zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku niedziela, 26 maja 2019

recenzja: Vader "Blood"

7.10.2012  autor: Megakruk
okładka płyty
Nazwa zespołu: Vader
Tytuł płyty: "Blood"
Utwory: Shape-Shifting; We Wait; As The Fallen Rise; Traveler; When Darkness Calls; Angel Of Death
Wykonawcy: Peter - gitara, wokal; Doc - instrumenty perkusyjne; Mauser - gitara; Novy - gitara basowa
Wydawcy: Metal Mind Productions
Rok wydania: 2003
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 8

Więc tak. Słowa niniejszej recenzji skierowane są raczej do fanów Vader, którzy jakimś magicznym sposobem jeszcze nie mają mini albumu "Blood". Innym osobnikom i "osobniczkom" jak mniemam koło Freda i (lub) komina będzie latać, że Vader wydawał kiedyś fajne wydawnictwa EP. Ale po kolei.

Pierwsza sprawa znów rozbija się o okładkę, która w moim skromnym, ograniczonym estetycznie mniemaniu rozpierdala. "Blood" była pierwszym krążkiem Vader, który miałem na płycie kompaktowej i nawet nie wiedziałem, że ociekający posoką frontcover jest dziełem nielubianego przeze mnie, wszędobylskiego w owych czasach "Wiśni". Być może dlatego, że ten obrazek jest w pewnym sensie odmienny od tego, do czego Pan Jacek przyzwyczaił nas przy okazji oprawiania innych wydawnictw Massive Managment. Obraz spływającego starą posoką całunu, zrywając z futurystyczną konwencją, nabiera zdecydowanego, tajemniczego, acz brutalnego klimatu. Koszulinkę z tym motywem posiadam do dzisiaj i piorę ją w Woolite Perła Black Magic Premium - Hanka Mostowiak Vip Signature Kolekszyn, żeby przypadkiem się nie rozpadła, i mam na każdym koncercie brygady z Olsztyna. Prezentuje się wprost rewelacyjnie. Ja w niej też, jakby Panie pytały. Kto powiedział, że tylko w sportowych brykach nieciekawi, starsi panowie wydają się o 50% atrakcyjniejsi, co?

Tyle o konfekcji, pasmanterii i starowinkach z wybiegu. Co do ważniejszych kwestii muzycznych, cóż... "Krew", będąca zbiorem kawałków nagranych podczas tej samej sesji, co "Revelations" (3-7) i niedługo później (1-2), musi z założenia trzymać wysoki poziom deathmetalowego cholesterolu. Vader zawsze zapewniał, że nie traktuje wydawnictw mini w kategoriach "na odpierdol się". Nawet malkontenci muszą porządnie namyślić się na kiblu podczas porannego klejenia stolca, jaką szpilę i gdzie wstawić dajmy na to "Sothis" lub "Reign Forever World", na dodatek zaopatrzonych w czas trwania pełnych krążków(!).

Przyjęta w tzw. "towarzystwie" definicja EP - mini przez lata nabrała pejoratywnego znaczenia, definiując tego typu materiały jako cyt. "zbiór wypełniaczy" lub słabszych kawałków, które na album się nie zmieściły plus dwa remiksy, jeden live, pół intro i 20 deko salcesonu. "Blood", choć nie w całości, zdaje się przeczyć tej obiegowej opinii. Czy komuś przejdzie przez gardło takie stwierdzenie podczas odsłuchu rozpoczynającego rozlew juchy "Shape-Shifting"? Śmiem wątpić, a nawet jeżeli już ktoś otworzy z zasady japsko do malkontenckiego ujadania, nie zdąży puścić pary, którą okuty, rozpędzony bucior rzeczonej kompozycji wepchnie mu "zpatky" do gardła. Generalnie Vader robi tutaj co najlepiej potrafi, czyli smaży mięsiwo blastami, nie zapomina jednak o solidnym miażdżącym, a przy tym motorycznym niczym odgłosy diesla zwolnieniu i prezentacji sinusoidalnego ruchu wiosła. "We Wait" z kolei to powroty do czasów EP "Kingdom", a konkretnie numeru tytułowego z tamtego krążka. To wręcz jeden wielki autocytat, by nie rzec, tfu... autoplagiat. Nie zapowiada tego wprawdzie monumentalne otwarcie, ale dalej, nawet przy szczerych chęciach i uderzaniu się młotem w potylicę celem wywołania pozornej amnezji, nie będziemy krzyczeć "The Wait" jeno "Kiiiingdoom" - jak ktoś to lubił oczywiście. To samo riffsko, to samo "zawodzenie" gitki przeplatające rytmiczny riff, praktycznie identyczny aranż wszystkiego - nie robią na mnie wrażenia, by nie rzec, że wkurwiają. Jeżeli miałbym być jednak do końca sprawiedliwy, jako zdeklarowany wróg "Królestwa", stwierdzam że koniec końców "The Wait" jest jego lepszą wersją, co nie zmienia faktu, że nota leci w dół niestety.

