zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku piątek, 21 lutego 2020

recenzja: Ozzy Osbourne "Down To Earth"

13.11.2001  autor: Elwood
okładka płyty
Nazwa zespołu: Ozzy Osbourne
Tytuł płyty: "Down To Earth"
Utwory: Gets Me Through; Facing Hell; Dreamer; No Easy Way Out; That I Never Had; You Know... (Part 1); Junkie; Running Out Of Time; Black Illusion; Alive; Can You Hear Them?
Wykonawcy: Ozzy Osbourne - wokal; Zakk Wylde - gitara; Robert Trujillo - gitara basowa; Mike Bordin - instrumenty perkusyjne; Tim Palmer - gitara akustyczna, instrumenty klawiszowe, instrumenty perkusyjne, głosy, gitara rytmiczna; Michael Railo - głosy, instrumenty klawiszowe; Danny Saber - gitara
Rok wydania: 2001
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 10

Czekaliśmy na ten album aż 6 lat, ale warto było. Panie i Panowie, Ozzy Osbourne nagrał kolejny rewelacyjny album, o którym sam mówi, że jest "bardzo dobry i bardzo ozzy". I chociaż ciężko jest go porównać do wcześniejszych "krążków" Ozza i jak nigdy dotąd słychać na nim wpływy Black Sabbath ("No Easy Way Out", "Junkie" i "Black Illusion") oraz losy solowej kariery Zakka Wylde'a (Black Label Society), to nie ma wątpliwości, że Ozzy nagrał płytę w swoim stylu, a właśnie tego wszyscy oczekiwaliśmy. Nie znajdziemy tu sampli, skreczów i innych nu tone'owych bzdetów, mamy po prostu wokal, gitary, bas, perkusję i pojawiające się gdzieniegdzie klawisze. Wystarczy.

"Down To Earth" to zdecydowanie najcięższy i najbardziej "sabbathowski" album w karierze Ozzy'ego. Słychać, że tym razem Ozzman większą uwagę niż na melodie zwrócił na ciężar brzmienia utworów. Mnie osobiście taki zabieg bardzo się podoba i przyznam, że dokładnie tego oczekiwałem. Oczywiście nie byłoby takiego brzmienia bez Zakka Wylde'a, który chociaż nie napisał żadnego utworu(!), to jednak jest odpowiedzialny za tak ciężkie i sugestywne brzmienie albumu. Swoją drogą, Zakk po raz kolejny zaskakuje i pokazuje, że jest mistrzem w swoim fachu. Kiedy słuchaliśmy jego gry na poprzednich albumach Ozza, wydawało się że osiągnął już szczyt swoich możliwości. Tymczasem najpierw zaskoczył nas bluesowym Pride&Glory, potem balladowym "Book Of Shadows", żeby w końcu powalić wszystkich niedowiarków swoim piekielnie ciężkim Black Label Society. Wydawać się to może nieprawdopodobne, ale na "Down To Earth" słychać, że ten facet wciąż się rozwija. Wystarczy wsłuchać się w niesamowite solówki, w których przeszedł po prostu samego siebie ("Gets Me Through", "No Easy Way Out", "That I Never Had", "Junkie", "Black Illusion"). Wśród zalewu nu-tone'owych zespolików, które solówki uważają za staroświecki przeżytek, słuchanie takich "perełek" sprawia niesamowitą radość i przyjemność. A panowie z różnych krejzytołnów, linkinparków, limpibiskitów i tym podobnym powinni zaszyć się głęboko pod ziemią...

Nie zawodzą także nowi instrumentaliści. Mike Bordin gra dosyć oszczędnie, ale niezwykle sugestywnie i mocno (np. "Facing Hell"), natomiast Robert Trujillo, choć może wydawać się nieobecny, pokazuje wielką klasę. Ozzy? Nie zmienił się. Wciąż zachwyca, wciąż zaskakuje i wciąż doskonale śpiewa! Wielkie słowa uznania także dla producenta Tima Palmera, który naprawdę genialnie wyprodukował ten album. Ale oprócz tego sam zagrał na gitarze rytmicznej, klawiszach, a także pokazał wgniatającą w ziemię moc instrumentu o nazwie "military drums". Po raz kolejny udowodnił swoją klasę.

