zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku niedziela, 26 maja 2019

recenzja: Vader "Revelations"

4.10.2012  autor: Megakruk
okładka płyty
Nazwa zespołu: Vader
Tytuł płyty: "Revelations"
Utwory: Epitaph; The Nomad; Wolftribe; Whisper; When Darkness Calls; Torch Of War; The Code; Lukewarm Race; Revelation Of Black Moses
Wykonawcy: Peter - wokal, gitara; Doc - instrumenty perkusyjne; Saimon - gitara basowa; Mauser - gitara
Wydawcy: Metal Blade Records
Rok wydania: 2002
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 9

Pytania pewnie zaraz się posypią. Dlaczego? Po co? Wziąłeś forsę od Petera, żeby kupowali płyty "from the past"? Nie! (choć może by mi ktoś w końcu zapłacił, bo auto mi się psuje i jem chleb ze smalcem rafinowanym). Po pierwsze, obecnie brak na rockmetal.pl recenzji "Revelations", po drugie to ostatni pełny krążek z Docem (RIP) w składzie, po trzecie to, znów, ostatni materiał, jaki zakupiłem na MC, po czwarte, w końcu, to jak dla mnie najbardziej niedocenione wydawnictwo w dorobku tego zespołu, które mimo okrągłej dekady od wydania nie zdezaktualizowało się ani o sekundę, a sam osobiście stawiam je zaraz po "Ultimate Incantation", "De Profundis" i "Litany" - w gronie ulubionych. Jak więc widzicie, okazji do świętowania i celebracji tego krążka w moim przypadku nie brakuje, zamierzam sobie pofolgować.

Sięgając do skarbnicy pamięci, a konkretnie chyba lat 01-02, pamiętam, iż mimo szeroko zakrojonej kampanii promocyjnej, jaką Massive objęło "Revelations", coś nie do końca tutaj zagrało. Był singiel w "Thrash'em All", były prasówki, pojawiały się jednak niepokojące doniesienia z obozu Vader. Poza tym, co tu dużo mówić, mam wrażenie, że po oszałamiających sukcesach "Otchłani", "Czerni" i "Litanii", publika zaczęła cierpieć na lekki przesyt twórczością zespołu, któremu tak naprawdę nikt nie potrafił dorównać popularnością w kraju i za granicą (Behemoth mimo "Satanica" i "Thelemy" dopiero miał zamieszać na całego). Być może oni sami także mieli problem ze sprostaniem swojej sławie, a przynajmniej niektórzy nich (Doc, Shambo). Pamiętam też szok, jaki wywołała u mnie nie tyle lektura, co lustracja słowackiej edycji "Metal Hammera", gdzie wciąż dodawano do magazynu kasetę miast CD, w którym krążek nie zdobył maksa, a między wierszami dało się odczytać zarzuty o potrzebie odświeżenia konwencji Vader, który na dotychczasowych płytach ograł już chyba wszystkie swoje charakterystyczne patenty. Jak dla mnie zarówno umiarkowany entuzjazm rodzimej publiki, jak i opinie krytyków, dzięki Panu, z perspektywy tych 10 lat wydają się zupełnie nieuzasadnione, by nie rzec chybione. Dlaczego?

Zacznijmy od samego początku - czyli okładki. Pamiętam, że i u mnie pojawiły się symptomy lekkiego zawodu, wywołane brakiem zaskoczenia, bo do namalowania frontcoveru zatrudniono znów Jacka Wiśniewskiego, którego grafik zwyczajnie nie lubiłem i nie lubię. Na tym etapie był facet w zasadzie wszędzie i na wszystkim, co swoim logo firmowała Massive. Robił szatę graficzną "Thrash'ema", z taśmy oprawiał tymi swoimi komputerowymi kolarzami każde CD, które dodawano do tej gazety. Był na okładkach Vader, był na okładkach Sceptic, był na okładkach Decapitated. Ileż można. Tutaj zaś znów on i znów obrazek w jego dobrze rozpoznawalnym stylu, który w zasadzie mógłby się znaleźć na frontach płyt miliona innych kapel promowanych przez stajnię Mariusza Kmiołka. Co jest grane? Gdzie podziały się atrybuty mocy Generała w postaci "Oka Strażnika" pytałem? Ok, okładka mocno koresponduje z apokaliptycznym konceptem albumu i z niedawnymi podówczas, dramatycznymi wydarzeniami 9/11 - z tym, że tutaj kruszone są dwie katedry. Uniesień większych brak, tylko lekki posmak zawodu i natrętna myśl - znowu on, po co to komu?

