zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku poniedziałek, 27 stycznia 2020

recenzja: Iron Maiden "The Final Frontier"

11.10.2010  autor: Megakruk
okładka płyty
Nazwa zespołu: Iron Maiden
Tytuł płyty: "The Final Frontier"
Utwory: Satellite 15... The Final Frontier; El Dorado; Mother Of Mercy; Coming Home; The Alchemist; Isle Of Avalon; Starblind; The Talisman; The Man Who Would Be King; When The Wild Wind Blows
Wykonawcy: Bruce Dickinson - wokal; Dave Murray - gitara; Janick Gers - gitara; Adrian Smith - gitara; Steve Harris - gitara basowa, instrumenty klawiszowe; Nicko McBrain - instrumenty perkusyjne
Wydawcy: EMI
Rok wydania: 2010
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 8

Achtung Baby! Rozpoczynamy od kilku kwasów. Za kilka linijek przeciętny znawca twórczości kapeli Steve'a Harrisa pomyśli - "chuj, a nie znawca tematyki Iron Maiden". Kwas kolejny to już mój osobisty problem, bo sam recenzując hobbystycznie, prawie uwierzyłem innemu recenzentowi, jeszcze przed osobistym odsłuchem "The Final Frontier". Będąc nie lada autorytetem (w tym moim) skwitował płytę mniej więcej takimi słowami: "niby wszystko na miejscu, ale nic nie działa...".

Iron Maiden to zespół, który "kupił mnie" dopiero przy okazji wydania płyty "Fear Of The Dark", a więc w okresie, w którym znajdował się w stanie daleko posuniętego rozkładu (rejterada Dickinsona). Sami zainteresowani na żywca do dziś wykonują tylko sztandarowy numer tytułowy i to chyba tylko z powodu ukochania go przez miliony fanów, którym dane jest brać udział w corocznych trasach Maiden. Nie zmienia to faktu, że "Fear Of The Dark" to jedyne wydawnictwo grupy pozbawione nizin twórczych (chyba z wyjątkiem stareńkiej "Killers", "Seventh Son Of A Seventh Son" oraz "Brave New World"). Zadziwiało niespotykaną do tej pory w nagraniach grupy agresją ("Be Quick Or Be Dead") i atmosferą tytułowego mroku. Ranga tego właśnie krążka jest moim punktem odniesienia do każdej następnej porcji z ich obozu.

W tym miejscu też nadstawię dupy do bicia, stwierdzając, że okres, gdy "Bruce'a Bruce'a" zastępował Blaze, też nie jest w moim mniemaniu żadną porażką. Lubię i "X Factor", i "Virtual XI", które nie są w żadnym stopniu słabsze od dajmy na to "Dance Of Death". Cenię te płyty za odwagę nieznacznego odejścia od numerów w typie "Run To The Hills" czy "Aces High". To już oczywiście nie było to samo Maiden. Steve Harris i Co. brnęli coraz to bardziej w stronę grania rozbudowanego i progresywnego, którego nie udawało się przedtem zmieścić nawet w takich kolosach, jak "Rime Of The Ancient Mariner". Z nowszych - szczególnie "A Matter..." coraz śmielej w tym celowała. No i tak, po tak dennym, oczywistym, lecz jak dla mnie niezbędnym wprowadzeniu już wiecie, z jakiej pozycji i w którą część ciała chcę cmoknąć "The Final Frontier".

