zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku piątek, 19 kwietnia 2024

recenzja: Paul McCartney "Egypt Station"

24.03.2024  autor: Krasnal Adamu
okładka płyty
Nazwa zespołu: Paul McCartney
Tytuł płyty: "Egypt Station"
Utwory: Opening Station; I Don't Know; Come On to Me; Happy with You; Who Cares; Fuh You; Confidante; People Want Peace; Hand in Hand; Dominoes; Back in Brazil; Do It Now; Caesar Rock; Despite Repeated Warnings; Station II; Hunt You Down/Naked/C-Link
Wydawcy: Capitol Records Inc.
Premiera: 7.09.2018
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 7

Sir Paul McCartney nie spieszy się z wydawaniem kolejnych albumów pod własnym nazwiskiem, z premierowym, autorskim materiałem. Po "New" na jeszcze nowszy materiał trzeba było czekać prawie pół dekady. Jego tytuł - "Egypt Station" - mógł sugerować, że kierowany będzie do miłośników kolei lub kultury kraju faraonów. Oczywiście nie trzeba było traktować tego tropu poważnie, chociaż muzyk zdążył pokazać, że jest zdolny realizować różne pomysły.

Dwie ambientowe miniatury z dworcowym zgiełkiem i dość jednostajnym chórem - intro "Opening Station" i przerywnik "Station II" - rzeczywiście nadają albumowi koncepcyjne ramy. Charakter podtrzymuje też rozkładana frontowa ilustracja przedstawiająca peron kolejowy z ludźmi i zwierzętami, bazująca na dwóch obrazach autorstwa Paula McCartneya. Jak na prawdziwego artystę solowego przystało, Anglik stworzył znaczną część albumu samodzielnie. Poza grafiką odpowiadał za prawie całą warstwę muzyczno-tekstową i zagrał m.in. na gitarach, instrumentach klawiszowych, perkusyjnych oraz harmonijce ustnej - ale w książeczce wymienieni zostali też dodatkowi muzycy, w tym chór i sekcja dęta.

Więcej wzmianek o kolejnictwie nie będzie. Najwięcej o prawie godzinnym materiale z albumu mogą powiedzieć dwie końcowe - nie licząc wspomnianego przerywnika - trwające po sześć minut z hakiem kompozycje. W "Despite Repeated Warnings" występują zmiany niemal jak w rocku progresywnym. Utwór zaczyna i kończy się jak klasyczna balladka z fortepianem, ale w środku przechodzi nagle w żywszy rock, a w ramach tej części nadal pozostaje niejednolity. Zróżnicowanie charakteryzuje też "Hunt You Down/Naked/C-Link". Kompozycja jest i żywa, i spokojna, jest w niej trochę rocka i popu, są dęciaki, a finał stanowi trwające dwie i pół minuty, powolne solo gitarowe - jeden z najlepszych momentów albumu.

Z kilkunastu utworów szczególnie pozytywnie wyróżnia się chwytliwy "Come On to Me". Ta żywa, rozbujana piosenka rockowa z mocniejszym pulsem sekcji rytmicznej i bluesowym posmakiem, w tle i na pierwszym planie której zmieniają się i w końcu nawarstwiają fortepian, harmonijka ustna, dęciaki, klaskanie i nieco orientalny motyw, pokazuje, że 76-letni Paul McCartney wciąż potrafi napisać przebój i porywająco go wykonać. Z podobnych względów na uwagę zasługuje "Caesar Rock". Sam początek utworu jeszcze nie zwiastuje jednego z mocniejszych, bardziej rockowych kawałków na albumie. Zmienia się to, gdy w zwrotkach i refrenie na pierwszy plan wychodzą gitara akustyczna i agresywny śpiew, a dobrych elementów jest tu więcej. Urozmaiceniem momentami jest dla odmiany odrobina funkowego klimatu.

Połowę utworów z albumu można opisać jako zwyczajne, co nie oznacza, że są złe. "Hand in Hand", "Do It Now" i "I Don't Know" to spokojne piosenki z fortepianem, a także, odpowiednio, ze smykami i solówką na flecie, z większą liczbą instrumentów w finiszu i z chórkami. Dwie pierwsze z nich to też po prostu ładne, klasyczne balladki. Podobny w nastroju, nieco folkowy "Confidante", zagrany w większości na gitarze akustycznej, również jest dobry, chociaż przy pierwszym przesłuchaniu można uznać, że kończy się zbyt niespodziewanie. Słabszy jest za to stosunkowo delikatny "Happy with You" - piosenka, która mija nie zostawiając żadnego wrażenia, chyba że słuchacz skupi się na tekście. Trochę żywszy, ale też nie wybitny, jest rockowy "Who Cares" z mocniejszym rytmem i z riffem w stylu Dire Straits. "Dominoes" zaczyna się folkowo, z gitarą akustyczną, ale szybko wchodzi perkusja i klimat ten zanika, za to efekty dźwiękowe pod koniec kojarzą się z "Tomorrow Never Knows" The Beatles. Echa twórczości Johna Lennona zdają się pojawiać też w "People Want Peace". Przez tekst i końcówkę trudno jest nawet mimowolnie nie porównywać tego utworu z "Give Peace a Chance" - dzieło Paula McCartneya jednak najpierw po prostu nie jest aż tak chwytliwe, a jego finisz ma klimat bardziej afrykański.

Album posiada też drugie, zupełnie nie rockowe oblicze. Na samym biegunie znajduje się pogodne "Fuh You", którego współautorem i koproducentem jest Ryan Tedder z zespołu OneRepublic. Paul McCartney już wcześniej sięgał w swojej karierze po pop, ale nie w takim nowoczesnym - i w sumie, pomimo chwytliwości, błahym - wydaniu. "Back in Brazil" z południowoamerykańskimi rytmami szokuje mniej, ale rockowi ortodoksi mogą śmiało oba te utwory omijać szerokim łukiem. Nie radzę nawet szukać w nich dźwięków gitary.

Leciwy już Anglik nagrał kolejny przyzwoity album, na którym pokazał umiejętność komponowania dobrych piosenek, przywiązanie do rocka, ale też otwartość na inne gatunki muzyczne. Wprawdzie o wyżyny w tym przypadku tylko się otarł, a pomiędzy nimi zaliczył dołki, ale ogólny poziom i tak osiągnął zadowalająco wysoki. Chociaż nie w mistrzowskiej, to zaprezentował się w godnej pozazdroszczenia formie.

Komentarze
Dodaj komentarz »