zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku środa, 8 lipca 2020

recenzja: Iron Maiden "The Final Frontier"

11.10.2010  autor: Megakruk
okładka płyty
Nazwa zespołu: Iron Maiden
Tytuł płyty: "The Final Frontier"
Utwory: Satellite 15... The Final Frontier; El Dorado; Mother Of Mercy; Coming Home; The Alchemist; Isle Of Avalon; Starblind; The Talisman; The Man Who Would Be King; When The Wild Wind Blows
Wykonawcy: Bruce Dickinson - wokal; Dave Murray - gitara; Janick Gers - gitara; Adrian Smith - gitara; Steve Harris - gitara basowa, instrumenty klawiszowe; Nicko McBrain - instrumenty perkusyjne
Wydawcy: EMI
Rok wydania: 2010
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 8

Achtung Baby! Rozpoczynamy od kilku kwasów. Za kilka linijek przeciętny znawca twórczości kapeli Steve'a Harrisa pomyśli - "chuj, a nie znawca tematyki Iron Maiden". Kwas kolejny to już mój osobisty problem, bo sam recenzując hobbystycznie, prawie uwierzyłem innemu recenzentowi, jeszcze przed osobistym odsłuchem "The Final Frontier". Będąc nie lada autorytetem (w tym moim) skwitował płytę mniej więcej takimi słowami: "niby wszystko na miejscu, ale nic nie działa...".

Iron Maiden to zespół, który "kupił mnie" dopiero przy okazji wydania płyty "Fear Of The Dark", a więc w okresie, w którym znajdował się w stanie daleko posuniętego rozkładu (rejterada Dickinsona). Sami zainteresowani na żywca do dziś wykonują tylko sztandarowy numer tytułowy i to chyba tylko z powodu ukochania go przez miliony fanów, którym dane jest brać udział w corocznych trasach Maiden. Nie zmienia to faktu, że "Fear Of The Dark" to jedyne wydawnictwo grupy pozbawione nizin twórczych (chyba z wyjątkiem stareńkiej "Killers", "Seventh Son Of A Seventh Son" oraz "Brave New World"). Zadziwiało niespotykaną do tej pory w nagraniach grupy agresją ("Be Quick Or Be Dead") i atmosferą tytułowego mroku. Ranga tego właśnie krążka jest moim punktem odniesienia do każdej następnej porcji z ich obozu.

W tym miejscu też nadstawię dupy do bicia, stwierdzając, że okres, gdy "Bruce'a Bruce'a" zastępował Blaze, też nie jest w moim mniemaniu żadną porażką. Lubię i "X Factor", i "Virtual XI", które nie są w żadnym stopniu słabsze od dajmy na to "Dance Of Death". Cenię te płyty za odwagę nieznacznego odejścia od numerów w typie "Run To The Hills" czy "Aces High". To już oczywiście nie było to samo Maiden. Steve Harris i Co. brnęli coraz to bardziej w stronę grania rozbudowanego i progresywnego, którego nie udawało się przedtem zmieścić nawet w takich kolosach, jak "Rime Of The Ancient Mariner". Z nowszych - szczególnie "A Matter..." coraz śmielej w tym celowała. No i tak, po tak dennym, oczywistym, lecz jak dla mnie niezbędnym wprowadzeniu już wiecie, z jakiej pozycji i w którą część ciała chcę cmoknąć "The Final Frontier".