Płyty jednak na szczęście nie słucha się okładką. A to, co kryje się pod nią, po prostu miażdży. Pierwsze, co wgniata fotel, to brzmienie "Revelations", w moim mniemaniu najlepsze w karierze Vader. Tak genialnie wyprodukowanej perkusji zespół nie miał nigdy. Od pierwszych taktów wolnego, jak na tę grupę, "Epitaph" razy wymierzają kotły z piekła rodem, które w takiej postaci podsuwają mi tylko jedno skojarzenie - "Black Album" death metalu. Pełne, soczyste, głębokie, pierdolnięcia zostawiające po sobie huk artylerii, miażdżą wnętrzności i aż chce się dziękować, że nie miała tego rozpędzona "Litany", bo niewielu by przeżyło. Równie głębokie wiosła, zaprzęgnięte do rytmicznego "Epitafium", popełniają w nim nową, epicką wręcz jakość, od razu wprowadzając go do panteonu klasyków Vader. Dalej zaliczamy niestety potknięcie. Ja wiem, że Vader to Vader i po jednej piosence od razu winniśmy wiedzieć, z kim mamy do czynienia, jednak utwór "Nomad" to lekkie przegięcie w tej materii, bo jego przewodni riff zdaje się być bezczelnym ripp offem "Xeper" z "Litanii". Bez przesady Generale, chciałoby się rzec. A może nie zauważyłeś? To w zasadzie jedyna mielizna, która zakochanym w poprzedniej płycie zapewne i tak nie będzie przeszkadzała. Gramy jednak w lidze światowej, stąd z kronikarskiego obowiązku i tę wtopę w imię sprawiedliwości odnotować należy. Dalej jest już tylko lepiej, piekielnie lepiej, by nie rzec rewelacyjnie. Duet "Wolftribe" - "Whispers", dzięki zastosowaniu znanego patentu Ricka Rubina (Slayer - "Reign In Blood" i "South Of Heaven"), polegającego na wycięciu przerwy między kawałkami, zlewa się w jeden zajebisty pokaz mocy, prędkości i natężenia, w warstwie kompozycyjnej czerpiący wprost z trzech poprzednich czołgów Vadera. Do dziś też podziw budzi krótki popis Darskiego w drugim kawałku i to taki, że gdyby zrezygnował z Behe na rzecz drugiego wokalu w komandzie Petera, to wcale bym się nie pogniewał. Może obecnie na czymś mu zbywa, ale do death metalu to on warunki jak najbardziej posiada. Przed nami jednak wciąż ukryte diamenciki. Do takowych z pewnością należy "Torch Of War" (brawo Docent) - z rewelacyjnie spasowanym tekstem. Atak przerywanego blastu - "this means war, your weakness makes me sick" - kanonada gitar, judasowo - slayerowa wajcha w solówce - i wszystko jasne. "The Code" znowuż jest jakby zapowiedzią tego, co za kilka lat miało się wydarzyć na "The Beast". Riff przewodni ma w sobie więcej z thrash metalu i wręcz rocka niż deathu, robiąc kompozycję mniej skomasowaną, a przy tym bardziej przystępną. Na koniec jeszcze okładanie po ryju "Lukewarm Race", będącego godną kontynuacją "The One Made Of Dreams".

I w końcu wielki finał. Siedmiominutowy "Revelation Of Black Moses" - jeden z najwolniejszych i najbardziej monumentalnych kawałków w dorobku Vader. Przyznam, że słysząc przed premierą o nim, ale jeszcze nie słysząc go samego, byłem pełen obaw. Dla mnie Vader to zespół, który najlepiej wypada w szybkich blitzkriegach. Nie padłem na kolana przed "Kingdom", więc tym bardziej powątpiewałem w "Mojżesza". No, a tutaj prawdziwa niespodzianka, bo to jedna z najlepszych kompozycji Petera w ogóle. Pozornie prosta i oczywista, ostatecznie wciąga niczym magma, m.in. dzięki wyjątkowo udanemu połączeniu motoryki i mistycznego, przy tym ciężkiego jak ołów klimatu. Epickość w całej krasie.