"A Matter Of Life And Death", choć oceniana przez wielu ambiwalentnie, w dużej mierze przypadła mi do gustu. Świetnie słuchało mi się "Different Word" czy "Lord Of Light", że o wspaniałym "Brighter Than Thousand Suns" nie wspomnę. Miałem nawet wrażenie, że na tym Irons mogą spokojnie i bez wstydu zakończyć swoje studyjne popisy. Po premierze kawałka promującego "The Final Frontier", czyli "El Dorado", a zaraz potem zaliczając odsłuch całości, podobnie jak w przypadku ostatniej płyty Slayer, nie mogłem wyjść z podziwu, jak bardzo pierwsze wrażenie może zaciążyć na ostatecznym odbiorze, obarczając go niemałą dozą uprzedzenia. Kto lub co decyduje, jaki kawałek wybrać na singiel? Chyba tylko głuchy pień lub "logik", dla którego najważniejsze jest maksymalne cztery minuty trwania kawałka singlowego. Choć "El Dorado" może spokojnie reprezentować bardziej klasyczne oblicze Maiden, to wraz z "The Alchemist", zbudowanym na podobnej kanwie "dziewiczej" galopady, okazuje się paradoksalnie jednym z najsłabszych wątków tej płyty. Niby jest puls basu Harrisa, pojedynki od 1999 r. już trzech gitar czy charakterystyczne bicie "znad dyni" McBraina, ale samo to nie nadaje im statusu genialnych pochodów z przeszłości. Co więcej - ani refrenem, ani żadnym nawet riffem nie trzymają poziomu choćby pilotów "Brave New World", "Dance Of Death" czy "A Matter..." (odpowiednio "Wicker Man", "Wildest Dreams", "Different World").

Ale spokojnie, bo pieśni mamy tutaj 10, a czas podróży poza "granice przestrzeni" to prawie 80 minut - obfitujących w wiele zaskakujących, jak to w kosmosie, wypadków. Już "Satelite 15... The Final Frontier" wprowadza słuchacza w konsternację, bo bardziej przywodzi na myśl solowe psychodele Bruce'a Dickinsona z poziomu końcówki płyty "Tyranny Of Souls", które dopiero w trzeciej minucie przechodzą w charakterystyczne, prawie purplowskie zagrywki, że o znakomitym refrenie nie wspomnę. Wspaniałym motywem gitarowym rozwija skrzydła "Mother Of Mercy". Dodajmy do tego liczne zmiany tempa i napięcia, i już zaczynamy myśleć, że to już prawie na pewno nie tylko to Maiden, którzy wszyscy kochali od kołyski aż po mogiłę.

Nie mogło też zabraknąć czegoś na kształt heavymetalowej ballady, której rolę spełnia "Coming Home" (bez jaj) aspirujące do miana stadionowego, najskuteczniejszego "zadowalacza" publiki od czasu bodajże nawet "Brave New World" - w istocie stanowiącego rozwinięcie kolejnego pomysłu z "Tyranny...", czyli "River Of No Return" (słuchaj: partia solowa). Przed nami jednak dopiero danie główne "Final Frontier", czyli nadejście trwających 7- 9 minut monumentów, które nie okazują się na szczęście stać na glinianych nogach lub innych gównianych podestach. "Isle Of Avalon" - z niepokojącym wstępem i doskonale stopniowanymi ciarami, stricte progresywnie rozwijający się "Starblind", gdzie rozimprowizowane partie solowe nie chcą opuścić mózgownicy wyjąc "włącz mnie raz jeszcze", czy "The Talisman" z urzekającą partią Dickinsona w wysokim rejestrze, jak z czasów "Quest For Fire", okraszoną gitarowym zawodzeniem w stylu "Fear Is The Key". Wszystko to "przedługaśne", zasobne w elementy dobrze znane fanom, ale rozwinięte w skali makro do poziomów po jakie sięgają - z bardziej znanych - goście z Dream Theater. Bagatela jedenastominutowy finał "When The Wild Wind Blows" uraduje czcicieli tawernowego "Blood Brothers" i spełni doskonale rolę zwieńczenia koncertów "Dziewicy" lub kumplowskiego "urzynania" się w jesiennym barze. Dla mnie zbyt oczywiste to zamknięcie, ale na żywo niejeden będzie przedłużał jego trwanie w świadomości w nieskończoność.