"A Matter Of Life And Death", choć oceniana przez wielu ambiwalentnie, w dużej mierze przypadła mi do gustu. Świetnie słuchało mi się "Different Word" czy "Lord Of Light", że o wspaniałym "Brighter Than Thousand Suns" nie wspomnę. Miałem nawet wrażenie, że na tym Irons mogą spokojnie i bez wstydu zakończyć swoje studyjne popisy. Po premierze kawałka promującego "The Final Frontier", czyli "El Dorado", a zaraz potem zaliczając odsłuch całości, podobnie jak w przypadku ostatniej płyty Slayer, nie mogłem wyjść z podziwu, jak bardzo pierwsze wrażenie może zaciążyć na ostatecznym odbiorze, obarczając go niemałą dozą uprzedzenia. Kto lub co decyduje, jaki kawałek wybrać na singiel? Chyba tylko głuchy pień lub "logik", dla którego najważniejsze jest maksymalne cztery minuty trwania kawałka singlowego. Choć "El Dorado" może spokojnie reprezentować bardziej klasyczne oblicze Maiden, to wraz z "The Alchemist", zbudowanym na podobnej kanwie "dziewiczej" galopady, okazuje się paradoksalnie jednym z najsłabszych wątków tej płyty. Niby jest puls basu Harrisa, pojedynki od 1999 r. już trzech gitar czy charakterystyczne bicie "znad dyni" McBraina, ale samo to nie nadaje im statusu genialnych pochodów z przeszłości. Co więcej - ani refrenem, ani żadnym nawet riffem nie trzymają poziomu choćby pilotów "Brave New World", "Dance Of Death" czy "A Matter..." (odpowiednio "Wicker Man", "Wildest Dreams", "Different World").

Ale spokojnie, bo pieśni mamy tutaj 10, a czas podróży poza "granice przestrzeni" to prawie 80 minut - obfitujących w wiele zaskakujących, jak to w kosmosie, wypadków. Już "Satelite 15... The Final Frontier" wprowadza słuchacza w konsternację, bo bardziej przywodzi na myśl solowe psychodele Bruce'a Dickinsona z poziomu końcówki płyty "Tyranny Of Souls", które dopiero w trzeciej minucie przechodzą w charakterystyczne, prawie purplowskie zagrywki, że o znakomitym refrenie nie wspomnę. Wspaniałym motywem gitarowym rozwija skrzydła "Mother Of Mercy". Dodajmy do tego liczne zmiany tempa i napięcia, i już zaczynamy myśleć, że to już prawie na pewno nie tylko to Maiden, którzy wszyscy kochali od kołyski aż po mogiłę.

Nie mogło też zabraknąć czegoś na kształt heavymetalowej ballady, której rolę spełnia "Coming Home" (bez jaj) aspirujące do miana stadionowego, najskuteczniejszego "zadowalacza" publiki od czasu bodajże nawet "Brave New World" - w istocie stanowiącego rozwinięcie kolejnego pomysłu z "Tyranny...", czyli "River Of No Return" (słuchaj: partia solowa). Przed nami jednak dopiero danie główne "Final Frontier", czyli nadejście trwających 7- 9 minut monumentów, które nie okazują się na szczęście stać na glinianych nogach lub innych gównianych podestach. "Isle Of Avalon" - z niepokojącym wstępem i doskonale stopniowanymi ciarami, stricte progresywnie rozwijający się "Starblind", gdzie rozimprowizowane partie solowe nie chcą opuścić mózgownicy wyjąc "włącz mnie raz jeszcze", czy "The Talisman" z urzekającą partią Dickinsona w wysokim rejestrze, jak z czasów "Quest For Fire", okraszoną gitarowym zawodzeniem w stylu "Fear Is The Key". Wszystko to "przedługaśne", zasobne w elementy dobrze znane fanom, ale rozwinięte w skali makro do poziomów po jakie sięgają - z bardziej znanych - goście z Dream Theater. Bagatela jedenastominutowy finał "When The Wild Wind Blows" uraduje czcicieli tawernowego "Blood Brothers" i spełni doskonale rolę zwieńczenia koncertów "Dziewicy" lub kumplowskiego "urzynania" się w jesiennym barze. Dla mnie zbyt oczywiste to zamknięcie, ale na żywo niejeden będzie przedłużał jego trwanie w świadomości w nieskończoność.

