- Koncerty
- terminy koncertów
- galeria zdjęć
- relacje z koncertów
- Wieści
- wieści muzyczne
- kocioł
- dodaj wieść
- Płyty
- recenzje płyt
- zapowiedzi premier
- Wywiady
- wywiady
- Ogłoszenia
- ogłoszenia drobne
- dodaj ogłoszenie
- Zobacz
- wywiady
- forum
- linki
- rekomenduj muzykę
- korozja
- sondy - archiwum
- Redakcja
- o nas
- szukamy pomocników
- reklama
- polityka cookies
- kontakt
- Konto
- zaloguj się
- załóż konto
- po co?
recenzja: Transmission Zero "Yes. And I Would Do It Again"
Sporo czasu, ponad trzy lata, minęło od wydania "Bridges" do publikacji "No Such Thing as a Fair Fight" - pierwszego singla zapowiadającego trzeci album Transmission Zero. Można to tłumaczyć problemami personalnymi instrumentalnego tercetu, mianowicie odejściem basisty Krzysztofa Rutki. Czekanie okazało się jednak jeszcze dłuższe: dodatkowe pół roku do "A Devil You Do", czyli drugiego singla, i jeszcze rok do "The Kids' Gloves Are Off", czyli trzeciego, bezpośrednio poprzedzającego premierę długograja. O końcówce tego okresu chciałoby się powiedzieć, że teraz już z górki - gdyby nie to, że tuż przed wydaniem materiału w post-rockowym składzie powstała kolejna wyrwa. Tym razem z kapelą pożegnał się perkusista Sebastian Zimowski. Trzy puste krzesła na okładce "Yes. And I Would Do It Again" zdają się wymowne i trochę złowróżbne. Czy krakowscy koledzy Tides from Nebula byli w stanie stworzyć w tych warunkach coś sensownego?
Zespół tradycyjnie nie potrzebował bogatej oprawy graficznej. Muzyka trafiła na CD-R z pachnącą klejem etykietą, a oprócz krążka w digipaku znalazły się tylko zdjęcia tercetu i podstawowe dane. Że Transmission Zero nagrywał w studiu Tides from Nebula, a miksy i mastering wykonał Maciej Karbowski, czyli gitarzysta warszawskiej formacji, to żadna nowość ani niespodzianka, tylko też już tradycja. Istotniejsze jest, że nowy basista, Bartek Kotlarczyk, od poprzednika przejął również obsługę syntezatora, a gitarzysta Jacek Zięba dodatkowo sięgnął po klawisze. Większemu wykorzystaniu tych instrumentów nie da się zaprzeczyć. Znać daje o sobie już na otwarciu albumu. "Local Hero" zaczyna się właśnie syntetycznie, lekko w klimacie retro. Nie oznacza to jednak, że takie brzmienia zdominowały "Yes. And I Would Do It Again". W dalszej części utworu wpisuje się w nie jeszcze trochę toporny rytm, ale ogólnie zespół stawia na starannie budowany nastrój i nie pozbawia swoich nagrań rockowej mocy. W piątej minucie, gdy nakładają się na siebie partie trzech gitar, o wcześniej wymienionych elementach można zapomnieć.
Transmission Zero nadal tak samo potrafi zagęszczać atmosferę - ale nie jest to jazda stale w jednym kierunku, co najlepiej słychać w "The Kids' Gloves Are Off". Drugi utwór na albumie zaczyna się ostro, a w środku znalazły się dwa fragmenty łagodniejsze, cichsze, z dźwiękami pianina oraz ścieżkami brzmiącymi stosunkowo syntetycznie. W efekcie trudno opisać nagranie jednym słowem - na zmianę hałaśliwe i bardziej melancholijne. Jeszcze nie ekscytujące - tak nazwałbym dopiero drugą połowę "No Such Thing as a Fair Fight". Zgrabny jest już początek z powolną gitarą i rozpędzoną sekcją rytmiczną. Nagranie najmocniej wciąga jednak od piątej minuty, z przenikliwymi przejazdami po strunach. Napięcie następnie narasta, aż muzyka zaczyna skłaniać do headbangingu - w najcięższym momencie w dotychczasowej dyskografii zespołu. Ku metalowi kapela chyli się też w finiszu "A Devil You Do", gdy postanawia przearanżować poruszający motyw w brutalniejszy riff. Utwór zwraca uwagę również brzmieniem jednej z gitar, przypominającym jakiś wschodni instrument, oraz tym, że jest najkrótszy na albumie. Z sześciu nagrań na "Yes. And I Would Do It Again" większość ma po około siedem minut, z dokładnością do dziesięciu sekund.
Średnią zawyża "Can't We Just Levitate?". Kawałek ten oraz końcowy "You Were Never Really Here" - będące też dwoma z trzech niesinglowych - chociaż to nadal dobry post-rock, do 42-minutowej całości już nic nie wnoszą. W pierwszym po prostu jest melancholijnie, podniośle i melodyjnie, a z drugiego miłośnicy psychologicznych dreszczowców zapamiętają być może tylko tytuł - "Nigdy cię tu nie było" to też książka Jonathana Amesa i jej ekranizacja w reżyserii Lynne Ramsay. Skoro już o świadomych lub nie nawiązaniach wspominam, to dodam, że na trzecim albumie formacji, w przeciwieństwie do "Transmission Zero" i "Bridges", ani jedna zagrywka - prawdopodobnie przez zmianę basisty - nie kojarzy mi się z Toolem. Nie twierdzę, że zespół wyglądał kiedykolwiek na kopię Amerykanów, ale swoim nowym dziełem nie daje mi już nawet podstaw do takich przemyśleń. Mógłbym się więc teraz ograniczyć do porównań do Tides from Nebula, lecz na analizę i ocenę podobieństw i różnic się nie skuszę - niech obie kapele podążają własnymi ścieżkami.
Transmission Zero zrobił na "Yes. And I Would Do It Again" to, co powinien. Album nie jest za długi ani za krótki. Dobrze się go słucha. Nie nudzi i ma kilka fragmentów, do których chce się wracać. Walczący z wykruszaniem się składu tercet pokazał, że z komponowaniem post-rocka wciąż sobie radzi, i oby wskutek dalszych perturbacji tej zdolności nie utracił.