Dalej, podobnie jak na "Revelations", jest już tylko lepiej. "Us The Fallen Rise" - klasycznie rąbie po plecach biczami Docenta, tremola Petera, charakterystyczna melodyka - być może vaderowy, niewyróżniający się standard, kości jednak połamane. Co innego królewski "Son Of Fire" (znany z wersji limitowanej "Revelations"), który jest już prawdziwym diamentem w diabelskiej koronie. Jeżeli życzyłbym sobie coś usłyszeć na żywca w wykonaniu Generała Gwiazdy Śmierci, to byłby to właśnie ten kawałek. Jest wprost idealny, począwszy od pokręconego wejścia, dalej - znanego z "Litany" - "Yeah!" Petera, wydającego w ten sposób komendę do ostrzału. Lokomotywa gitar, zaraz potworne dupnięcie blastem na dokładkę, po czym przestój i "zawyte" z oddali "son of fire take my soul!" - wzywają skutecznie na mszę i do radosnego wyznania wiary. Rewelacja! Zostaje nam jeszcze "Traveler", jawiący się jako typowy rozgrzewacz maszyny Wiwczarka. Średnio szybkie (jak na niego) wkręcanie się na obroty, wjeżdżamy na trasę szybkiego ruchu, a dalej gaz do dechy, ile Pani Bozia dała kuców. Solidnie, równiutko, skutecznie, niczym nalot dywanowy... któryś tam z kolei podczas manewrów wojskowych.

Przed nami jeszcze jeden z większych hitów "Revelations" - "When Darkness Calls" - który wsparty orgiastyczną, vaderową melodyką jest klasą samą w sobie. Nie będę się jednak nad nim zbytnio skupiał, bo dla nikogo nie stanie się jedynym powodem do zdobycia "Blood", a raczej zwrócę uwagę na cover Thin Lizzy "Angel Of Death". Choć te dwa kawałki już były na singlu dodawanym do "Thrash'em All", jeżeli ktoś nie zdążył zakupić, to polecam wziąć pod uwagę transfuzję "Krwi" choćby z tego powodu. Oczywiście fani Phila Lynotta zaraz powieszą mnie za jaja, ale mimo tego stoję i stać będę na stanowisku, że - podobnie jak w przypadku "I.F.Y" z "An Act Of Darkness / I.F.Y" (1995) oraz "Future Of The Past" (1996) - Vader zagrał w iście mistrzowski sposób. Może nie było to takie wyzwanie, bo w Thin Lizzy więcej twardego rocka, by nie rzec pierwocin heavy metalu, ale parę pomysłów przyciąga uwagę. Niby cover w miarę ciasno trzyma się oryginału, jednak doskonałym zabiegiem jest zastąpienie partii klawiszowej Darrena Whartona gitarą. Kto zaś może odtworzyć impresję klawa? Jest taki jeden, polnische Chuck Schldiner - Jacek "gomyhero" Hiro. Solóweczka, pyk - i sprawę mamy załatwioną. Doskonałe wpasowanie do stylistyki zespołu, a przy tym otwarcie oczu własnej publiki na twórczość nieco innego segmentu.