Na temat produkcji jako takiej nie będę się rozwodził - znów Kevin Shirley, więc wiecie, czego się spodziewać. "The Final Frontier" od razu zadebiutował na pierwszych miejscach list sprzedaży, potwierdzając, że - jak by nie bronić dziś Saxon czy Judas Priest - to Maiden pozostaną największym zespołem heavy metalu po wsze czasy. Ocena w tym przypadku jest wybitnie łatwa. Choć najbardziej reprezentatywnymi dla ich klasycznej kariery wydają się być numery krótsze, przywołujące odgłos murawy na Wielkiej Pardubickiej (jakie - patrz wyżej), to zupełnie odstają one od reszty - mocno rozbudowanej i wymagającej, jak na ich muzykę, niespotykanego osłuchu. To produkt wielokrotnego użycia, nowa galaktyka, która gdzieś tam majaczyła w teleskopie, a teraz już stoi w zasięgu ucha, gotowa do empirycznego odkrywania. Wymaga do odbiorcy pewnego skupienia. Jeżeli ktoś nie jest na to gotowy lub liczy na parę prostych "shotów" z okolic NWOBHM, to raczej srogo się zawiedzie. Jeżeli jednak wśród fanów Maiden są ludzie akceptujący fakt, iż ich pupile mimo nieubłaganie zbliżających się sześćdziesiątek na karku, w końcu rozwijają swoje fantazje, dając upust pomysłom, którym niczym na jam session pozwalają płynąć - i tym razem będą szczytować.

Jest ambitniej niż na "Dance Of Death", lepiej niż na "A Matter..." - czyli efektowniej i efektywniej niż łącznie od długich 10 lat. "Up The Irons!" - choć świadom jestem, że pojawią się opinie jednogłośnie skreślające rozbuchaną formę "The Final Frontier", jako wydaną przede wszystkim celem zaspokojenia zapotrzebowania na emerytalny szmalec dla jej twórców.

Komentarze
Dodaj komentarz »
chciałbym by....
mariof (gość, IP: 83.28.137.*), 2010-10-14 23:34:02 | odpowiedz | zgłoś
ta płyta była ostatnią płytą Iron-ów. Znam Maiden od lat, byłem na kilku koncertach, lubię ich( posiadam w swojej płytotece między innymi tyrrany... dickinsona) ale dawno tak nie miałem by mieć ochotę przy 3 piosence wyłączyć płytę. ale ponieważ mam szacunek do muzyki i ostateczny werdykt wydaję po jej przesłuchaniu, więc dotrwałem do końca i niestety najlepsze czasy dla maiden minęły wraz z brave new world. dawno wokal bruce'a mnie tak nie irytował ;( chyba czas kończyć Panowie-Dziękuję za te wielkie kawałki i płyty. go sleep eddie \m/
Solówki
PanSatyras (gość, IP: 79.139.4.*), 2010-10-13 21:52:43 | odpowiedz | zgłoś
Solówki Panowie, siła tego albumu to solówki. Naprawdę dobra robota

