zaloguj się | nie masz konta?! zarejestruj się! | po co?
rockmetal.pl - rock i metal po polsku niedziela, 19 stycznia 2020

recenzja: Bathory "Destroyer Of Worlds"

9.11.2001  autor: grisnir
okładka płyty
Nazwa zespołu: Bathory
Tytuł płyty: "Destroyer Of Worlds"
Utwory: Lake Of Fire; Destroyer Of Worlds; Ode; Bleeding; Pestilence; 109; Death From Above; Krom; Liberty & Justice; Kill, Kill, Kill; Sudden Death; White Bones; Day Of Wrath
Wykonawcy: Quorthon - instrumenty perkusyjne, gitara basowa, gitara, wokal
Wydawcy: Black Mark Production
Rok wydania: 2001
Subiektywna ocena (od 1 do 10): 6

A więc nareszcie... Nareszcie doczekaliśmy się nowego long-playa kultu i żywej legendy, przed którą nie sposób nie pochylić czoła z czcią i z wypiekami na twarzy, nie wychwalić imienia Mistrza. A jednak... "Qou vadis, Seth Quorthon?", a jednak można by ze zgrozą zapytać retorycznie i nie doczekawszy się odpowiedzi, pochylić głowę z rozpaczy i w zadumie nad okrutną zmiennością wszystkiego, do czego przywykliśmy i zdążyli pokochać. I jak bywa, zmiennością nie zawsze wychodzącą na dobre...

Tyle lat oczekiwań, nadziei i niecierpliwości przepadło. Czym nas uraczył Bathory po tym wszystkim? Odynie, miej nad nim litość - w dużej mierze - ostrym hardcorem... Już widzę te łzy w oczach starych wyjadaczy, spragnionych powrotu Setha w wielkim stylu, z soczystą dawką black metalu. Słyszę płacz tych, którzy tęsknili za klimatycznymi kawałkami o Północy, o Wikingach i Krwi na Lodzie, za nostalgicznymi i spokojnymi (momentami za bardzo) hymnami opiewającymi Zmierzch Bogów. Słuszne Wasze łzy, bowiem to wszystko przepadło.

Czym więc jest ostatni, najnowszy album Bathory? Przede wszystkim, co jest szczególnie widoczne na drugiej części albumu, szybką i dość brutalną muzyką przesiąkniętą naleciałościami ze wspomnianego hardcore'u, w połączeniu z ostrymi i (bardzo) krzykliwymi wokalami. Już podczas czwartego kawałka, "Bleeding", można się zorientować, że w takich właśnie klimatach utrzymana będzie zasadnicza część płyty - szybkich, krzykliwych, niemal hard-core'owych... 0% (z pewnymi wyjątkami) klimatu z wcześniejszych albumów, nie tylko pod względem samej muzyki, ale i tekstów - dennych, gorzko dennych, zważywszy na ich minione piękno i poetyckość (płyty "Hammerheart", "Twilight of the Gods"). Prawdę powiedziawszy, gdybym nie miał w pamięci liryk z wcześniejszych albumów, na te przymknąłbym oko, wszystko zlałoby się jakoś z muzyką, tworząc w sumie całość ciężko przyswajalną, ale mimo to wciąż nadającą się do konsumpcji. A tak... No właśnie - tak jak jest, teksty to nieoczekiwane i zaskakujące rozczarowanie. Nie w całości, co prawda, ale efekt końcowy i tak do przyjemnych nie należy.

Na pocieszenie dodam, że mimo wszystko na ostatniej płycie Bathory wciąż można znaleźć niesamowite i zabójcze kawałki: jak choćby "Lake of Fire", melancholijny "Ode" (piękny!) czy "Pestilence". Również ostatni "Day of Wrath" jest niczego sobie, a już tytułowy to istna rozkosz dla uszu - naprawdę, jeden z najlepszych kawałków, jakie skomponował Quorthon. Od czasu do czasu można jeszcze poczuć kunszt wcześniejszych płyt, bardzo delikatny i ulotny urok, jakie posiadały, klimat minionych albumów, zwłaszcza w piosenkach na pierwszej stronie taśmy.

Co za szkoda, że odstąpiwszy od atmosfery i charakteru pierwszych kilku kawałków, Seth zbiegł nieoczekiwanie na drogi bardziej... nieoczekiwane i (przynajmniej przeze mnie) niepożądane. Wciąż, jak na ironię, można polubić tę płytę, choć zajmie to znacznie więcej czasu niż w przypadku albumów wcześniejszych. A i tak jestem święcie przekonany i ręczę Wam, że nie wszystkim się spodoba.

Tak bywa, czekamy całe lata na upragniony album, który jeszcze przed pojawieniem się zyskuje w cierpliwie wyczekujących oczach, przez długi czas oczekiwania i zagnieżdżania się w świadomości pragnienia posłuchania, chociaż raz, owego wyimaginowanego arcydzieła, status kultu i żywej doskonałości, gdy wtem, ni stąd ni zowąd, po kilku przesłuchaniach ze zgrozą uświadamiasz sobie rozczarowany - to nie to, na co tyle czekałem... I wówczas niespełnione pragnienie dalej dręczy, dalej nie daje spokoju, chyba że w końcu znajdzie swój upust, w nowym i niespodziewanie znakomitym albumie, o całą klasę przewyższającym wcześniejszy. Tegoż właśnie spełnienia oczekiwań, jeżeli nie przy okazji słuchania "Destroyer of Worlds", to przynajmniej podczas obcowania z kolejną (o ile kiedykolwiek zostanie nagrana/wydana) płytą Bathory Wam serdecznie życzę.

P.S. Możecie się zastanawiać skąd taka wysoka ocena, zważywszy na krytyczną recenzję. Wyjaśniam - za klimat i kunszt pierwszych kawałków.

Komentarze
Dodaj komentarz »