zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku czwartek, 17 stycznia 2019

recenzja: Nightwish "Dark Passion Play"

14.12.2007  autor: Tomasz "YtseMan" Wącławski
okładka płyty
Nazwa zespołu: Nightwish
Tytuł płyty: "Dark Passion Play"
Utwory: The Poet And The Pendulum; Bye Bye Beautiful; Amaranth; Cadence Of Her Last Breath; Master Passion Greed; Eva; Sahara; Whoever Brings The Night; For The Heart I Once Had; The Islander; Last Of The Wilds; 7 Days To The Wolves; Meadows Of Heaven
Wykonawcy: Anette Olzon - wokal; Tuomas Holopainen - instrumenty klawiszowe; Jukka Nevalainen - instrumenty perkusyjne; Marco Hietala - gitara basowa; Empuu Vuorinen - gitara
Wydawcy: Nuclear Blast Records
Rok wydania: 2007
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 6

Gdy zespół opuszcza osoba kluczowa, będąca jego ikoną, której brak to dla większości fanów cios w samo serce, oczekiwanie na nowe wydawnictwo zawsze przepełnione jest niepewnością. Historia pokazuje bowiem, że zastąpić kogoś takiego, szczególnie gdy jest to wokalista lub wokalistka jest niestety niezwykle trudno. Wysoki poziom artystyczny, umiejętności, charyzma, doświadczenie to wielokrotnie elementy po prostu niewystarczające - często trzeba bowiem zastąpić kogoś, kto zajął niewymazywalne miejsce w sercach słuchaczy. A to często jest po prostu nie do zrobienia.

Myślę, że jest jasne, skąd taki właśnie wstęp. Rozstanie Nightwish z Tarją było tyleż burzliwe, co zaskakujące - przynajmniej dla fanów, którym przecież zwykle nie pokazuje się brudów i kłótni, które drążą zespół. Kto na tym rozstaniu straci, a kto zyska, będzie można ocenić pewnie dopiero za kilka lat, ale już teraz można pokusić się o kilka słów na temat pierwszej muzycznej próby zespołu bez wieloletniej wokalistki. I niestety nie będą to słowa pełne zachwytów.

Każdy z poprzednich albumów kapeli miał w sobie specyficzny, niepodrabialny nightwishowy czynnik. Raz był on bardziej słyszalny, raz mniej, ale zawsze był wyczuwalny. Dzięki niemu, niezależnie czy mieliśmy do czynienia z przepięknym, pełnym magicznego klimatu "Angels Fall First", ostrym, metalowym "Century Child" czy ciężkim, potężnym, pełnym orkiestracji "Once" - już po kilku chwilach można było bez pudła stwierdzić: "O, to Nightwish gra!". Na "Dark Passion Play" wspomniany nightwishowy czynnik jest niestety w zaniku, co wyraźnie pokazuje, jak ważna dla zespołu była Tarja. Jej znakomite warunki wokalne, wszechstronność, charakterystyczna maniera, niezwykła charyzma - wszystko to powodowało, że ona była jedna, a w tle stała cała rzesza wokalistek, które starały się ją naśladować. Z uwagi na moc i siłę głosu, muzycy mogli wymyślać i wygrywać co chcieli, bo nie było obawy, że wokal "zginie" w natłoku dźwięków. A gdy potrzeba było subtelności - wokal Tarji delikatnie lawirował pomiędzy nutkami. W efekcie muzyka była zróżnicowana oraz wciągająca i o Nighwish można było powiedzieć, to samo co kilka linijek wyżej napisałem o Tarji - to on wyznaczał trendy i styl, to on był naśladowany, to do niego próbowali równać inni.

Po zapoznaniu się z "Dark Passion Play" stwierdzam z przykrością, że te czasy mogą już nie wrócić i tylko czekać, jak ktoś zajmie miejsce na tronie, które do niedawna zarezerwowane było dla Nightwish. Nowa wokalistka - Anette Olzon - to niestety liga kompletnie inna niż Tarja. Jej głos jest sympatyczny, ale przeciętny, a o sile, wrażliwości, wszechstronności swojej poprzedniczki może tylko pomarzyć. I niestety mam takie wrażenie, że to właśnie ona "zepchnęła" całą muzykę na niższy poziom. Konieczność dostosowania się do miłego, ale niczym nie wyróżniającego się wokalu, sprawił, że muzyka jest lekka, przyjemna i chwytliwa, ale również mocno przeciętna, przewidywalna i jednowymiarowa. A poza małymi wyjątkami - również pozbawiona magicznej atmosfery. W efekcie zespół spadł z czubka piramidy na jej środkowe partie, stając się jednym z wielu zespołów w obrębie gatunku symfonicznego metalu. Zwracam przy tym, że płyta nie jest zła. Więcej nawet - słucha się jej całkiem przyjemnie, ale to nie jest to, czego można by było oczekiwać. Zresztą świetnym przykładem jest tu wybrane na singla "Amaranth" - rytmiczne, chwytliwe, szybko wpadające w ucho, ale przy tym słodko-cukierkowe, pozbawione energii, nightwishowego feelingu i nagrane wyraźnie "pod publiczkę". Również nienajlepiej jest, gdy zespół sięga po mocniejsze środki wyrazu - tak jakby muzycy zatracili wyczucie w operowaniu nimi. "Bye Bye Beautiful" czy "Master Passion Greed" ciężaru odmówić nie można, ale są to numery bardzo przeciętne, a momentami wręcz toporne. Niczym nie zaskakują także monotonne "Whoever Brings The Night", "7 Days To The Wolves" i rozwleczona ballada "Eva". "For The Heart I Once Had" z kolei ciekawie prezentuje się w zwrotkach, bardzo delikatnie wyśpiewywanych przez Anette, ale niestety refren już zupełnie nie porywa.