dla mnie cały album to

8+/10
Zaniżyłem....
Megakruk
Megakruk (wyślij pw), 2010-10-12 16:41:52 | odpowiedz | zgłoś
Cały czas mam to w samochodzie i z każdym razem podoba mi się bardziej. Na początku też chciałem płytę zjechać, ale w miarę oswajania się z materiałem, dziś dajmy na to, po jakimś czasie od napisania recki do jej publikacji dałbym nawet 8+ z tendencją zwyżkową.
re: Zaniżyłem....
Nekro (gość, IP: 82.160.8.*), 2010-10-15 11:17:06 | odpowiedz | zgłoś
W pełni się zgadzam - ta płyta zyskuje za każdym kolejnym przesłuchaniem. W tej chwili niemal nie potrafię się od niej uwolnić (dziś dla odpoczynku i zmiany klimatu słucham od rana nowego Enslaved - też bardzo dobry materiał). Moim zdaniem na The Final Frontier im dalej tym lepiej, a od The Isle Avalon to już same hiciory, mnie druga część płyty kładzie na łopatki...
genialna
yeti1987 (gość, IP: 83.26.241.*), 2010-10-12 10:28:03 | odpowiedz | zgłoś
płyta wreszcie z wieksza iloscia progresywnych dzwieków!! nieparzyscie w wielu momentach. znakomicie nie tylko patataje
tragedia
kobiotch
kobiotch (wyślij pw), 2010-10-12 00:24:14 | odpowiedz | zgłoś
Jestem wielkim fanem tej kapeli ale to chyba najgorszy album w ich karierze. Jedyne co im sie udalo to riff w El Dorado, reszta jestniesamowicie nudna i usypiająca. Od czasów Brave New World nie wydali nic godnego uwagi :-(
re: tragedia
vivin (gość, IP: 212.160.197.*), 2010-12-29 15:17:45 | odpowiedz | zgłoś
Płyta strasznie schematyczna.To trzecia od konca najgorsza płyta,,Maidenów'' po Virtual XI,No Prayer For Dying. Na płycie niema ani jednego kawałka ,który można zapamiętac.Czas zwinąc manele i isć na emeryturę. Mozna zacytować Perfect,,trzeba wiedziec kiedy ze sceny zejśc niepokonanym''.Bruce i spółka powini dac sobie spokój z nagrywaniem takich gniotów,które nic niewnoszą i mogą irytować starych fanów.Mój kredyt zaufania się wyczerpał i wolę pamietac ;;Maidenów ze starych płyt-Adieu Steve,Bruce,Dave ,Adrian ,Janick-celowo pomijam ;;Wilkelkiego'' Nicka bo uważam jego gre na perkusji za beznadziejną
:)
Wotan
Wotan (wyślij pw), 2010-10-11 21:22:28 | odpowiedz | zgłoś
Jestem po kilku przesłuchaniach płyty i dostrzegam w niej coraz więcej perełek. Z początku miałem mieszane uczucia, ale teraz mogę stwierdzić, że płytka jest dobra. Może za jakiś czas stwierdzę nawet, że bardzo dobra? A tym którzy na nią jadą zalecam przed odsłuchem pozbyć się uprzedzeń i oczekiwań, tylko przyjmować muzykę "na czysto" :)
To ich najlepsza płyta obok Seventh Sona
celibejtor (gość, IP: 83.27.135.*), 2010-10-11 15:50:19 | odpowiedz | zgłoś
Zauważyłem pewną prawidłowość - płyta nie podoba się tym, którzy słuchają tylko metalu i oceniają wartość muzyki jedynie przez pryzmat kopa którego ona niesie. Ironi poszli tu dużo dalej, bo w wielu utworach cofnęli się na tej płycie do złotych lat siedemdziesiątych, z których mentalnie się wywodzą. Jest tu pełno nawiązań do mistrzów z Jethro Tull, Ufo, a Sarblind jest porównywalny z najlepszymi psychodelicznymi kawałkami Hendrixa. Niestety większość "fanów" to ograniczona banda kindermetali oczekujących kolejnych płyt identycznych jak Powerslave czy Number.
re: To ich najlepsza płyta obok Seventh Sona
zaq (gość, IP: 95.108.35.*), 2010-10-11 16:55:56 | odpowiedz | zgłoś
a skąd wiesz że niepodoba sie tym co słuchają tylko metalu?? jesteś jasnowidzem?? Ja nie ograniczam sie tylko do metalu a płyta wg mnie jest słaba.

Oceń płytę:

Aktualna ocena (799 głosów):

 
 
76%
+ -
Jak oceniasz płytę?

Materiały dotyczące zespołu

Lubisz tę plytę? Zobacz recenzje

Metallica "Garage Inc."
- autor: creep
- autor: RaMoNe

Black Sabbath "Black Sabbath"
- autor: Elwood

Napisz recenzję

Piszesz ciekawe recenzje płyt? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Czy tęsknisz za letnimi festiwalami?