Los, jaki spotkał "Revelations", w pewnym sensie przypomina mi dzieje "Legion" Deicide. Mimo iż należy do najznamienitszych dokonań Vader, to przy okazji należy do kategorii "mało grane, mało puszczane". Owszem, na sztukach live często pojawia się "Epitaph", tak jak na koncertach (wtedy) satanistów Bentona lewitował "Dead But Dreaming", ale gdzie reszta? To już się nigdy nie zmieniło. Nie łudzę się, że dzięki temu tekstowi ktoś po tylu latach sięgnie po ten materiał, ale mam przynajmniej tę satysfakcję, że w jakiś tam sposób mogę złożyć hołd dobrej muzyce, która niezasłużenie minęła się z tłumem, lądując w świadomości ogólnej jako "kolejna z rzędu" - a taka na pewno nie jest.

Komentarze
Dodaj komentarz »
Revelations
prox (wyślij pw), 2012-10-08 23:24:50 | odpowiedz | zgłoś
Płytka ostatnia z tych naprawdę vejderowych, choć faktycznie Vader ma to do siebie, że najlepiej wychodzą mu epki oraz wiadomo, dwa pierwsze longi. Dodam jeszcze, że mam jedną jedyną bluzę metalową i jest to bluza z okładką Revelations :]
Vader - Reign in The Kingdom of Blood and War
elmo726 (gość, IP: 178.235.216.*), 2012-10-06 09:30:50 | odpowiedz | zgłoś
A tak w ogóle to dla mnie jedną z lepszych "płyt" Vader jest "Reign in The Kingdom of War and Blood", czyli jak ktoś się domyśla kompilacja mini-albumów. Uważam, że kawałki z mini-cd Vader są czasem ciekawsze, bardziej rozbudowane i lepiej dopracowane niż z dużych płyt. Shape Shifting i Reign Forever World to majstersztyki - takiego Vadera najbardziej lubię, a Mini The Art Od War miażdży połowę duzych płyt death metalowych (za wyjatkiem okładki, na którą nie mogę patrzeć;). Program takiej płytki:

Reign Forever World
Lead Us
Frozen Paths
Shape Shifting
Privilege of Gods
Creatures of Light And Darkness
Death in Silence
The Art of War
Son of Fire
Kingdom

Dla mnie ponowne nagranie tych kawałków na 1 płyte byłoby ciekawsze niż XXV.
A w odwodzie jeszcze tzw. bonusy z innych wydań: Anamnesis, Red Dunes, We wait, As the Fallen Rise
..
elmo726 (gość, IP: 178.235.216.*), 2012-10-06 00:13:17 | odpowiedz | zgłoś
Jeśli chodzi o Revelations to dla mnie jest ona gdzieś w środku stawki wszystkich płyt Vader. Pierwszy album, na którym Vader zagrał tak dużo wolnych partii. Dodatkowo pojawiły się melodyjne i bardziej rozbudowane solówki (Mauser). Na tej płycie Peter ma chyba najmocniejszy wokal, nie wiem czy to kwestia produkcji, czy był w życiowej formie:) Jeśli chodzi o negatywy to nie do końca przekonują mnie Nomad (trochę monotonny), The Code (fajny riff, ale na płytę Panzer X) i Lukewarm Race. Pozostałe kawałki świetne. Wyróżniłbym jeszcze Son of Fire z limitowanej wersji. Mocna płyta..ale nie tak mocna jak Litany, De Profundis czy debiut.
Revelations
epoch
epoch (wyślij pw), 2012-10-05 21:58:47 | odpowiedz | zgłoś
To zaj..........a płyta!!!Do dziś uwielbiam jej słuchać,po niej jedynie Impressions jeszcze dla mnie trzyma przyzwoity poziom.Reszta wypada blado!
Zajebisty album
minus
minus (wyślij pw), 2012-10-05 20:09:17 | odpowiedz | zgłoś
Pamiętam że mniej więcej na wysokości tej płyty zaczęły się niezrozumiałe dla mnie komentarze tzw. "starych wyjadaczy" że Vader zjada własny ogon.
Nieprawda, zaczęli zjadać go dopiero od "The Beast";))))
A jednak można Recenzencie
Marcin Kutera (wyślij pw), 2012-10-05 18:39:46 | odpowiedz | zgłoś
Dobra recenzja. Z tym Legionem Deicide dobrze porównane:)
Megakruku... W zasadzie to od dawna widać, że masz doskonały zasób słownictwa i formę do tego "dobre pióro" (widzisz jak chcesz nie musisz przeklinać typu h (ch...?), k itd... by to samo ująć w słowa zdecydowanie bardziej ambitne, jednocześnie trafne, jak zrobiłeś to przy tej recenzji).
Też dzisiaj ten album odświeżyłem, zaraz po kapelach: Front 242, Underworld, 1984 i Kreator.
Płyta na najwyższym poziomie
anarcha (gość, IP: 164.127.32.*), 2012-10-05 15:35:53 | odpowiedz | zgłoś
Najbardziej niedoceniona płyta w twórczości Vader, a szkoda. Ta płyta brzmi idealnie- masywnie, ciężko, a jednocześnie przestrzennie i z pazurem. Jak do tej pory to najbardziej zróżnicowana płyta w twórczości Vader.