Nie możemy zapominać także o całej rzeszy współautorów piosenek, a są tam takie znakomitości jak Joe Holmes, Marty Frederiksen, Danny Saber, Geoff Nichols czy Mick Jones. Wszyscy naprawdę zasłużyli na pochwały. Także Ozzy, jako tekściarz, tradycyjnie świetnie się sprawdził.

Album zaczyna się od znanego z singla "Gets Me Through", który stanowi ukłon Ozzy'ego w stronę fanów. Wspaniały, trochę gotycki wstęp na klawiszach, potem świetne wejście Zakka z doskonałym riffem i linią melodyczna, a także wpadający w ucho refren i niesamowite solo... Co tu dużo pisać, po prostu arcydzieło! Następnie słyszymy nieziemski i tajemniczy wstęp na klawiszach (trochę w stylu Rammsteina z albumu "Mutter"), który znów przechodzi w świetny dynamiczny i ciężki utwór - "Facing Hell" - będący jednym z najlepszych na albumie. Warto zwrócić uwagę na demoniczny śmiech po pierwszej zwrotce (kłania się Ozzy z początków kariery solowej) i niesamowity wokal pod koniec piosenki. Natomiast trzeci utwór to kompletne zaskoczenie - przepiękna ballada "Dreamer", która zarówno pod względem tekstowym, jak i melodyjnym natychmiast kojarzy się ze słynnym protest-songiem Lennona "Imagine". Jedno jest pewne - tylko Ozzy potrafi tak zaśpiewać... Trochę kiczowaty wstęp do "No Easy Way Out" sugeruje kolejną balladę, ale już po chwili mamy riff, jakby żywcem wyjęty spod palców Iommiego. Niestety utwór został trochę przekombinowany poprzez dodanie niezbyt udanego refrenu i wolniejszego fragmentu rodem z utworu "No More Tears". Szkoda, gdyż to naprawdę dobry "kawałek". Podobny zabieg zastosowano w kojarzącym się z utworami z "No Rest For The Wicked" - "That I Never Had", jednakże w tym przypadku to się sprawdziło, a cały utwór od początku do końca zachwyca. Utwór numer 6 znowu zaskakuje. "You Know... (Part 1)" to fajna, bardzo osobista "muzyczna miniaturka", w której tekście można dopatrywać się próby pojednania z córką z pierwszego małżeństwa Ozzy'ego - Jessicą. Dopisek "Part 1" sugeruje, że możemy oczekiwać drugiej części, a zatem... kolejnego albumu Ozza(???). Kolejna piosenka - "Junkie" to dla mnie numer 1 albumu. Utrzymana w klimacie starego, dobrego Black Sabbath, okraszona świetnym rifferm i niesamowitą solówką. Warto zwrócić uwagę na tekst, w którym widać, jak bardzo zmienił się stosunek Ozzmana do narkotyków od czasów "Flying High Again". Podobny, sabbathowy charakter ma "Black Illusion", z tym że w tym przypadku można trochę ponarzekać na refren. Oba te kawałki przedziela kolejna doskonała ballada - "Running Out Of Time", podobnie jak "Dreamer" nasuwająca skojarzenia z Beatlesami. Co tu ukrywać, Ozzy jest mistrzem w pisaniu takich "numerów"! Ostatnie dwa "kawałki" uważam za najsłabsze na płycie, co nie znaczy, że są kiepskie. W obu przypadkach "szwankują" refreny. Szkoda, gdyż zwłaszcza "Can You Hear Them?", ze wspomnianym wcześniej niesamowitym perkusyjnym wstępem, apokaliptycznym wręcz riffem i bardzo "nowoczesną" linią melodyczną, to potencjalny hicior. Mówi się trudno.

Dla mnie ten album już jest klasyką. Ale czy jest najlepszy z dotychczasowych longplayów Ozza? Czas pokaże, ale ja już stawiam go obok moich ulubionych "Blizzard Of Ozz" i "No More Tears"... Jedno jest pewne - Ozzy wraz z przyjaciółmi po raz kolejny udowodnił, kto rządzi w heavymetalowym królestwie. I wciąż, mimo nagonki i wyzywania od "dziadków", pozostaje niedoścignionym wzorem dla całego metalowego świata. Howgh!

Komentarze
Dodaj komentarz »
Pełna zgoda!
Winnetou (wyślij pw), 2008-11-04 23:14:28 | odpowiedz | zgłoś
Stuprocentowa zgoda z wyżej wymienioną recenzją:)