóż skoro chcieli... To pewnie dla tych sikających panienek haha, w końcu trzeba się trochę podobać... Jak już pisałem, nie zabrakło też wspaniałego kontaktu z publicznością. Zabrakło natomiast bisów. Widać nieprzyzwyczajeni, że ten naród znad Wisły to jakiś niewyżyty i może się bawić, nawet gdy muzycy już dwa razy się przekręcą. Także dla niektórych zostawili średnio miłe wrażenie, nikt nie lubi jak ich się olewa. Moim zdaniem mogliby zagrać to samo w dwóch turach i wszyscy byliby zadowoleni.

Podsumowując: najlepszy koncert jaki widziałem przez ponad pół roku, oczywiście od Anathemanii. :) Więcej takich proszę. Niesamowite dla mnie jest też to, że wreszcie jakiś zespół potraktował nas, jak się zawsze traktuje naszego zachodniego sąsiada i przyjechał nie na jeden koncert, ale na duże tour. Mam nadzieję, że obok punktualności to się stanie drugim standardem w Polsce.

Komentarze
Dodaj komentarz »

Materiały dotyczące zespołów

Napisz relację

Piszesz ciekawe relacje z koncertów? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Co sądzisz o pomyśle utworzenia klasy o profilu disco polo?