Na temat produkcji jako takiej nie będę się rozwodził - znów Kevin Shirley, więc wiecie, czego się spodziewać. "The Final Frontier" od razu zadebiutował na pierwszych miejscach list sprzedaży, potwierdzając, że - jak by nie bronić dziś Saxon czy Judas Priest - to Maiden pozostaną największym zespołem heavy metalu po wsze czasy. Ocena w tym przypadku jest wybitnie łatwa. Choć najbardziej reprezentatywnymi dla ich klasycznej kariery wydają się być numery krótsze, przywołujące odgłos murawy na Wielkiej Pardubickiej (jakie - patrz wyżej), to zupełnie odstają one od reszty - mocno rozbudowanej i wymagającej, jak na ich muzykę, niespotykanego osłuchu. To produkt wielokrotnego użycia, nowa galaktyka, która gdzieś tam majaczyła w teleskopie, a teraz już stoi w zasięgu ucha, gotowa do empirycznego odkrywania. Wymaga do odbiorcy pewnego skupienia. Jeżeli ktoś nie jest na to gotowy lub liczy na parę prostych "shotów" z okolic NWOBHM, to raczej srogo się zawiedzie. Jeżeli jednak wśród fanów Maiden są ludzie akceptujący fakt, iż ich pupile mimo nieubłaganie zbliżających się sześćdziesiątek na karku, w końcu rozwijają swoje fantazje, dając upust pomysłom, którym niczym na jam session pozwalają płynąć - i tym razem będą szczytować.

Jest ambitniej niż na "Dance Of Death", lepiej niż na "A Matter..." - czyli efektowniej i efektywniej niż łącznie od długich 10 lat. "Up The Irons!" - choć świadom jestem, że pojawią się opinie jednogłośnie skreślające rozbuchaną formę "The Final Frontier", jako wydaną przede wszystkim celem zaspokojenia zapotrzebowania na emerytalny szmalec dla jej twórców.

Komentarze
Dodaj komentarz »
re: z innej beczki
wac
wac (wyślij pw), 2013-01-25 21:12:36 | odpowiedz | zgłoś
Deaf, to od głuchego a nie martwego!
re: z innej beczki
DarthTeddyBear
DarthTeddyBear (wyślij pw), 2013-01-25 23:33:20 | odpowiedz | zgłoś
Jeśli się nie mylę, nie istnieje ustawowy obowiązek lektury tego portalu. Pluralizm mediów wychodzi naprzeciw różnorakim oczekiwaniom i mniej lub bardziej wybrednym gustom. Nikt nie każe Ci katować Twej wysublimowanej wrażliwości artystycznej tutejszymi wynurzeniami, podobnie jak fani Tadeusza R. w swoim najlepiej pojętym interesie powinni omijać Wyborczą - zdrowia i nerwów szkoda ;). Twój komentarz ma z konstruktywną krytyką wspólne tylko słowo "krytyka", więc jeśli nie pisałeś go w stanie upojenia substancjami psychoaktywnymi bądź po traumatycznym przeżyciu w rodzaju uprowadzenia ukochanego chomika przez Motomyszy z Marsa, nie wiem jaka jest racja jego bytu. Żyj i daj żyć innym - czy to naprawdę takie trudne?
re: z innej beczki
Boomhauer
Boomhauer (wyślij pw), 2013-01-26 10:39:00 | odpowiedz | zgłoś
A ja zarówno nie lubie Rydzyka, jak i nie czytam wyborczej ;)
Album ogólnie na plus ale szału nie ma. Myślę że na siłę brną w tą dreamtheaterowość bo już nie mają pomysłów na chwytliwe heavymetalowe przeboje. I mówcie co chcecie ale właśnie tego ludzie po nich oczekują bo na tym stali się sławni. Na koncertach każdy czeka na stare dobre hity. Praktycznie żaden ich utwór zrobiony po 2000 roku nie został koncertową klasyką.
A z innej beczki, słyszałem że Gers ma jakieś polskie korzenie. To jego imię to się wymawia "Janik" czy "Dżanik"?
re: z innej beczki
Hawky (gość, IP: 89.241.229.*), 2013-01-26 12:55:02 | odpowiedz | zgłoś
Chyba Janik jednak:) Dżanik źle brzmi:)

