zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku niedziela, 15 grudnia 2019

recenzja: Iron Maiden "The Final Frontier"

11.10.2010  autor: Megakruk
okładka płyty
Nazwa zespołu: Iron Maiden
Tytuł płyty: "The Final Frontier"
Utwory: Satellite 15... The Final Frontier; El Dorado; Mother Of Mercy; Coming Home; The Alchemist; Isle Of Avalon; Starblind; The Talisman; The Man Who Would Be King; When The Wild Wind Blows
Wykonawcy: Bruce Dickinson - wokal; Dave Murray - gitara; Janick Gers - gitara; Adrian Smith - gitara; Steve Harris - gitara basowa, instrumenty klawiszowe; Nicko McBrain - instrumenty perkusyjne
Wydawcy: EMI
Rok wydania: 2010
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 8

Achtung Baby! Rozpoczynamy od kilku kwasów. Za kilka linijek przeciętny znawca twórczości kapeli Steve'a Harrisa pomyśli - "chuj, a nie znawca tematyki Iron Maiden". Kwas kolejny to już mój osobisty problem, bo sam recenzując hobbystycznie, prawie uwierzyłem innemu recenzentowi, jeszcze przed osobistym odsłuchem "The Final Frontier". Będąc nie lada autorytetem (w tym moim) skwitował płytę mniej więcej takimi słowami: "niby wszystko na miejscu, ale nic nie działa...".

Iron Maiden to zespół, który "kupił mnie" dopiero przy okazji wydania płyty "Fear Of The Dark", a więc w okresie, w którym znajdował się w stanie daleko posuniętego rozkładu (rejterada Dickinsona). Sami zainteresowani na żywca do dziś wykonują tylko sztandarowy numer tytułowy i to chyba tylko z powodu ukochania go przez miliony fanów, którym dane jest brać udział w corocznych trasach Maiden. Nie zmienia to faktu, że "Fear Of The Dark" to jedyne wydawnictwo grupy pozbawione nizin twórczych (chyba z wyjątkiem stareńkiej "Killers", "Seventh Son Of A Seventh Son" oraz "Brave New World"). Zadziwiało niespotykaną do tej pory w nagraniach grupy agresją ("Be Quick Or Be Dead") i atmosferą tytułowego mroku. Ranga tego właśnie krążka jest moim punktem odniesienia do każdej następnej porcji z ich obozu.

W tym miejscu też nadstawię dupy do bicia, stwierdzając, że okres, gdy "Bruce'a Bruce'a" zastępował Blaze, też nie jest w moim mniemaniu żadną porażką. Lubię i "X Factor", i "Virtual XI", które nie są w żadnym stopniu słabsze od dajmy na to "Dance Of Death". Cenię te płyty za odwagę nieznacznego odejścia od numerów w typie "Run To The Hills" czy "Aces High". To już oczywiście nie było to samo Maiden. Steve Harris i Co. brnęli coraz to bardziej w stronę grania rozbudowanego i progresywnego, którego nie udawało się przedtem zmieścić nawet w takich kolosach, jak "Rime Of The Ancient Mariner". Z nowszych - szczególnie "A Matter..." coraz śmielej w tym celowała. No i tak, po tak dennym, oczywistym, lecz jak dla mnie niezbędnym wprowadzeniu już wiecie, z jakiej pozycji i w którą część ciała chcę cmoknąć "The Final Frontier".

"A Matter Of Life And Death", choć oceniana przez wielu ambiwalentnie, w dużej mierze przypadła mi do gustu. Świetnie słuchało mi się "Different Word" czy "Lord Of Light", że o wspaniałym "Brighter Than Thousand Suns" nie wspomnę. Miałem nawet wrażenie, że na tym Irons mogą spokojnie i bez wstydu zakończyć swoje studyjne popisy. Po premierze kawałka promującego "The Final Frontier", czyli "El Dorado", a zaraz potem zaliczając odsłuch całości, podobnie jak w przypadku ostatniej płyty Slayer, nie mogłem wyjść z podziwu, jak bardzo pierwsze wrażenie może zaciążyć na ostatecznym odbiorze, obarczając go niemałą dozą uprzedzenia. Kto lub co decyduje, jaki kawałek wybrać na singiel? Chyba tylko głuchy pień lub "logik", dla którego najważniejsze jest maksymalne cztery minuty trwania kawałka singlowego. Choć "El Dorado" może spokojnie reprezentować bardziej klasyczne oblicze Maiden, to wraz z "The Alchemist", zbudowanym na podobnej kanwie "dziewiczej" galopady, okazuje się paradoksalnie jednym z najsłabszych wątków tej płyty. Niby jest puls basu Harrisa, pojedynki od 1999 r. już trzech gitar czy charakterystyczne bicie "znad dyni" McBraina, ale samo to nie nadaje im statusu genialnych pochodów z przeszłości. Co więcej - ani refrenem, ani żadnym nawet riffem nie trzymają poziomu choćby pilotów "Brave New World", "Dance Of Death" czy "A Matter..." (odpowiednio "Wicker Man", "Wildest Dreams", "Different World").