I tutaj, kończąc już, wycieczka osobista. Swego czasu pamiętam zdziwienie publiki Vader wzięciem na warsztat "I Feel You" Depeche Mode. Była to era, kiedy wśród braci ufnej w Lordzie pokutował moralny nakaz "jeśli nic cię nie pociesza, weź karabin strzel w Depesza". Potem sypnęło na dokładkę wynalazkami Paradise Lost ("One Second") czy Moonspell ("Sin/Pecado") wyraźnie inspirowanymi dokonaniami Brytoli i już coraz częściej podsłuchiwałem gadki w kuluarach koncertowych hal, że jakie to zajebiste. Ironia losu? Czy może aż tak bezmyślne z nas wieprze?

EP-ki trudno stawiać na równi z pełnymi albumami. Z reguły nie wnoszą do stawki niczego nowego. Zbierają kawałki z singli, dorzucają jakieś tam numery live, stąd w zasadzie nie wiem, czy warto zaprzątać sobie głowę wycenianiem ich na punkty. To rzeczy stricte dla fanów, co do "Blood" jednak uczciwie stwierdzam, że to jeden z moich faworytów autorstwa Vader - w tej kategorii wagowej. No i kto do chuja wafla pomylił kolejność utworów we wkładce, się pytam? To tyle.

Komentarze
Dodaj komentarz »
...
anarcha (gość, IP: 46.113.200.*), 2012-10-09 14:41:08 | odpowiedz | zgłoś
Jeżeli warto jest zapoznać się z tą płytką to jedynie dla dwóch pierwszych utworów oraz dla faktu, że to ostatnie wydawnictwo z Docentem w składzie. Do 2003 roku Vader w swej dyskografii nie miał słabego punktu, niestety wyżej recenzowany "Blood" zmienił ten stan rzeczy.

"Blood" to mini album na którym niestety nie znalazło się miejsce dla jakichkolwiek eksperymentów oraz dla tego co można by było nazwać "nowe". Szkoda, że Peter wówczas nie pozwolił swoim kolegom z zespołu na przygotowanie choćby jednego utworu dla Vader. Niewątpliwie wtedy byłoby to novum dla całego zespołu oraz silny argument, dla którego warto byłoby sięgnąć po to wydawnictwo. Szkoda też, że nie otrzymaliśmy żadnych utworów w wersji live, a przecież można je było zaczerpnąć choćby z japońskiej wersji "Reign Forever Word" (ukazały się na niej o ile dobrze pamiętam "North" i "Xeper"). Zapomniano też o utworze "Devotion".

Utwór "When Darkness Calls" to największa pomyłka tej płyty. Miałem przyjemność poznać ten numer na Ep-ce zatytułowanej "Angel of Death". Następne moje spotkanie z tym utworem miało miejsce na pełnej płycie zespołu. Na "Blood" po raz trzeci otrzymałem ten sam numer niczym nie różniący się od dwóch poprzednich wersji. Utwór ten to nieco ponad pięciominutowy zapychacz bez którego ta płyta miałaby jakieś 22 minuty i najprawdopodobniej nie ujrzałaby światła dziennego. Moim zdaniem serwowanie fanom tego samego utworu po raz trzeci to ostre przegięcie.

