Jak oceniasz tę płytę?
| ocen "plus": |
74% |
| liczba ocen: |
359 |
|
|
|
| recenzje płyt, wybierz literę:
|
0-9
A
B
C
D
E
F
G
H
I
J
K
L
M
N
O
P
Q
R
S
T
U
V
W
X
Y
Z
| recenzja: HIM "Razorblade Romance"
|
Nazwa zespołu: HIM
Tytuł płyty: "Razorblade Romance"
| Utwory: |
I Love You (Prelude to Tragedy); Poison Girl; Join Me in Death; Right Here in My Arms; Gone With the Sin; Razorblade Kiss; Bury Me Deep Inside Your Heart; Heaven Tonight; Death Is In Love With Us; Resurrection; One Last Time |
| Wykonawcy: |
Ville Hermanni Valo - wokal; Mige Amour - gitara basowa; Lily Lazer - gitara; Zoltan Pluto - instrumenty klawiszowe; Gas Lipstic - instrumenty perkusyjne |
Wydawcy: BMG Entertainment
Rok wydania: 2000
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 4
Pierwsza płyta HIM "Greatest Lovesongs vol. 666" naprawdę mogła
zaintrygować, mimo że muzyka ją wypełniająca nie była ani odkrywcza, ani
też jakoś szczególnie oryginalna. Przeciwnie - wokal Ville Valo momentami
do złudzenia przypominał manierę jednego jedynego Petera Steelea, a i
same dźwięki ocierały się o stylistykę Type O'Negative. A jednak w muzyce
czaiło się to nienazywalne "coś", jakaś magia, która nie pozwalała tak
łatwo o sobie zapomnieć. Z czasem nawet, gdy pojawił się "World Coming
Down", Him przestał mi się tak jednoznacznie kojarzyć z Type'ami. Nic więc
dziwnego, że byłam ciekawa, jak zespół zabrzmi na swojej drugiej płycie.
Najpierw był singiel "Join Me" (tu "Join Me in Death"), który pojawił się
na długo przed oficjalną premierą "Razorblade Romance". Nie rzucił mnie
na kolana, ale dobrze wróżył na przyszłość. Potem przyszedł wreszcie
czas na pełnometrażowy album. Po raz pierwszy zapoznałam się z nim w
zatłoczonym, wieczornym autobusie. Pamiętam, że obok mnie stał wtedy
nieznajomy "kolega z branży", który z zainteresowaniem przyglądał
się mojej naszywce z Satyriconem (swoją drogą było na co popatrzeć :-).
Ciekawe, czy byłby tak przyjaźnie nastawiony, gdyby wiedział, czego
sobie słuchałam... Him bowiem w porównaniu z Satyriconem wydaje się być
popkowatym, grzeczniutkim zespolikem. Dziwnym zbiegiem okoliczności, po
wysłuchaniu "Razorblade Romance", okazało się, że nawet znacznie lżejszy
w odbiorze metalowy zespół mógłby być przy nich łomotem. Nadzieje
pokładane w tej płycie niestety zostały rozwiane, a ja poczułam
wielki niedosyt, wręcz rozczarowanie. Him zdecydowanie przesadził w
umelodyjnianiu swej muzyki. Zatracony został "brudny" ciężar, który
tak bardzo intrygował na debiucie. Znikło to nienazywalne "coś",
znikła magia, czar, spontaniczność. Wiele utworów to "łatwe", szybko
wpadające w ucho przeboje. Przez "Greatest Lovesongs vol. 666" wprawdzie
także przenikały "słodkie" melodie, tam jednak wspaniale kontrastowały
one z czadem i ociężałymi, nieco surowymi gitarami. Wielokrotnie już
przyczepiano temu albumowi gotycko-metalową etykietkę. Gdzie jednak
ją przypiąć? Czy to jeszcze metal i czy aby na pewno gotyk?
Obecnie jakoś tak bliżej Himowi do... popu, ewntualnie łagodnego,
komercyjnego rocka. No bo czym dla metala "Gone With the Sin" (tu
początek do złudzenia przypomina "Christianwoman" Type O'Negative -
zarówno wokal jak i podkład dźwiękowy, niestety za chwilę robi się zbyt
słodziutko i lukierkowo), "One Last Time" czy "Heaven Tonight" różnią
się od tych natrętnych hiciorków z list przebojów? Nawet Bon Jovi jak
chce może zagrać ostrzej... Jedynie obecność gitar pozwala zaliczyć Him
do rocka. Gdyby je wyciąć, bez cienia wątpliwości otrzymalibyśmy bardzo
milutki, cukierkowy zespolik. Szkoda, że Finowie wybrali taką drogę. Czy
to wynik nadmiernej popularności...? Może to nie tak, że "Razorblade
Romance" to od początku do końca jeden wielki niewypał. Przeciwnie -
są tu naprawdę godne podziwu fragmenty. Naturalnie, solidnie, "brudno"
i czadowo brzmi "I Love You (Prelude to Tragedy)", "Right Here in My
Arms", czy "Razorblade Kiss" (tu Valo w refrenie przypomina nieco Ozzy'ego
Osbourne'a). Podobać się może "Join Me in Death" i "Resurrection". Urzeka
"Bury Me Deep Inside Your Heart" - zdecydowana perełka na tej płycie.
Wspaniały ciężar przeplata się z poruszającą melodią (klawiszowy motyw
przypomina nieco "Enjoy the Silence" Depeche Mode). I jest ta cudowna
magia, jest ten piękny klimat. Właśnie tak wyobrażałam sobie cały
album. Niestety Him miał inną wizję...
Mimo wszystko płyta może się podobać. HIM nie przebił jedynie
debiutu. Zabrakło tu "brudu" i ciężaru. Na szczęście nadal istnieje
szczerość, nawet w tej momentalnie nachalnej przebojowości.
I niewątpliwie ona właśnie ratuje ten krążek.
autor: Margaret
Uwaga!
Nie zgadzasz się z autorem recenzji? Uważasz, że ocena
płyty jest za wysoka lub za niska? Sądzisz, że jesteś
w stanie opisać ten album lepiej? Spróbuj swoich sił, napisz
własną recenzję
i wyślij do nas!
Dodaj swój komentarz!
|
|

| materiały dotyczące zespołu:
|
|