Ale spokojnie, bo pieśni mamy tutaj 10, a czas podróży poza "granice przestrzeni" to prawie 80 minut - obfitujących w wiele zaskakujących, jak to w kosmosie, wypadków. Już "Satelite 15... The Final Frontier" wprowadza słuchacza w konsternację, bo bardziej przywodzi na myśl solowe psychodele Bruce'a Dickinsona z poziomu końcówki płyty "Tyranny Of Souls", które dopiero w trzeciej minucie przechodzą w charakterystyczne, prawie purplowskie zagrywki, że o znakomitym refrenie nie wspomnę. Wspaniałym motywem gitarowym rozwija skrzydła "Mother Of Mercy". Dodajmy do tego liczne zmiany tempa i napięcia, i już zaczynamy myśleć, że to już prawie na pewno nie tylko to Maiden, którzy wszyscy kochali od kołyski aż po mogiłę.

Nie mogło też zabraknąć czegoś na kształt heavymetalowej ballady, której rolę spełnia "Coming Home" (bez jaj) aspirujące do miana stadionowego, najskuteczniejszego "zadowalacza" publiki od czasu bodajże nawet "Brave New World" - w istocie stanowiącego rozwinięcie kolejnego pomysłu z "Tyranny...", czyli "River Of No Return" (słuchaj: partia solowa). Przed nami jednak dopiero danie główne "Final Frontier", czyli nadejście trwających 7- 9 minut monumentów, które nie okazują się na szczęście stać na glinianych nogach lub innych gównianych podestach. "Isle Of Avalon" - z niepokojącym wstępem i doskonale stopniowanymi ciarami, stricte progresywnie rozwijający się "Starblind", gdzie rozimprowizowane partie solowe nie chcą opuścić mózgownicy wyjąc "włącz mnie raz jeszcze", czy "The Talisman" z urzekającą partią Dickinsona w wysokim rejestrze, jak z czasów "Quest For Fire", okraszoną gitarowym zawodzeniem w stylu "Fear Is The Key". Wszystko to "przedługaśne", zasobne w elementy dobrze znane fanom, ale rozwinięte w skali makro do poziomów po jakie sięgają - z bardziej znanych - goście z Dream Theater. Bagatela jedenastominutowy finał "When The Wild Wind Blows" uraduje czcicieli tawernowego "Blood Brothers" i spełni doskonale rolę zwieńczenia koncertów "Dziewicy" lub kumplowskiego "urzynania" się w jesiennym barze. Dla mnie zbyt oczywiste to zamknięcie, ale na żywo niejeden będzie przedłużał jego trwanie w świadomości w nieskończoność.

Na temat produkcji jako takiej nie będę się rozwodził - znów Kevin Shirley, więc wiecie, czego się spodziewać. "The Final Frontier" od razu zadebiutował na pierwszych miejscach list sprzedaży, potwierdzając, że - jak by nie bronić dziś Saxon czy Judas Priest - to Maiden pozostaną największym zespołem heavy metalu po wsze czasy. Ocena w tym przypadku jest wybitnie łatwa. Choć najbardziej reprezentatywnymi dla ich klasycznej kariery wydają się być numery krótsze, przywołujące odgłos murawy na Wielkiej Pardubickiej (jakie - patrz wyżej), to zupełnie odstają one od reszty - mocno rozbudowanej i wymagającej, jak na ich muzykę, niespotykanego osłuchu. To produkt wielokrotnego użycia, nowa galaktyka, która gdzieś tam majaczyła w teleskopie, a teraz już stoi w zasięgu ucha, gotowa do empirycznego odkrywania. Wymaga do odbiorcy pewnego skupienia. Jeżeli ktoś nie jest na to gotowy lub liczy na parę prostych "shotów" z okolic NWOBHM, to raczej srogo się zawiedzie. Jeżeli jednak wśród fanów Maiden są ludzie akceptujący fakt, iż ich pupile mimo nieubłaganie zbliżających się sześćdziesiątek na karku, w końcu rozwijają swoje fantazje, dając upust pomysłom, którym niczym na jam session pozwalają płynąć - i tym razem będą szczytować.