Ja bardzo lubię "The Final Frontier" choć "A Matter Of Life And Death" była nieco lepsza moim zdaniem. Co do przebojów zaś, to myślę, że ich rolę spełnia tutaj numer tytułowy, "El Dorado" czy - zagrany bardzo w starym stylu - "The Alchemist". Generalnie pierwsza część albumu jest nieco bardziej "chwytliwa".
re: z innej beczki
Boomhauer
Boomhauer (wyślij pw), 2013-01-26 13:24:32 | odpowiedz | zgłoś
Mnie irytuje strasznie ten przydługawy wstęp do "Satellite 15...The Final Frontier". Po co takie pieprzenie w bambus? Ja jak tego słucham, to od razu przestawiam na czwartą minutę i ileś sekund, kiedy to wreszcie zaczyna się właściwy utwór (skądinąd fajny).
re: z innej beczki
cwiartek
cwiartek (wyślij pw), 2013-01-28 09:05:38 | odpowiedz | zgłoś
a ja akurat uważam intro do satellite za bardzo udane.
jak słuchałem płyty pierwszy raz, bardzo się ucieszyłem, że trochę pokombinowali.
a właściwe 'wejście' trochę mnie zawiodło. no ale cóż, de gustibus non est disputandum.
płyta bardzo dobra. gdyby była krótsza tak o 20 min, byłaby naprawdę świetna. przydługie jest szczególnie isle of avalon, czasem aż się prosi, żeby w końcu zmienił się (chociażby odrobinę) ten powtarzany w kółko riff.
re: z innej beczki
mariusz fabin (gość, IP: 178.183.232.*), 2013-01-26 13:44:31 | odpowiedz | zgłoś
hmm, widać,że pan komentator nie zaglądnął do wszystkicj recek, u mnie raczej nie ma włucki. zdaję sobie sprawię z tego ,że moje recencje tudzież opowieści o płytach nie fascynują bo kapele są mało znane w naszym kraju, ale czasem warto poszerzych choryzonty...
re: z innej beczki
Marcin Kutera (wyślij pw), 2013-01-27 21:25:15 | odpowiedz | zgłoś
Wiesz Saxon, każdy pisze tu recenzje jaką chce. Nie tylko nie ma Saxon czy Def Lepard (akurat jak lubię heavy metal i hard rock, tak tych kapel nie słucham, szacun jedynie perkusiście za grę bez ręki, a skoro Ty lubisz to i chwała Ci za to) ale też nie ma recenzji innych wspaniałych zespołach, które nie są związane w ogóle z heavy metalem choćby Specials, DAF, Kraftwerk, Einsturzende Neubauten, Swans, Killing Joke itd... ba o szeroko pojętym heavy metalu ( w tym death metalu) też jest tylko namiastka tak naprawdę.
Megakruka bym się nie czepiał, chce niech pisze wolno mu, Tobie też wolno, zawsze możesz jakąś recenzje o którymś z albumów Saxon skrobnąć.
re: z innej beczki
Winterstorm
Winterstorm (wyślij pw), 2013-01-29 10:00:39 | odpowiedz | zgłoś
Sam coś napisz, chociaż patrząc na poziom Twojej ortografii i interpunkcji, byłoby to cienkie jak dupa węża. To jest portal bądź co bądź fanowski i każdy pisze co, to mu się podoba. Skoro wchodzą tutaj ludzie słuchający takich, a nie innych zespołów, to właśnie takie, a nie inne recenzje się tutaj pojawiają. Jak Ci się nie podoba, to sobie poczytaj komentarze na onecie, albo najnowsze ploty na pudelku.
re: z innej beczki
lokator143 (wyślij pw), 2013-07-13 19:43:23 | odpowiedz | zgłoś
No tak, nie ma też noise, post rocka, rockowej alternatywy, w zasadzie też i punku, cóż poradzić... Szkoda.

Oceń płytę:

Aktualna ocena (797 głosów):

 
 
76%
+ -
Jak oceniasz płytę?

Materiały dotyczące zespołu

Lubisz tę plytę? Zobacz recenzje

Metallica "Garage Inc."
- autor: creep
- autor: RaMoNe

Black Sabbath "Black Sabbath"
- autor: Elwood

Napisz recenzję

Piszesz ciekawe recenzje płyt? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Czy czytałeś(eś) kiedykolwiek książkową biografię muzyka?