Każdy mini album wydawany jako uzupełnienie pełnej płyty był niewątpliwie ciekawy. "Kingdom" oprócz podstawy w postaci dwóch nowych numerów i jednego z wersji japońskiej płyty zawierał dwa remiksy utworów z płyty "Black to the Blind". "Reign Forever World" obok trzech nowych utworów i dwóch numerów z wersji japońskiej zawierał trzy świetne covery ( Destruction, Judas Priest, Mayhem) oraz dwa utwory live z Thrash`em All festival 2000. Z kolei "Blood" nic pozytywnego do dyskografii zespołu nie wniósł. Nawet na komplikacji XXV nic z tego mini album się nie pojawiło.
re: ...
ja ja ja ja (gość, IP: 83.9.29.*), 2012-10-10 09:11:11 | odpowiedz | zgłoś
Brak tzw. experymentowania wcale nie świadczy o rozwoju artystycznym kapeli a jedynie wiecznym poszukiwaniu swojego miejsca w świecie muzycznym. Wszystkie "experymenty" Vader'a mieściły się w konwencji stylu. Oczywiście nie liczą sie remixy czy kowery - ponieważ to zupełnie inna forma. Bardziej zabawa niż twórczość. Ci wszyscy którzy zarzucają zespołom wtórność tylko dlatego że nie "experymentują, czy poszukują" sami nie są twórcami albo nie wiedzą co tak naprawdę lubią... Co byłoby gdyby AC/DC zaczęło experymentować i poszukiwać "nowych brzmień" albo gdyby Iron Maiden zaczęli tworzyć w stylu math metal?...byłoby to nieporozumieniem ;)))) Albo co byłoby, gdyby np. Metallica przestała poszukiwać (chyba jeszcze wiekszej kasy...) i grała w stylu albumów "Master of Puppets" lub gdyby Morbid Angel wciąż trzymał się koncepcji pierwszych trzech płyt???... byłoby pięknie ;)))) Zdaję sobie sprawę że moje słowa są bardzo subiektywne...ale taka jest też cała twórczość artystyczna. Kto tego nie rozumie i próbuje wplątywać zasady "demokracji" do świata Sztuki - niech lepiej pracuje w biurze. Tam praca zespołowa jest naprawdę istotą. Pozdrawiam!!!!
re: ...
anarcha (gość, IP: 46.113.226.*), 2012-10-11 00:03:28 | odpowiedz | zgłoś
Wizja artysty, a oczekiwania fanów to są jak napisałeś powyżej dwie różne i bardzo subiektywne rzeczy, które moim zdaniem mimo wszystko jakoś się ze sobą zazębiają, bo przecież to fani muzyki przychodzą na koncerty oraz kupują płyty i to dla nich takie zespoły jak Vader nagrywają płyty i to fanom taka, a nie inna wizja artysty musi się podobać, a jednocześnie spełniać ich oczekiwania, bo chyba nikt nie kupuje płyt tylko dla logo jakiegoś zespołu.

Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem Twoje słowa, ale cieszę się, że 1998 roku Vader nie wypracował do końca swego stylu i że nie miał oporów by "zabawić się" w remixy. Gdy w Tylko Rock recenzent napisał, że jemu, który na co dzień nie słuchał metalu ze względu na remixy bardziej podoba się Kingdom od Black to... byłem zdziwiony. Dzisiaj sam ze zdziwieniem stwierdzam, że częściej słucham Kingdom niż BttB pomimo, że obok De Profundis to właśnie BttB najbardziej cenie w twórczości Vader.

A czy to przypadek, że gdy w 2001r ukazał się Reign Forever World od razu trafił do pierwszej 20 najlepiej sprzedających się wówczas płyt i jeśli się nie mylę to wciąż jest to najlepszy wynik jaki kiedykolwiek zespół uzyskał?

Jeżeli w przypadku Blood Peter miał już dokładnie sprecyzowaną koncepcję jak ma brzmieć Vader to jest to jego niepodważalne prawo jako artysty. Natomiast ja jako słuchacz uważam, że zespół poszedł po najmniejszej linii oporu (utwory Traveler, When Darkness.. znam z Digi-pack, a Angel.. z Ep-ki). Płyta nie zawiera w sobie smaczków tak jak miały to wcześniejsze mini-albumy.

Właśnie teraz słucham pożyczonej od mojego Taty płyty Luxtorpeda. Oni dołączyli do albumu drugi krążek z wersjami instrumentalnymi wszystkich kawałków z płyty Robaki plus 6 kawałków live!!! Moim zdaniem jako odbiorcy muzyki to fajnie by było usłyszeć Vader'a w wersji instrumentalnej i taki mini-album jak Blood fajnie się to tego nadawał.