Jest ambitniej niż na "Dance Of Death", lepiej niż na "A Matter..." - czyli efektowniej i efektywniej niż łącznie od długich 10 lat. "Up The Irons!" - choć świadom jestem, że pojawią się opinie jednogłośnie skreślające rozbuchaną formę "The Final Frontier", jako wydaną przede wszystkim celem zaspokojenia zapotrzebowania na emerytalny szmalec dla jej twórców.

Komentarze
Dodaj komentarz »
re: Iron Maiden "The Final Frontier"
bimbasik (gość, IP: 89.67.87.*), 2015-10-10 20:48:40 | odpowiedz | zgłoś
Iron maiden jest zespołem który ma zdolność tworzenia genialnych utworów, ale średnich płyt - prawie zawsze są na nich wypełniacze, nawet na kultowym Number of the beast...Wyjątki to Brave new world, Seventh son, A matter of life and death (choć i tu są słabsze numery) a ostatnio Book of souls (chyba tak naprawdę jedyna równa płyta w ich dorobku, na której ciężko wskazać słaby utwór)...
Genialne albumy (bez słabych punktów) to wydawała Metallica, tak do czarnego albumu...
Ironi nadrabiają ilością - dzięki czemu dają genialne koncerty - mają z czego wybrać..
re: Iron Maiden "The Final Frontier"
PodlyBauer (gość, IP: 89.77.76.*), 2013-07-14 12:35:12 | odpowiedz | zgłoś
Fear of The Dark jest pozbawiony nizin twórczych??
Weekend warrior - chyba najgorszy utwor Maiden, Chains of misery, Fear is the key,The apparition , te kawałki to totalny zakalec. Sa tez na plycie perełki: Childhoods end,Afraid to Shoot Strangers,Judas Be My Guide.
Plyta bardzo nie równa, Z jednej strony wspaniale utwory , klasyki , z drugiej jedna wielka nizina, podmokle laki i bagna. Wypociny rodem z taniego roczka.
Ostatnim albumem MAiden który jest klasykiem to 7th son, nawet No Prayer for the Dying jest już plyta mało szlachetna.
jednym zdaniem
Klax (gość, IP: 89.78.117.*), 2013-01-28 01:42:33 | odpowiedz | zgłoś
Na skutek finansowo uzasadnionej "reaktywacji" Iron Maiden z Brucem Dickinsonem na wokalu mamy, kilka kiepskich płyt I.M. a co gorsza brak genialnych płyt solowych Bruce'a.
re: jednym zdaniem
Hawky (gość, IP: 89.241.229.*), 2013-01-28 13:26:47 | odpowiedz | zgłoś
Ostatnia solowa płyta Bruce'a była nagrana już po przecież po jego ponownym dołączeniu do Maiden i nic jej raczej zarzucić nie można. Nie jest to co prawda drugie "Chemical Wedding" ale tej płyty raczej już nie przeskoczy. A Maiden przynajmniej na moje ucho nie nagrywa teraz wcale kiepskich płyt, wręcz przeciwnie.
re: jednym zdaniem
Winterstorm
Winterstorm (wyślij pw), 2013-01-28 13:31:55 | odpowiedz | zgłoś
Na skutek reaktywacji z Brucem na wokalu mamy jedną z najgenialniejszych płyt w całym metalu ever jaką jest Brave New World.
re: jednym zdaniem
Klax (gość, IP: 89.78.117.*), 2013-01-29 00:22:10 | odpowiedz | zgłoś
No bez jaj panowie i panie, jeżeli "Brave New World" to takie cudo, to co powiedzieć o starych płytach Ironów np. Powerslave? :-O. Nie ta półka.
Biedny Dickinson na skutek reaktywacji wyraźnie zaniemógł niczym Messiah Marcolin w Memento Mori a solowych płyt jednak nie wydaje.