Są oczywiście i jaśniejsze punkty. Trwający ponad 13 minut "The Poet And The Pendulum", pełen - podobnie jak "Ghost Love Score" z poprzedniego albumu - akcentów kojarzących się ze ścieżką dźwiękową do filmu fantasy. Dobre jest też "Cadence Of Her Last Breath" - podobnie chwytliwe jak "Amaranth", ale znacznie mniej polukrowane i okraszone ciekawą solówką. Podoba się także rozbujany, akustyczny, przepełniony "morskim" klimatem "The Islander", szybki, lekki, folkowy instrumental "Last Of The Wilds" oraz spokojne, podniosłe i niezwykle nastrojowe "Meadows Of Heaven". A najlepszy numer na płycie to w moim odczuciu "Sahara". Świetny refren, ciężkie i miarowe riffy, sporo symfonicznych akcentów, no i oczywiście odrobina orientalnych wstawek.

Podsumowując: pierwsza próba artystyczna bez Tarji zespołowi wyszła słabo. Album nadaje się do słuchania, ale na tle poprzedników wypada bardzo przeciętnie. Wyrzucona z hukiem wokalistka pewnie zaciera ręce, a zespół ma spore szanse w rankingach na Największy Niewypał Roku 2007, które przecież tworzy się na zasadzie zestawienia poziom płyty kontra oczekiwania. A te ostatnie były duże...

