zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku środa, 15 sierpnia 2018

recenzja: Pain Of Salvation "In The Passing Light Of Day"

12.08.2018  autor: Meloman
okładka płyty
Nazwa zespołu: Pain Of Salvation
Tytuł płyty: "In The Passing Light Of Day"
Utwory: On A Tuesday; Tongue Of God; Meaningless; Silent Gold; Full Throttle Tribe; Reasons; Angels Of Broken Things; The Taming Of A Beast; If This Is The End; The Passing Light Of Day
Wykonawcy: Daniel Gildenlow - wokal, gitara; Ragnar Zolberg - gitara; Daniel D2 Karlsson - instrumenty klawiszowe; Gustaf Hielm - gitara basowa; Leo Margarit - instrumenty perkusyjne
Wydawcy: Inside Out Music
Rok wydania: 2017
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 7

Daniel Gildenlow, lider i wokalista Pain Of Salvation, w 2014 roku ciężko zachorował i trafił do szpitala, gdzie spędził sporo czasu, ocierając się nawet o śmierć. Lekarze zdiagnozowali w niego rzadką chorobę nazywaną: martwicze zapalenie powięzi. Symptomem tej przypadłości był bardzo silny ból pleców. Leczenie polegało na stosowaniu bardzo silnych antybiotyków. Nowa płyta grupy Daniela powstała pod wpływem tych przeżyć i jest propozycją koncepcyjną zawierającą głębokie przemyślenia na temat życia. Odkrywa inne spojrzenie na świat w obliczu nieuchronności tego, co każdemu z nas może zgotować los.

"In The Passing Light Of Day" przedstawia muzykę niepokorną, zawierającą mnóstwo zmian rytmicznych oraz trochę połamanych rytmów gitarowo-perkusyjnych. Wiele tu progmetalowego riffowania. Wokalnie mamy duże rozpiętości: od deklamacji i delikatnego śpiewania, poprzez mocny głos rockowy, do krzyku - ale artykułowanego. Ścieżka wokalna wzbogacona jest kobiecymi wokalami i męskimi chórkami. Na pewno nie jest to płyta nudna, chociaż dosyć długa, trwająca trochę ponad siedemdziesiąt minut. Znajdziemy na niej też klasyczne fragmenty w konwencji metalu, hard rocka względnie rocka progresywnego. Niemalże w każdym numerze słychać zaskakujące zwroty akcji, spowolnienia lub przyspieszenia rytmu. Zaznacza się też udział orkiestrowych instrumentów takich, jak obój i rożek angielski (Anette Kumlin) oraz skrzypce (Camilla Ardvisson i David Ra Champari). Jeżeli nawet wkrada się do muzyki trochę chaosu, to tylko na chwilę, potem wszystko wraca do harmonii. Jako gość w nagrywaniu uczestniczył też Halfdan Arnason na kontrabasie.

Album zawiera dziesięć utworów, w tym jakby dwie główne kompozycje, na początek i finał. Otwarcie stanowi "On A Thusday" - długi, ponad dziesięciominutowy numer, będący mieszanką prog metalu i rocka. Dalej trzy krótsze propozycje, w tym piękna krótka ballada "Silent Gold", gdzie gościnnie zagrał na basie i melotronie Peter Kvint. W środku stawki mamy nagranie z pokręconymi rytmami gitary, "Full Throtte Tribe" (jedno z dłuższych - dziewięć minut). Wyśmienicie prezentuje się "Angels Of Broken Things" (według mnie najlepsza po temacie tytułowym) w stylu rocka progresywnego z wyraźnymi klimatycznymi solówkami gitarzystów. Jest tu płynność akcji, nastrój i budowanie głównego tematu. Trzy ostatnie numery są esencją tej płyty. Najpierw bardzo dobre, radośnie brzmiące "The Taming Of The Beast", mocno rockowe w refrenie z delikatnymi zwrotkami bez fraz gitarowych, czyli melodyjnie z zaznaczonym podstawowym motywem. "If This Is The End" jest nastrojowym, trochę ponurym wstępem do głównego utworu na krążku. Słyszymy najpierw przez moment akordeon, akompaniament gitary i głos. Mamy też mocniejsze uderzenie w połowie, potem wraca spokój, ale końcówka to zdecydowane ostre granie.

Tytułowy utwór, "The Passing Light Of Day", jest genialny w swojej prostocie. Wszystko początkowo obraca się wokół krótkiego tematu gitarowego z wokalem, który systematycznie się rozwija, nabiera tempa oraz mocy uderzeniowej. Zapada w pamięć ze względu na melodię. Apogeum tej piętnastominutowej kompozycji następuje w granicach jedenastej minuty, kiedy krystalizuje się pełna wersja rockowego brzmienia - lecz wszystko sączy się płynnie w formie balladowej. W finale następuje wyhamowanie i powrót do początkowych klimatów z udziałem instrumentów smyczkowych i orkiestrowych dętych, a te kilka sekund na zakończenie brzmi niczym Islandczycy z Sigur Ros. Dobre wydawnictwo, warte posłuchania.

Komentarze
Dodaj komentarz »