Pewnie mamy różne gusta ale przypuszczam, że jeżeli nowsze płyty Ironów dostają podobną punktację co te klasyczne to znaczy że się nam owa punktacja po prostu zdewaluowała. Bynajmniej nie twierdzę , że w/w płyta jest w ogóle słaba, tylko jest stosunkowo słaba w odniesieniu do wcześniejszych dokonań IM.
Pzdr
re: jednym zdaniem
Winterstorm
Winterstorm (wyślij pw), 2013-01-29 09:56:06 | odpowiedz | zgłoś
Niby pod jakim względem jest słaba w odniesieniu do poprzednich dokonań? Bo za chuja tego nie czaję. Jeżeli patrzysz przez pryzmat głosu Dickinsona, to faktycznie, nie jest już to ta "syrena alarmowa" co kiedyś - ale z drugiej strony czy do klimatu i całego konceptu tej płyty pasowałby właśnie taki wokal? Nie wydaje mi się. A cała reszta na najwyższym poziomie, genialne riffy, świetne brzmienie, basik młóci ostro, perka patataja, tekstowo najwyższa półka, kawałki dość zróżnicowane (oczywiście jak na pewną zatwardziałą koncepcję heavy metalu), czasami jest chwytliwie, czasami epicko i smętnie, czasami z pierdolnięciem bez zbędnego wydziwiania. I w żadnym wypadku nie twierdzę, że inne płyty (w tym te ich najbardziej przełomowe jak chociażby TNoTB) są gorsze od tej - twierdzę jedynie, że Nowy Wspaniały Świat w niczym nie ustępuje klasykom, tak samo pokazuje wspaniały kunszt i geniusz tej kapeli.
re: Iron Maiden "The Final Frontier"
Boomhauer
Boomhauer (wyślij pw), 2013-01-27 16:37:47 | odpowiedz | zgłoś
Generalnie IM to jeden z nielicznych zespółów heavymetalowych, który posiadł umiejętność łączenia długich utworów z przebojową chwytliwością (vide "Caught Somewhere In Time", "Hallowed Be Thy Name", "2 Minutes To Midnight", "Fear Of The Dark" czy "Brave New World"). I tego mi ostatnio brakuje w ich twórczości. Co nie zmienia faktu, że to ciągle sztuka przez duże S.
z innej beczki
saxon01 (gość, IP: 178.43.51.*), 2012-05-12 23:39:23 | odpowiedz | zgłoś
widze,że jest tu dużo wpisów wiec napisze ze dla mnie,redakcja jest cienka jak dupa węża w swoich recenzjach,dwie trzecie publikacji to jedna wielka młócka z pod znaku behemłotu,innych młuckarni pszenicznych spod jednego dachu,które nic odkrywczego w swojej formie nie wnoszą a podnieta wielka na czele z mega(mini)kruczkiem,jak można podniecać sie wypisując tyle recenzji o sieczce a jak popatrzyłem ani jednej o Def Leppard,ani jednej o Saxon,Wolverine dalej przestałem sie wkó....ć,w porównaniu do Rockarea,jestescie malućcy panowie i panie rokmetalowcy hehe,wstyd no ale lepiej zostancie przy tej swojeł łupaninie ograniczeni....
re: z innej beczki
Megakruk
Megakruk (wyślij pw), 2012-07-30 20:39:10 | odpowiedz | zgłoś
Death Leopard - ja jebie.....
« Nowsze
1

Oceń płytę:

Aktualna ocena (797 głosów):

 
 
76%
+ -
Jak oceniasz płytę?

Materiały dotyczące zespołu

Lubisz tę plytę? Zobacz recenzje

Metallica "Garage Inc."
- autor: creep
- autor: RaMoNe

Black Sabbath "Black Sabbath"
- autor: Elwood

Napisz recenzję

Piszesz ciekawe recenzje płyt? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Muzyki ilu pochodzących z Azji zespołów rockowych lub metalowych często słuchasz?