- Koncerty
- terminy koncertów
- galeria zdjęć
- relacje z koncertów
- Wieści
- wieści muzyczne
- kocioł
- dodaj wieść
- Płyty
- recenzje płyt
- zapowiedzi premier
- Wywiady
- wywiady
- Ogłoszenia
- ogłoszenia drobne
- dodaj ogłoszenie
- Zobacz
- wywiady
- forum
- linki
- rekomenduj muzykę
- korozja
- sondy - archiwum
- Redakcja
- o nas
- szukamy pomocników
- reklama
- polityka cookies
- kontakt
- Konto
- zaloguj się
- załóż konto
- po co?
recenzja: Blues for Neighbors "Rivers of Living Water"
Z około roku czas oczekiwania na nowy album Blues for Neighbors wydłużył się już do ponad dwóch lat. Wprawdzie po czwartym, "Funeral Piles and Gallows", opublikowano jeszcze kilka premierowych utworów - w ramach serii "Kitchen Sessions" oraz na nagranym z Rafałem Przewłockim "Shaggy Mane and Two Other Songs" - ale nie ukazały się one na nośnikach fizycznych, więc przyjmuję, że przerwa wydawnicza trwała. Zbliżoną liczbę nowych kawałków miałem też okazję usłyszeć na żywo, już wprost jako zapowiedzi albumu, ponad pół roku przed jego premierą. Odniosłem wtedy wrażenie, że "Rivers of Living Water" może być materiałem stosunkowo spokojnym, i nie byłem tym zachwycony.
Z albumem wiąże się kilka "naj-", z których część można stwierdzić nawet bez słuchania. Ze wszystkich długograjów Blues for Neighbors ten jest zdecydowanie najdłuższy. Trwa ponad 68 minut - to prawie dwa razy tyle, co średnia z czterech wcześniejszych, i o prawie 20 minut więcej niż poprzedni rekordzista, czyli "Funeral Piles and Gallows". W jaki sposób duet uzyskał aż taki czas? Po przesłuchaniu trzech pierwszych utworów można pomyśleć, że po prostu grał wolniej. Należy jednak zauważyć, że "Rivers of Living Water" to też album Blues for Neighbors z największą liczbą piosenek - znalazło się ich na nim trzynaście. Nie oznacza to, że zespół aż tyle ich napisał. Jak wynika z informacji o autorach, panowie MG i PO trochę sobie ułatwili robotę i dorzucili do zestawu cztery covery - też najwięcej w swojej historii. Na koniec warto dodać, że kapela nie wszędzie jest tu tylko duetem. Wśród wykonawców znaleźli się trzej goście - również najwięcej, zwłaszcza że na dotychczasowych albumach ich liczba wynosiła zero. Wspomniany już Rafał Przewłocki, który tym razem, w przeciwieństwie do "Shaggy Lane and Two Other Songs", nie figuruje jako współautor muzyki, zagrał w "Gallows Pole", "Cuckoo" i "Song for Dylan", na banjolele i cigar box guitar. Podobnie jak w przypadku tamtej publikacji, dobrze się wpasował i wzbogacił brzmienie Blues for Neighbors. To samo można napisać o muzyku, z którego projektem N/N - Kryminalny Blues duet w ostatnich latach koncertował. Błażej Grygiel zagrał na buzuki, organetcie i gitarze basowej w "Guillotine Song" oraz tylko na gitarze basowej w "Greengrass", gdzie akurat dodatkowy instrument już mało zwraca uwagę. Ostatni gość, Kamil Bieńczak, zaśpiewał jedną ze zwrotek "Song for Dylan". "Rivers of Living Water" to też album Blues for Neighbors z największą liczbą grobów na okładce. Do stworzenia grafiki duet tradycyjnie zaprosił Kamila "Lupusa" Boettchera, który w motywach cmentarnych zdaje się już specjalizować. Jeśli muzyka zespołu to "blues dla sąsiadów", to sąsiadami są tu zmarli - chyba że nagrobki z dowcipnymi napisami traktować mamy bardziej jak słupy ogłoszeniowe.