Na wartość "Revelations" wpływa również duet P.Frelik oraz Ł. Szurmiński. Dzięki nim teksty są mocne i dosadne - po prostu poezja w najbardziej miażdżącej formie hhehehe:)

W wersji digi-pack są dodatki w postaci m.in. zdjęć ze studia. Na dwóch z nich widać Grzegorza Skawińskiego i szkoda, że jego gitary nie można usłyszeć w żadnym z kawałków na tej płycie.

Ponadto w zakładce teksty można przeczytać tekst do utwory "Devotion" autorstwa Ł. Szurmińskiego, ale czy ta kompozycja kiedykolwiek ujrzała światło dzienne tego już nie wiem?

Kolejnym mocnym punktem tej płyty jest teledysk do "Epitaph".

Minusów tej płyty dostrzec nie potrafię, no może poza mało vaderowską okładką płyty, czy też nieprofesjonalną sesją zdjęciową (pewnie to efekt cięcia kosztów hehe)

Trochę się rozpisałem, zatem czas już kończyć . Amen.
re: Płyta na najwyższym poziomie
Kudłaty (gość, IP: 88.156.17.*), 2012-10-06 15:41:57 | odpowiedz | zgłoś
Jak Skawiński miał zagrać skoro zapomniał wziąźć gitary? Peter swojej nie pożyczył bo jak wiadomo auta, żony i gitary się nie pożycza :) Chłopacy tak się na siebie zjeżyli, ze od tej pory Peter nie nagrywa już płyt w Gdańsku, aby przypadkiem nie spotkać w studiu Grzegorza :)
Dziękuję za przypomnienie tej płyty
Hrymrgrymnir
Hrymrgrymnir (wyślij pw), 2012-10-05 10:07:20 | odpowiedz | zgłoś
Dzięki tej recenzji odkopałem tą płytkę z archiwum :) płytka naprawdę dobra.
Ja napiszę krótko
Darayavahus (gość, IP: 192.198.151.*), 2012-10-05 09:55:37 | odpowiedz | zgłoś
Dla mnie to jest ostatnia dobra płyta Vadera. Nawet bardzo dobra. Później niestety równia pochyła. Blood jeszcze jakoś dawał radę, The Beast szczerze mówiąc totalnie nie pamiętam natomiast później już chyba żadnej nie słyszałem. Byłe jeszcze Art of War ale totalnie mi się nie spodobał. Niestety Vader chyba zjadł swój ogon. Problem z Docentem, Mauser odszedł... To chyba jednak nie był zespół Petera. OD kiedy zabrakło powyższych wszystko się moim zdaniem posypało. A miało być krótko.
« Nowsze
1