Rozpisałem się aż za nadto, dlatego kończąc uważam, że wizja artysty i oczekiwania fanów są trochę jak koła zębate i powinny się zazębiać.

P.S. Gdyby Morbid Angel wciąż trzymał się koncepcji pierwszych trzech płyt to nie nagrałby kolejnych trzech genialnych albumów, a potem nie nagrałby następnych tym razem znacznie poniżej swojego poziomu płyt.
Future Of The Past
pik (gość, IP: 79.163.16.*), 2012-10-08 20:30:45 | odpowiedz | zgłoś
lubie te kowery- mam to jeszcze na starej zjechanej kasecie. najlepszy (dla mnie) album vadera heh ale wszystkich płyt nie znam;)
re: Future Of The Past
Megakruk
Megakruk (wyślij pw), 2012-10-08 21:30:23 | odpowiedz | zgłoś
jak to śpiewało Nile? Cast down the Herepik?
re: Future Of The Past
pik (gość, IP: 79.163.19.*), 2012-10-09 12:15:57 | odpowiedz | zgłoś
hm. wolę the Castaway zespołu Amorphis..
df
pustelnik88 (wyślij pw), 2012-10-08 14:25:28 | odpowiedz | zgłoś
Nie zaczyna się zdania od "więc"...
re: df
Megakruk
Megakruk (wyślij pw), 2012-10-08 19:44:25 | odpowiedz | zgłoś
dodałbym "fe".
I Feel You - Depeszowcy a Metalowcy
Marcin Kutera (wyślij pw), 2012-10-08 13:35:13 | odpowiedz | zgłoś
Megakruku - subkultura depeszowców była całkiem spoko (można było z nimi pogadać). Wiem, wiem u Was na "ślunsku" zdarzały się nawet przypadki śmiertelne, gdzie skin zabił depecha. Ponadto z Twojego postu wynika, że i metale ich tam nie za bardzo lubili, bynajmniej średnio tolerowali. Wśród mojej braci metalowców, wielu lubiło depeche mode a szczególnie album Violator. Niewątpliwie jest to jeden z ważniejszych zespołów lat 80. Skóry ramoneski, albo rzadziej płaszcze i oczywiście buty z blachami na czubkach. Świetne połączenie new wave, synth pop, new romantic i szczypty glam rocka a nawet industrialu. W Mute records obok Nicka Cavea, Einsturzende Neubauten - DM jest równie markowym zespołem przynoszącym ogromne korzyści finansowe wytwórni (jak nie największe), a przecież to zespół niezależny jakby nie było.
Ja tam mam ogromny szacunek dla DM - gdyż ma korzenie punkowe. Doskonała muzyka, która na koncercie przyciąga kilkadziesiąt tysięcy fanów i maniaków (byłem, widziałem). Doskonała kapela, ale też i doskonały cover w wykonaniu Vader, sugeruje, że nawet i Ci konserwatywni metalowcy mogą zwrócić uwagę na DM (Nergal zwrócił uwagę na rocka gotyckiego grając cover zespołu Nephilim dawniejszego legendarnego bandu z MC Coyem na czele Fields of The Nephilim). Otwartość na nurty muzyczne jest jak najbardziej pożądana, byle by to było wykonane w dobrym guście:)
Co do DM - to ich albumy lat 80tych do początku 90. XX wieku - rewelka.
re: I Feel You - Depeszowcy a Metalowcy
Marcin Kutera (wyślij pw), 2012-10-08 14:12:53 | odpowiedz | zgłoś
No zapomniałbym, że DM też charakteryzowało się stylem EBM. Po Kraftwerk rządzili wraz z Front 242 czy KMFDM. na DM mógł mieć wpływ, już wyraźnie wcześniej sympatyzujący z muzyką elektroniczną, gdzie syntezatory momentami przypominały gitary, czy też cały styl był zdecydowanie nowatorski to oczywiście Gary Numan
« Nowsze
1