Komentarze
Dodaj komentarz »
XXX
fen (gość, IP: 83.14.4.*), 2010-01-17 12:08:46 | odpowiedz | zgłoś
Dobrze już było!
oczywiście 9/10!
staryjary (gość, IP: 83.3.219.*), 2009-12-23 09:30:05 | odpowiedz | zgłoś
Recenzja tendencyjnie zaniża ocenę. Nightwish broni sie sam!
9/10!
finnorwegszwed (gość, IP: 83.27.124.*), 2009-12-18 19:55:54 | odpowiedz | zgłoś
Pani TT to już przeszłość. Anette jaka jest, każdy słyszy. Pasuje do zespołu, który kontynnuje swoje klimaty. Opera po latach nuży! Mam wybór, mogę słuchać czego chcę. I Anette i Tarję. Kapitalne!
Nightwish bez Tarji
Paweł (gość, IP: 79.185.222.*), 2009-07-20 21:52:48 | odpowiedz | zgłoś
Zmiana wokalistki wcale nie była złym pomysłem, jeżeli przyjrzymy się nowej płycie nie przez pryzmat dokonań kapeli z wszechobecną,jakże rozpoznawalną panią ''symbolem'' zespołu. Pani T.T.to już historia , a więc skupmy się na tym co teraz serwuje nam zespół,a serwuje nie byle co! Muzyka jaką prezentuje nam Nightwish na nowej płycie dalej stoi na wysokim poziomie, a odmienny, w moim osobistym mniemaniu również charakterystyczny i wyrazisty śpiew nowej wokalistki nadaje kompozycjom zespołu nowego wymiaru, sprawiając że płyta nie jest może już tak ;;operowa'' ale za to ma większy ''wykop'' i pazura i same kompozycje są jakby przyjemniejsze w odbiorze co wcale nie jest zarzutem wobec tej płyty a wręcz jej atutem. Są to po prostu dobre rockowe utwory w konwencji muzyki Nightwish. Konserwatyści i członkowie fanklubu pani wiadomo jakiej:) na pewno się do tego wydawnictwa nie przekonają, jednak osoby o otwartym umyśle i wrażliwe muzycznie na pewno docenią ten krążek i bez mojej rekomendacji.
Ocena wyżej !
grobla (gość, IP: 83.14.1.*), 2008-11-03 06:32:36 | odpowiedz | zgłoś
Każdy dobry zespół poszukuje, ewoluuje. Nie można się przywiązywać do wokalistki! Ocena recenzenta zaniżona. Za sam celtycki duch powinna oscylować wokół "ósemki", co zresztą potwierdzają klikający internauci.
logika
nebelmann
nebelmann (wyślij pw), 2008-09-05 12:51:01 | odpowiedz | zgłoś
Tarja stanowiła duszę Nightwisha i nadawała mu to co w nim najlepsze czyli klimat i siłę. bez Tarji Nightwish jest conajwyżej dobry ale już nie jest geniuszem metalu tak jak dawniej...
I może dlatego...
djb (gość, IP: 195.34.211.*), 2008-08-08 16:13:34 | odpowiedz | zgłoś
"Nowa wokalistka - Anette Olzon - to niestety liga kompletnie inna niż Tarja. Jej głos jest sympatyczny, ale przeciętny, a o sile, wrażliwości, wszechstronności swojej poprzedniczki może tylko pomarzyć. I niestety mam takie wrażenie, że to właśnie ona "zepchnęła" całą muzykę na niższy poziom." - I może dlatego właśnie wydano w wersji kolekcjonerskiej sam podkład - tak jakby Tuomas chciał poddać ocenie fanów wersje z wokalem i bez...Taka moja teoria.
PS
Cruachan (gość, IP: 85.89.184.*), 2008-07-14 01:11:27 | odpowiedz | zgłoś
Zatem gdyby obedrzeć płytę z "Bye...", "Cadence..." i "For The Heart...", uznałbym tę płytę za doskonałą, tylko powyższe utwory moim zdaniem obniżają nieco ocenę, szczególnie "serduszko". Nie ukrywam jednak, że poza nimi wszystkie mnie zachwyciły. Sądzę, że krzywdząca byłaby ocena oparta tylko na śpiewie, zaś duet Anette i Marco brzmi świetnie. Najbardziej lubię "The Poet...", "Amaranth", "Master...", "Sahara", "Whoever...", "The Islander", "Last...", "7 Days..." i "Meadows...". Dużo napisałem, ale i płyta porwała mnie zaiste.
Oratorium potęgi i piękna
Cruachan (gość, IP: 85.89.184.*), 2008-07-13 23:47:56 | odpowiedz | zgłoś
I ja nie potrafię zgodzić się z recenzją. Jest zaiste utwór, który niezbyt mnie przekonał, mianowicie "For The Heart I Once Had", gdyż jest zbyt popowy, dopiero po zwrotkach rozwijając skrzydła. Elektroniczne pohukiwania w "Bye Bye Beautiful" czy pokrzykiwania w refrenie "Cadence..." także zastąpiłbym, choć są to dobre piosenki, poza chwilami świetne. Za to wszystkie pozostałe utwory zachwyciły mnie swym pięknem, mocą, raz monumentalizmem, raz zwiewną delikatnością. Melodie są piękne, orkiestra wspaniale splata się z gitarami, zaś Anette śpiewa inaczej, ale bardzo lubię barwę jej głosu, budzi ożywczym powiewem jak Karen z Cruachan:o) Muzyka została skomponowana (skomponowana, nie ponakładana od niechcenia na komputerze) z sercem i głęboką wrażliwością. I wreszcie: zauroczył mnie pod niebiosa celtycki duch, jakim tchnie połowa utworów, owe folkowe dźwięki, jakich mnóstwo. To znakomity pomysł, mam nadzieję, że zostanie rozwinięty. Płyta jest znakomita, nie przyćmiewają jej nawet te nieliczne mniej ciekawe motywy (trwają łącznie około czterech minut), całej słucha się z rumieńcami zachwytu, przy prawie wszystkich utworach rozanieliłem się, rozpalił mnie ogień zachwytu. Oceniam na 9.
re: Oratorium potęgi i piękna
Meropa (wyślij pw), 2008-08-08 09:50:47 | odpowiedz | zgłoś
Nie jestem tak elokwentna jak ty, więc się tylko pod twoją opinią podpisuję. Oburącz. I 80% głosujących!
« Nowsze
1

Oceń płytę:

Aktualna ocena (959 głosów):

 
 
80%
+ -
Jak oceniasz płytę?

Materiały dotyczące zespołu

Lubisz tę plytę? Zobacz recenzje

Terhen "Eyes Unfolded"
- autor: Norveg

Crionics "Neuthrone"
- autor: Norveg

Korpiklaani "Tervaskanto"
- autor: Tomasz "YtseMan" Wącławski
- autor: Norveg

Obituary "Xecutioner's Return"
- autor: Norveg

Nile "Ithyphallic"
- autor: Norveg

Napisz recenzję

Piszesz ciekawe recenzje płyt? Chcesz je publikować na rockmetal.pl?

Zgłoś się!
Czy masz poczucie humoru?