Bluesowe standardy nie odstają wyraźnie od reszty albumu stylem - może poza "John the Revelator" - ani poziomem. Gdyby ktoś ich wcześniej nie znał, mógłby uwierzyć, że zostały napisane przez duet. Stosunkowo żywe "Cuckoo" ma w sobie coś z wersji Boba Dylana. Spokojnemu "Little Omie" przeciwnie - bliżej do wykonania Doca Watsona niż wspomnianego noblisty. "Gallows Pole" znany jest z tylu różnych aranżacji, z tyloma wariacjami tekstu, że nie wiem, która mogła być dla zespołu główną inspiracją. Ograniczę się do stwierdzenia, że nie należy się spodziewać czegoś w stylu Led Zeppelin, nawet jeśli po ostatniej zwrotce MG próbuje przez moment naśladować Roberta Planta. Odnośnie "John the Revelator" podam za to, że jest to wersja bliższa tradycyjnym, niż moja ulubiona, czyli ta nagrana kilkanaście lat temu przez polski zespół Wovoka. Gospelowa piosenka daje wokaliście szansę na pokazanie umiejętności i MG rzeczywiście stara się dawać w refrenie czadu. Wolę akurat inne jego partie na albumie i uważam, że to jedne z lepszych, jakie zarejestrował dla Blues for Neighbors. W niektórych fragmentach odniosłem wrażenie, że musiał ostatnio słuchać The Beatles. Szkoda, że jego angielska wymowa wciąż potrafi razić.
Styl autorskich kawałków duetu się nie zmienił. To dalej ta sama mieszanka bluesa, amerykańskiego folku i mrocznego country, grana na gitarach akustycznych, z długimi solówkami i ożywczymi slide'ami, z dodatkiem harmonijki ustnej w jednym utworze na kilka i z instrumentami perkusyjnymi, z których chyba największym jest cajon. Może zespół brzmi tu trochę poważniej i dojrzalej, ale nie na całym albumie. Oba singlowe kawałki - "Make Me a Bird" i "We're All Private Property" - prezentują właśnie oblicze kapeli dalekie od zachęcania do skocznej zabawy. Pierwszy z nich to pogodna, rozmarzona balladka z uroczymi wokalizami po refrenie, grana w większości bez pośpiechu, nabierająca tempa dopiero w szóstej minucie. W drugim, smutnawym, da się odczuć, że MG jako autor tekstów i wokalista ma do powiedzenia coś społecznie ważnego - to nie jest tylko błaha, rozrywkowa historyjka. Jako swoje ulubione utwory z albumu wskazałbym jednak dwa inne. Pierwsze dwie i pół minuty powolnego "Guillotine Song", z podwójnym wokalem i chyba syntezatorem w tle, to najmroczniejszy fragment "Rivers of Living Water". Ciąg dalszy kojarzyć się za to może z celtyckim folkiem. Przyznaję, że utwór mnie zaskoczył, na szczęście pozytywnie. Drugi z moich faworytów to żywy, urzekający lekkością "It's All That Simple", z wokalem z pogłosem, jakby dochodzącym z większej odległości. Podobna energia bije z "Forest Blues", w którym solówka kończy się motywem uparcie kojarzącym mi się z tematem z filmów o Jamesie Bondzie. Daleki od usypiania jest też "Greengrass". Ten kawałek wyróżniłbym jednak nie za muzykę, tylko za linię wokalną. Jeszcze bardziej śpiew podoba mi się w napisanym jakby na dwa głosy refrenie powolnego "Song for Dylan". Utwór opublikowany został wcześniej w wersji "kuchennej", więc można by go uznać za pierwszy singiel promujący album, chociaż nieoficjalny. Teraz na taką rangę by zasłużył, ale w tamtej formie niekoniecznie, bo nie miał drugiej części refrenu.
Z trzynastu kompozycji nie wymieniłem jeszcze tylko "Different Places" i "God Below". Album jakimś cudem mi się nie dłuży, gdybym jednak miał go skrócić poprzez wyrzucenie z niego dwóch autorskich utworów Blues for Neighbors, wybór padłby na te. Są w porządku, w pierwszym podoba mi się szczególnie solówka gitarowa, ale po kilku przesłuchaniach "Rivers of Living Water" to właśnie z nich pamiętam najmniej. Może lepszym zakończeniem długograja - bowiem "God Below" to ostatni kawałek - byłby utwór instrumentalny. Takiego zespół jeszcze nigdy nie opublikował i nie wiem, czy kiedykolwiek miał w repertuarze, ale uważam, że sensowna miniatura jest w zasięgu jego umiejętności.
Piąty album wrocławskiego duetu to nie tylko dobry materiał i dowód dalszego, powolnego rozwoju muzyków. Na "Rivers of Living Water" widzę chęć stworzenia czegoś większego i wyjście Blues for Neighbors poza swoje ramy. Czy teraz zespół przygotuje coś, co we dwójkę trudno by mu było odtworzyć na scenie? Czy zaprosi gospelowy chór? Wokalistkę, z którą MG mógłby prowadzić dialog w klimacie Southern Gothic? A może instrumentalistę, z którym pokusiłby się o wykonanie "Dueling Banjos"? Nie wiem, ale dopuszczam takie możliwości.




